- Jakbyś był tak dobry. - Dorida uśmiechała się z aprobatą, nie sposób było nie zauważyć, że jest bardzo zadowolona z przebiegu rozmowy, a fakt, że Laurence był jej wnukiem sprawiał, że tym łatwiej przychodziło jej założenie, że nie gra z nią, a jego słowa mają pokrycie w rzeczywistości. Nikt przecież nie chciał ryzykować zatargu z dyrektorą szpitala, a co dopiero z nestorką rodu. Konsekwencję i siła jej niezadowolenia mogłyby uderzyć podwójnie z racji łączącej ich więzi, która nie była otarta tylko o umowę o pracę a o krew i zależności finansowe rodu jako tako. No i trzeba było też zauważyć, że zwyczajnie lubiła konkret, który przynosił ze sobą najstarszy wnuk.
- Jeśli lek będzie dostępny tylko w szpitalu, a receptura tajna, to nic z tego co mówisz nie będzie miało miejsca. - wykluczenie ekonomiczne? Problemy z dostaniem się do Londynu, który byłby wtedy jedynym miejscem, żeby kupić eliksir? Nie bała się żadnego z tych oskarżeń. Zasoby były ograniczone, a ona musiała sobie radzić. - Oczywiście, skoro eliksir byłby eksperymentalny, pacjenci przechodziliby klasyfikację i zwyczajnie mogliby go nie dostać…. Problemów może być tak wiele… - zamyśliła się. - Ot, podczas wstępnych badań, może się okazać, że działa on o wiele lepiej w przypadku magów, którzy nie mają domieszki mugolskiej krwi. Przy wszystkich ograniczeniach, oczywistym byłoby że w takim przypadku będziemy podawać lek tym, na kogo zadziała najlepiej, dopracowując recepturę, by była bardziej uniwersalna. - W rozmowie pełnej hipotez i przypuszczań pojawiały się zawoalowane umowy, żądania monopolu, ale też obietnice zadośćuczynienia przekonaniom, które w jej familii były dość ugruntowane. - Oczywiście temat może zostać między nami, ale jeśli do listopada nic się nie zmieni, szpital stanie w obliczu kryzysu, a tego bym chciała uniknąć. Szczególnie że sezon chorobowy dopiero się zacznie, a osłabione spalonym dymem płuca mogą zwyczajnie nie dać rady. - Mówiła o dość oczywistych sprawach, ale wolała mieć pewność, że i dla nich znajdzie się miejsce w ich rozmowie.
Dopiero na żarliwe deklaracje przekazania funduszu zaśmiała się, widząc jak emocje najwidoczniej na moment wzięły górę. Podobało jej się to zaangażowanie.
- Ty dasz pieniądze czy ten szczur Cattermole? Bo Malfoy - mówiła oczywiście o kanclerzu - … zawsze strasznie skąpił. - Nie była to do końca prawda, Dorinda zawsze jednak dążyła do tego, by wycisnąć wszystko i jeszcze więcej z możliwości jakie dawał jej ograniczony ale zawsze dostęp do państwowego budżetu. - Jeśli miałabym wybierać, wolałabym tą drugą opcję, aby nikt nie zarzucił nam wspierania rodzinnego biznesu. Zespół badawczy - nie ma problemu. Jak dasz mi składniki i pieniądze, dostaniesz go od ręki. Pro forma, pozwolę sobie uczynić kierownikiem tego zespołu kogoś z placówki. - westchnęła ciężko z grymasem niezadowolenia na myśl, która przyszła do niej sekundę później. - Bulstrode niestety nas opuściła, więc trzeba będzie rozejrzeć się za godnym następcą. A szkoda, taka była dobrze zorganizowana i sumienna. - Wymruczała już bardziej do siebie niż do wnuka, po czym otworzyła kalendarz, w którym nie brakowało zapisanych stronnic osoby bardzo zajętej. Drobne, skrupulatne pismo pokrywało karty grubego notesu, a teraz dołączyły doń kolejne, wynikające z przeprowadzonej rozmowy.
Chwilę babce zajęło, żeby się zorientowała, że Laurence cały czas jest w jej gabinecie.
