18.04.2026, 23:18 ✶
Hannibal zamyślił się nad słowami Hestii. Nie wiedział o Anthonym Shafiq aż tak znowu dużo, ale podczas kilku ostatnich spotkań - rozrzuconych na przestrzeni miesiąca - czarodziej wydawał się usposobiony dość melancholijnie. Przypadek? W jednej “Czarownicy” był artykuł o wpływie kolorów na psychikę. Hannibal nie czytywał “Czarownicy” regularnie, ale stanąwszy przed zadaniem urządzenia mieszkania, pożyczył archiwalne numery od matki i z nagłym zainteresowaniem zagłębił się w dział wnętrzarski. Podobne rzeczy wyczytał kiedyś w jakimś mugolskiem magazynie. Może było w tym ziarno prawdy?
- Może trochę koloru poprawiłoby mu humor? Według mnie wcale nie jest za późno, żeby namalować mu obraz w podziękowaniu. Nawet na Yule by pasowało. Co on może lubić… - wyprostował się i zanim ktokolwiek zdążył go powstrzymać, wsadził do ust czekoladową choinkę z miseczki z posypkami - Jak tak opowiadasz, to pewnie jakieś współczesne abstrakcje. Tylko… no, jak on nie widzi czerwonego, to… może raczej w innych odcieniach? Niebieskich? - właściwie trzeba by było zapytać Jonathana.
- A to nie jest czasem tak, że on jest poślubiony pracy? - podsunął. Patrząc na jego osiągnięcia i dokonania jego organu, o których nieraz wspominał Jonathan… może zwyczajnie nie zostawało mu czasu na zaloty - Nie wiem… nie wiem, czy w ogóle by chciał - Hannibal wzruszył ramionami, Niejasno przypominał sobie rozmowę sprzed tygodnia, w biurze nieruchomości. Padło tam coś o ogłoszeniu matrymonialnym… Selwyn nie pamiętał dokładnie, czuł się wtedy doprawdy paskudnie i miał inne sprawy na skacowanej głowie. Anthony nie wydawał się jednak zachwycony, wypowiadając te słowa.
Zamieszał pędzelkiem w miseczce z polewą czekoladową.
- Tak… rękami mamy to robić? - zapytał szeptem Hestię. Pędzelek w dłoni przypomniał mu czasy, kiedy kilkanaście lat temu ukrywał się przed nauczycielem pianina w atelier mamy, chwytał w rękę własny pędzel, specjalnie dla niego odłożony i beztrosko paćkał farbą po jakimś kartonie albo czasem (jeżeli miał szczęście) jakimś niepotrzebnym płótnie. Do malowania nie za bardzo miał talent, ale sam proces był zabawny. Podniósł utensylium.
- Nie broń go - burknał, obserwując, jak czekolada spływa gęstymi kroplami w dół - Nie widziałaś jego miny, jak wezwałem uzdrowiciela. A przecież chciałem dobrze, znamy go oboje, sam by nie poszedł do Munga, tylko leżałby w chacie z gorączką!
Nabrał na pędzelek nową porcję polewy i tym razem przeniósł ją na pierwszego pierniczka. Ciap, ciap, ciap… Nie, to zdecydowanie nie była dobra technika. Roztopiona czekolada chlapnęła mu na fartuszek. Zebrał kropelkę palcem, który wsadził do ust. Mruknął z zadowoleniem - pyszne takie pieczenie, ale gdyby miał to robić sam, pewnie zjadłby pół składników, zanim w ogóle pierniczki byłyby gotowe. Zerknął, co robi Hestia i spróbował odtworzyć jej pociągnięcia pędzelkiem - tak było lepiej.
- Właśnie, twój tata dorastał w mugolskiej rodzinie! Jak moja ekipa się nie sprawdzi, to się pewnie do niego uśmiechnę!