29.04.2026, 10:55 ✶
Jej reakcja była bezcenna, zbladła tak gwałtownie, jakby właśnie usłyszała wyrok, a nie cel podróży poślubnej, to szybkie mruganie powiekami, ten wyraz czystego niedowierzania... To był moment, dla którego warto było zgodzić się na tę całą zabawę w spontaniczność. Zresztą teraz, gdy już padła nazwa kraju słynącego głównie z górskich szczytów, zdecydowanie chciałem zobaczyć, jak Prue wyglądała w stroju taternika - to miała być niezapomniana podróż - byłem heroldem dobrej nowiny, który właśnie zdał sobie sprawę, że przynosi list z wypowiedzeniem wojny zamiast zaproszenia na bal, lecz w żadnym wypadku nie czułem się z tego powodu winny.
- Austlia. - Wykrztusiłem, starając się, by mój głos brzmiał neutralnie, choć w środku aż się we mnie gotowało od tłumionego śmiechu. - Jestem absolutnie pewien, kochanie. Wylaśnie widzę litelki „a”, „u”, a potem „s”, „t” i „lia”, zamiast „a”, „u” i „s”, „t”, „lia” z dodatkowym „la” w środku. - Odparłem, starając się zachować powagę godną tej „wspaniałej” nowiny. Merlinie, ironia była bezlitosną kochanką…
Spojrzałem na nagłówek, moje oczy dwukrotnie przeskanowały litery, by upewnić się, że nie cierpię na nagłą dysleksję, następnie sięgnąłem po drugą, identyczną broszurę i otworzyłem ofertę, przerzucając pierwszą stronę z tą samą nonszalancją, którą utrzymywałem przez cały ten czas, chociaż moja uwaga była już bardziej skupiona, a spojrzenie szybko wbiło się w treści układające się w jeden, konkretny wniosek - AUSTRIA - jechaliśmy do Austrii. Austrii. Nie Australii, choć ta druga byłaby równie, jeśli nie bardziej ironiczna, w końcu przesiedlenie na drugi koniec świata w oczach dawnych znajomych było dla mnie kiedyś idealną przykrywką. Oficjalnie to właśnie tam, wśród kangurów i czerwonego piachu, rezydował człowiek, którego nazwisko dawno wykreśliłem z pamięci, a którego cień wciąż czasem deptał mi po piętach. Australia była moim cmentarzem dla starej tożsamości, wybranie jej na podróż poślubną byłoby zaś trochę jak taniec na własnym, co prawda sfingowanym, grobie.
Parsknąłem pod nosem, krótko, zduszając to natychmiast, bo siedząca za biurkiem kobieta już i tak patrzyła na nas ze znudzonym zainteresowaniem kogoś, kto wolałby być gdziekolwiek indziej, a ja nie zamierzałem dokładać jej powodów do zapamiętania nas na dłużej - ostatnie, czego potrzebowaliśmy, to przyciąganie uwagi czymś więcej niż kupowaniem wycieczki na chybił trafił. Nie mogłem przecież powiedzieć wprost „skarbie, nie mogę lecieć do Australii, bo technicznie rzecz biorąc, już tam jestem i nie chciałbym spotkać samego siebie przy barze”.
- Zobacz, nawet mają „łatwe szlaki”. - Dodałem, stukając palcem w zdjęcie, na którym wszystko wyglądało niewinnie, czysto i podejrzanie uporządkowanie - nie było żadnych wątpliwości, litery i wszystkie symbole kojarzące się z naszym nowym, wakacyjnym kierunkiem stały tam czarno na białym, prawie obscenicznie konkretne w swojej jednoznaczności - napis „Republik Österreich” i dwaj ludowo ubrani lokalsi z tymi ich alpejskimi zboczami, które w rzeczywistości nigdy nie były tak łaskawe, jak na papierze. Mój ton zdradzał dokładnie, co myślę o słowie „łatwe” w kontekście gór. Przebiegłem wzrokiem po punktach programu - „spektakularne podejścia”, „zapierające dech w piersiach widoki z grani”... Cóż, dech to jej na pewno miało zaprzeć, lecz pewnie nie z powodu estetycznych uniesień.
Przełknęła ślinę tak głośno, że aż sam poczułem suchość w gardle, nie czując za to ani odrobiny zdziwienia - wiedziałem o jej lęku wysokości, przez który perspektywa jesiennych Alp musiała jawić jej się jako wizja czyśćca, wiedziałem też, że była kobietą honoru i skoro los tak chciał, to nie rzuci teraz broszurą w twarz tej bogu ducha winnej kobiecie za ladą.
- Tak, mamy to. - Powtórzyłem jeszcze raz za nią, gdy próbowała przykleić do twarzy ten swój nieszczęsny, „radosny” uśmiech. Dopiero po chwili spojrzałem na agentkę, która wyglądała, jakby liczyła sekundy do zamknięcia, a my właśnie dokładaliśmy jej kilka kolejnych - słysząc słowa Prue, uniosła brwi, rzuciła szybkie spojrzenie na zegar, potem na nas, pochylając się po plik papierów spod lady i zaczynając kartkować je szybkim, wprawionym ruchem kogoś, kto robił to już setki razy wcześniej. Po chwili podniosła wzrok z tym samym neutralnym wyrazem twarzy, który sugerował, że widziała już gorsze pomysły niż nasz, i sięgnęła po jakiś formularz, zaczynając oznaczać fajką jakieś okienka, a ja w tym czasie oparłem dłoń o blat tuż obok żony, zamykając ją w tej wąskiej przestrzeni, którą zdążyłem już sobie przywłaszczyć. Mieliśmy to - podróż poślubną do Australii.
