I choć miała w sobie coś ze wzburzonego wiatrem morza i spokojnej tafli jeziora zarazem; chłodu lichwiarki i ognistego temperamentu tancerki, pozostawała w całej swej wielorakiej krasie bezapelacyjnie autentyczna. Każda iskra rozbudzona w tęczówkach, kosmyk czarnych loków kładących się akwarelą na obliczu, każdy grymas, który przechodził po obliczu cieniem – tworzyły istnienie dalekie od perfekcji i wyśnionej formy, a jednak o sercu gorliwym i prędko bijącym, nie bacząc na jego skrzętnie ukrywane zepsucie. Właśnie w tej czerni odnajdywała się najlepiej, pod parzącym dotykiem Dolohova, zionącym z jego męskich dłoni, opatulającym ją najszczerszym spośród wyznań, które mogłyby wybrzmieć w eterze. Nie potrzebowała słów, aby wiedzieć.
Resztki, ochłapy raptem pozostałe po jej duszy, którą obrócił w niwecz on, stawały się godnym brawa spektaklem. Nie mogła jednak złożyć oklasków czy obrzucić agresywnym buczeniem przedstawianego teatru, gdyż to w rozkład jej istnienia wpisało się ostatnie tchnienie moralności, którym mogła się szczycić. Nie istniało przecież nic poza nim; poza jego cierpkim dotykiem i słodkim, alkoholowym smakiem. Dreszcz przebiegał nieomal niezauważalnie truchtem po linii jej kręgosłupa, gdy pochylała się, aby ponownie zatopić miękko w jego ustach.
– Nikolai, wiesz co jest najbardziej zaskakujące w miłości? Raz rozbita, nigdy nie powróci do pierwotnej formy – rzekła, mrużąc nieznacznie sarnie oczy, zaciskając drobne palce na jego barku.
Bo czy nie było mu wolno wszystkiego? Oddawała się w jego dłonie każdorazowo bez zawahania, bez krztyny pomyślunku nad tym, jak bardzo rani samą siebie, pragnąc go w tak nienasycony sposób. Był przecież starszy, a jego linii żywota nie znaczyły gałęzie magnolii odpiłowane przy skwerze, ani stukot pozłacanych pantofelków, wzbijający w przestrzeń migotliwy kurz. Oderwani z przeczących sobie światów, odnajdywali ten jeden, maleńki szkopuł, który łączył ich w demoniczną parę mar, szepczących istnień.
Smakował słodko i cierpko – nieomal jak zawsze; może to to nęciło ją w jego wargach najsilniej?; gdy poranek zastawał ją w mieszkaniu, każdorazowo przemieniając tandetny połysk tkanin w lśniący przepych, językami słońca odnajdując nawet ją – niespokojną. To w jego dłoniach czuła się rzeczywista i namacalna; prawdziwa i faktyczna, nie jak te zjawy, krążące bezcelowo po powierzchni ziemskiej. Ułożyła więc dłonie na jego policzkach, dociskając mocniej wargi – chcąc go poczuć nade wszystko silniej i mocniej.
Oderwawszy się, ponownie otuliła wargami odrobinę już wilgotny filtr papierosa, aby po chwili dogasić jego oczko o usytuowaną niedaleko popielniczkę. Palce ponownie powędrowały na jego podbródek, a utonięcie w błękicie jego tęczówek było raptem kwestią naznaczonych wonią oczekiwania sekund.
Ostatni oddech był wiążący.
W gruncie rzeczy, każde jej tchnienie należało do niego i gdy tylko przeniósł gorąc warg na zagłębienie łabędziej szyi, zacisnęła paznokcie mocniej na jego odzieniu, zdradzając dosłownie wszystko, czego zapragnąć mógł – jej wieczyste oddanie, które nie gościło jedynie na terenie bieżącej nocy; było stanem faktycznym, jak i długofalowym; pragnieniem ognistym i trawiącym – przecież tylko pod jego dotykiem miękła tak bezwładnie. Uwielbiała przecież, gdy chwytał ją za kark, okazując pełnię własnej dominacji; równie gorliwie opierała się palcom, zaciskającym się na jej biodrze, bezsłownie okazując, jak bardzo tego potrzebowała.