- No już już, nie pozwól żebym zatrzymywała Cię w wykonaniu Twoich obowiązków. - rzuciła zamiast pożegnania, ale gdy mężczyzna wstał dodała:- Anthony jest głupcem, że nie wyznaczył Ciebie na swojego następcę, ale ja być może nie popełnię tego błędu. Dawaj znać na bieżąco o postępach swoich działań, a kto wie, może nie będę się tak martwić swoim planem emerytalnym
- Jeśli lek będzie dostępny tylko w szpitalu, a receptura tajna, to nic z tego co mówisz nie będzie miało miejsca. - wykluczenie ekonomiczne? Problemy z dostaniem się do Londynu, który byłby wtedy jedynym miejscem, żeby kupić eliksir? Nie bała się żadnego z tych oskarżeń. Zasoby były ograniczone, a ona musiała sobie radzić. - Oczywiście, skoro eliksir byłby eksperymentalny, pacjenci przechodziliby klasyfikację i zwyczajnie mogliby go nie dostać…. Problemów może być tak wiele… - zamyśliła się. - Ot, podczas wstępnych badań, może się okazać, że działa on o wiele lepiej w przypadku magów, którzy nie mają domieszki mugolskiej krwi. Przy wszystkich ograniczeniach, oczywistym byłoby że w takim przypadku będziemy podawać lek tym, na kogo zadziała najlepiej, dopracowując recepturę, by była bardziej uniwersalna. - W rozmowie pełnej hipotez i przypuszczań pojawiały się zawoalowane umowy, żądania monopolu, ale też obietnice zadośćuczynienia przekonaniom, które w jej familii były dość ugruntowane. - Oczywiście temat może zostać między nami, ale jeśli do listopada nic się nie zmieni, szpital stanie w obliczu kryzysu, a tego bym chciała uniknąć. Szczególnie że sezon chorobowy dopiero się zacznie, a osłabione spalonym dymem płuca mogą zwyczajnie nie dać rady. - Mówiła o dość oczywistych sprawach, ale wolała mieć pewność, że i dla nich znajdzie się miejsce w ich rozmowie.
Dopiero na żarliwe deklaracje przekazania funduszu zaśmiała się, widząc jak emocje najwidoczniej na moment wzięły górę. Podobało jej się to zaangażowanie.
- Ty dasz pieniądze czy ten szczur Cattermole? Bo Malfoy - mówiła oczywiście o kanclerzu - … zawsze strasznie skąpił. - Nie była to do końca prawda, Dorinda zawsze jednak dążyła do tego, by wycisnąć wszystko i jeszcze więcej z możliwości jakie dawał jej ograniczony ale zawsze dostęp do państwowego budżetu. - Jeśli miałabym wybierać, wolałabym tą drugą opcję, aby nikt nie zarzucił nam wspierania rodzinnego biznesu. Zespół badawczy - nie ma problemu. Jak dasz mi składniki i pieniądze, dostaniesz go od ręki. Pro forma, pozwolę sobie uczynić kierownikiem tego zespołu kogoś z placówki. - westchnęła ciężko z grymasem niezadowolenia na myśl, która przyszła do niej sekundę później. - Bulstrode niestety nas opuściła, więc trzeba będzie rozejrzeć się za godnym następcą. A szkoda, taka była dobrze zorganizowana i sumienna. - Wymruczała już bardziej do siebie niż do wnuka, po czym otworzyła kalendarz, w którym nie brakowało zapisanych stronnic osoby bardzo zajętej. Drobne, skrupulatne pismo pokrywało karty grubego notesu, a teraz dołączyły doń kolejne, wynikające z przeprowadzonej rozmowy.
Chwilę babce zajęło, żeby się zorientowała, że Laurence cały czas jest w jej gabinecie.
- No już już, nie pozwól żebym zatrzymywała Cię w wykonaniu Twoich obowiązków. - rzuciła zamiast pożegnania, ale gdy mężczyzna wstał dodała:- Anthony jest głupcem, że nie wyznaczył Ciebie na swojego następcę, ale ja być może nie popełnię tego błędu. Dawaj znać na bieżąco o postępach swoich działań, a kto wie, może nie będę się tak martwić swoim planem emerytalnym
Koniec sesji