W słowach swojej towarzyszki odnalazł pewną obietnicę. Magiczne właściwości krwi czarodziejskich rodów wciąż pozostawały owiane tajemnicą, ale nie byłby wytrawnym kolekcjonerem, gdyby nie wiedział, że część z Burków nie ma możliwości sprawdzić… upewnić się co do autentyczności dzieła, przynajmniej pod kątem kruszcu, czy też… Zdawało się że jeden Burke pracował u nich w Magicznym Urzędzie Celnym i miał wątpliwą przyjemność pełnić funkcję „podczaszego” upewniając się, że przewożone wielkie dostawy nie zawierają czegoś, czego zawierać nie powinny i nie mogły. Pewność z jaką smukła wiedźma ujęła fiolkę, jej entuzjazm w głosie… Czyżby i ona dysponowała tą językową sprawnością? Czyżby mieli aż tyle szczęścia?
Przypatrywał się poczynaniom Ceolsige z mieszaniną podziwu, grozy, obrzydzenia i och tak, zdecydowanie - bezbrzeżnej ciekawości. Jej determinacja w dążeniu do poznania prawdy, jej brawura… to było ujmujące na swój sposób, na sposób w jaki mogłyby go ujmować kobiety. Gdy jednak reakcja ciała przyszła sama z siebie, a z pomocą ruszył malutki elfik, posłał Jonathanowi wiele mówiące spojrzenie, które z zewnątrz być może przypominało rzut oka jak jeden z wielu, dla przyjaciół od trzech dekad z łatwością Selwyn mógł odczytać wezwanie do działania.
- Panno Burke, natychmiast ruszam zorganizować dyskretny transport w bezpieczne miejsce. Myślę, że dla nas ten bal właśnie się skończył - mógł zapytać, ale podjął decyzję, nawykiem lidera, który przejmuje kontrolę w sytuacjach kryzysowych. - Pozostawiam panią w rękach Jonathana, proszę się nie obawiać, bez wahanie powierzyłbym mu i swoje życie, gdyby taka była potrzeba. - Truizm, banał w wyznaniu płynącym prosto z serca, który jednak dla niezbyt dobrze znajomej kobiety musiał paść, Shafiq bowiem nie chciał i nie zamierzał czynić dla niej tej sytuacji jeszcze bardziej stresującej niż to co właśnie przejęło kontrolę nad jej ciałem.
Sam dał sobie zadanie zapewnienia transportu, bo w przeciwieństwie do Selwyna był częstym gościem rezydencji, z Lestrengami od czasu ślubu z Edith dbał o pozytywne relacje i choć dom w Dolinie był mu bliższy, tak i tu często finalizowały się jego ścieżki. W końcu jego biuro zajmowało się dostawami zewnętrznymi dla Kliniki, a nigdzie się nie załatwiało interesów przyjemniej niż w cichości prywatnych, domowych gabinetów. Teraz jednak nie myślał o Dorindzie, nie myślał o Victorii czy Rodolphusie, nie chciał ich szukać pośród roześmianych zamaskowanych postaci. Nie myślał również o tym z jaką gracją i finezją jego towarzyszka dokonywała tak obrzydliwej czynności, którą niewątpliwie były wymioty. Z pewnością później tego wieczoru powróci do tego wspomnienia, zastanawiając się przy tym, jak osoba tak elokwentna i charyzmatyczna skończyła na Nokturnie. Albo dlaczego zdecydowała się nigdy go nie opuszczać? Na to jednak jeszcze przyszedłby czas. Teraz liczył tylko na jedno - zapewnić im powrót, najlepiej na Aleję Horyzntalną. Wierzył, że tak wysoce sytuowany ród nie miał problemów z odnowieniem swojego kominka (o ile ten w ogóle był w Spaloną Noc zniszczony). Bezpieczne miejsce a potem… Był poważny i był skupiony na swoim zadaniu, ale piekła go ciekawość doprawiona dumą, że wybrana przezeń partnerka okazała się właściwą osobą na właściwym miejscu. A jej słowa… mogły okazać się nader cenne.
Przypatrywał się poczynaniom Ceolsige z mieszaniną podziwu, grozy, obrzydzenia i och tak, zdecydowanie - bezbrzeżnej ciekawości. Jej determinacja w dążeniu do poznania prawdy, jej brawura… to było ujmujące na swój sposób, na sposób w jaki mogłyby go ujmować kobiety. Gdy jednak reakcja ciała przyszła sama z siebie, a z pomocą ruszył malutki elfik, posłał Jonathanowi wiele mówiące spojrzenie, które z zewnątrz być może przypominało rzut oka jak jeden z wielu, dla przyjaciół od trzech dekad z łatwością Selwyn mógł odczytać wezwanie do działania.
- Panno Burke, natychmiast ruszam zorganizować dyskretny transport w bezpieczne miejsce. Myślę, że dla nas ten bal właśnie się skończył - mógł zapytać, ale podjął decyzję, nawykiem lidera, który przejmuje kontrolę w sytuacjach kryzysowych. - Pozostawiam panią w rękach Jonathana, proszę się nie obawiać, bez wahanie powierzyłbym mu i swoje życie, gdyby taka była potrzeba. - Truizm, banał w wyznaniu płynącym prosto z serca, który jednak dla niezbyt dobrze znajomej kobiety musiał paść, Shafiq bowiem nie chciał i nie zamierzał czynić dla niej tej sytuacji jeszcze bardziej stresującej niż to co właśnie przejęło kontrolę nad jej ciałem.
Sam dał sobie zadanie zapewnienia transportu, bo w przeciwieństwie do Selwyna był częstym gościem rezydencji, z Lestrengami od czasu ślubu z Edith dbał o pozytywne relacje i choć dom w Dolinie był mu bliższy, tak i tu często finalizowały się jego ścieżki. W końcu jego biuro zajmowało się dostawami zewnętrznymi dla Kliniki, a nigdzie się nie załatwiało interesów przyjemniej niż w cichości prywatnych, domowych gabinetów. Teraz jednak nie myślał o Dorindzie, nie myślał o Victorii czy Rodolphusie, nie chciał ich szukać pośród roześmianych zamaskowanych postaci. Nie myślał również o tym z jaką gracją i finezją jego towarzyszka dokonywała tak obrzydliwej czynności, którą niewątpliwie były wymioty. Z pewnością później tego wieczoru powróci do tego wspomnienia, zastanawiając się przy tym, jak osoba tak elokwentna i charyzmatyczna skończyła na Nokturnie. Albo dlaczego zdecydowała się nigdy go nie opuszczać? Na to jednak jeszcze przyszedłby czas. Teraz liczył tylko na jedno - zapewnić im powrót, najlepiej na Aleję Horyzntalną. Wierzył, że tak wysoce sytuowany ród nie miał problemów z odnowieniem swojego kominka (o ile ten w ogóle był w Spaloną Noc zniszczony). Bezpieczne miejsce a potem… Był poważny i był skupiony na swoim zadaniu, ale piekła go ciekawość doprawiona dumą, że wybrana przezeń partnerka okazała się właściwą osobą na właściwym miejscu. A jej słowa… mogły okazać się nader cenne.