- Austlia. - Wykrztusiłem, starając się, by mój głos brzmiał neutralnie, choć w środku aż się we mnie gotowało od tłumionego śmiechu. - Jestem absolutnie pewien, kochanie. Wylaśnie widzę litelki „a”, „u”, a potem „s”, „t” i „lia”, zamiast „a”, „u” i „s”, „t”, „lia” z dodatkowym „la” w środku. - Odparłem, starając się zachować powagę godną tej „wspaniałej” nowiny. Merlinie, ironia była bezlitosną kochanką…
Spojrzałem na nagłówek, moje oczy dwukrotnie przeskanowały litery, by upewnić się, że nie cierpię na nagłą dysleksję, następnie sięgnąłem po drugą, identyczną broszurę i otworzyłem ofertę, przerzucając pierwszą stronę z tą samą nonszalancją, którą utrzymywałem przez cały ten czas, chociaż moja uwaga była już bardziej skupiona, a spojrzenie szybko wbiło się w treści układające się w jeden, konkretny wniosek - AUSTRIA - jechaliśmy do Austrii. Austrii. Nie Australii, choć ta druga byłaby równie, jeśli nie bardziej ironiczna, w końcu przesiedlenie na drugi koniec świata w oczach dawnych znajomych było dla mnie kiedyś idealną przykrywką. Oficjalnie to właśnie tam, wśród kangurów i czerwonego piachu, rezydował człowiek, którego nazwisko dawno wykreśliłem z pamięci, a którego cień wciąż czasem deptał mi po piętach. Australia była moim cmentarzem dla starej tożsamości, wybranie jej na podróż poślubną byłoby zaś trochę jak taniec na własnym, co prawda sfingowanym, grobie.
Parsknąłem pod nosem, krótko, zduszając to natychmiast, bo siedząca za biurkiem kobieta już i tak patrzyła na nas ze znudzonym zainteresowaniem kogoś, kto wolałby być gdziekolwiek indziej, a ja nie zamierzałem dokładać jej powodów do zapamiętania nas na dłużej - ostatnie, czego potrzebowaliśmy, to przyciąganie uwagi czymś więcej niż kupowaniem wycieczki na chybił trafił. Nie mogłem przecież powiedzieć wprost „skarbie, nie mogę lecieć do Australii, bo technicznie rzecz biorąc, już tam jestem i nie chciałbym spotkać samego siebie przy barze”.
- Zobacz, nawet mają „łatwe szlaki”. - Dodałem, stukając palcem w zdjęcie, na którym wszystko wyglądało niewinnie, czysto i podejrzanie uporządkowanie - nie było żadnych wątpliwości, litery i wszystkie symbole kojarzące się z naszym nowym, wakacyjnym kierunkiem stały tam czarno na białym, prawie obscenicznie konkretne w swojej jednoznaczności - napis „Republik Österreich” i dwaj ludowo ubrani lokalsi z tymi ich alpejskimi zboczami, które w rzeczywistości nigdy nie były tak łaskawe, jak na papierze. Mój ton zdradzał dokładnie, co myślę o słowie „łatwe” w kontekście gór. Przebiegłem wzrokiem po punktach programu - „spektakularne podejścia”, „zapierające dech w piersiach widoki z grani”... Cóż, dech to jej na pewno miało zaprzeć, lecz pewnie nie z powodu estetycznych uniesień.
Przełknęła ślinę tak głośno, że aż sam poczułem suchość w gardle, nie czując za to ani odrobiny zdziwienia - wiedziałem o jej lęku wysokości, przez który perspektywa jesiennych Alp musiała jawić jej się jako wizja czyśćca, wiedziałem też, że była kobietą honoru i skoro los tak chciał, to nie rzuci teraz broszurą w twarz tej bogu ducha winnej kobiecie za ladą.
- Tak, mamy to. - Powtórzyłem jeszcze raz za nią, gdy próbowała przykleić do twarzy ten swój nieszczęsny, „radosny” uśmiech. Dopiero po chwili spojrzałem na agentkę, która wyglądała, jakby liczyła sekundy do zamknięcia, a my właśnie dokładaliśmy jej kilka kolejnych - słysząc słowa Prue, uniosła brwi, rzuciła szybkie spojrzenie na zegar, potem na nas, pochylając się po plik papierów spod lady i zaczynając kartkować je szybkim, wprawionym ruchem kogoś, kto robił to już setki razy wcześniej. Po chwili podniosła wzrok z tym samym neutralnym wyrazem twarzy, który sugerował, że widziała już gorsze pomysły niż nasz, i sięgnęła po jakiś formularz, zaczynając oznaczać fajką jakieś okienka, a ja w tym czasie oparłem dłoń o blat tuż obok żony, zamykając ją w tej wąskiej przestrzeni, którą zdążyłem już sobie przywłaszczyć. Mieliśmy to - podróż poślubną do Australii.
Koniec sesji
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)