Delikatny uśmiech nie schodził z jej twarzy, gdy słuchała Flinta. Nie zszedł nawet wtedy, gdy mu odpowiedziała.
– Wiem. Śmierć bliskich nigdy nie jest prosta, nawet jeśli wierzysz… że wiesz, że kiedyś spotkacie się w Limbo – kiedyś była… sceptyczna. Obchodziła sabaty i święta, ze względu na tradycję, bo tak trzeba było, ale Beltane pod tym względem ją odmieniło. Nie tak od razu, ale minęły tygodnie i… zaczęła podchodzić do tego wszystkiego inaczej. Tym razem Lammas świętowała inaczej. I planowała w Mabon udać się na nabożeństwo. Szczerze, a nie z przymusu.
A śmierć Wulfwyn była trudniejsza tym bardziej, że nie było ciała, że nie było tej stuprocentowej pewności, że naprawdę odeszła, a nie po prostu zaginęła… Że nie było ciała, któremu można było odprawić pogrzeb i się pożegnać. Rozumiała to. Widziała to w swojej pracy nazbyt wiele. Ludzie cierpieli po stokroć mocniej, gdy nie wiedzieli na pewno co się stało z ich kochaną osobą.
– Może, to prawda. Ale czy to powód, żeby wyprawiać trzydniowe wesele? – bo ślub w tak niepewnych czasach miał sens… Tylko robienie imprezy aż z taką pompą to było chyba trochę… za dużo. Ale dlatego wiedziała, że w tym czasie będzie miała trochę więcej roboty.