- Cały i zdrowy. Powiedziałbym, że w życiu nie czuł się lepiej, ale to chyba nieprawda, bo najlepiej czuje się ze swoją właścicielką - uśmiechnął się do niej, przyglądając jak ćwierka do swojego pupila. Zawsze było coś ciekawego w tym, jak niektórzy obchodzili się ze swoimi podopiecnzymi. Jak nagle wyłuskiwali z siebie pokłady miłości i sympatii, która zarezerwowana była tylko i wyłącznie dla ich zwierzaków. Mogło mu się w jakiś sposób nie podobać, że smoczognik mieszkał w mieście, ale mieszkanie Astorii, czy teraz Avery Hall, posiadały wystarczające przestrzenie by Vulcor mógł rozkładać skrzydła i znaleźć sobie jakąś rozrywkę. Do tego wszystkiego nalezało doliczyć także Doriana, który jakby nie patrzeć, zwyczajnie znał się na rzeczy.
- Oczywiście, jest cały twój - zapewnił ją, sięgając do drzwiczki klatki i otwierając je. - Skończył całą kurację, więc Dorian nie będzie musiał się przejmować ewentualnymi komplikacjami i powikłaniami. Potrzymałem go nieco dłużej, żeby się upewnić co do tego. Nie trzeba się więc martwić na zapas - widząc otworzone drzwiczki klatki, stworzenie ożywiło się wyraźniej, korzystając z okazji i zbliżając do wyjścia z zamkniecia.
- Przecież nie ma za co - wyszeptał na jej podobieństwo, kiedy wyciągnęła do niego ręce. Objął ją, pochylając się oczywiście, żeby nie musiała nadto wysilać się by dostosować do jego wzrostu. Nie miał nigdy problemu z bliskością, ale nauczył się że ona prędzej wyrażała swoja wdzięczność drobnymi, delikatnymi gestami. Skłamałby jednak, gdyby miał powiedzieć że nie miał w głowie sposobu w jaki mogłaby się odwdzieczyć. Nie brał do siebie Vulcora, mając już w głowie jakąś cenę lub tworząc na tę okazję rachunek, który musiałaby mu spłacić. Miał jednak jakiś cień nadziei, że wdzieczność z odzyskania pupila chociaż odrobinę przełamie jej niechęć do własnoręcznego tworzenia obrazów. Dla niego nie musiała być to praca idealna. Ba, kiedy nie chodziło o niego samego, był w stanie znajdować pewien urok w niedoskonałościach, które momentami zdawały się w pewien sposób przełamywać rutynę. Nadawały charakteru.
Pierwsze pytanie spotkało się z ciszą, ale było widać że nie tyle próbuje je wyminąć, co zastanawia się faktycznie, co mógłby jej na to odpowiedzieć. Nie chodziło o samo zainteresowanie tematem, co dostrzeganie pewnych jej dobrodziejstw. Szczególnie tych, które niosły umiejętności przez Astorię posiadane.
- Twój ulubiony pejzaż - odpowiedział więc na drugie. - Widok, który sprawia ci największą przyjemność - bo trochę nie chciał, żeby męczyła się malując ten obraz, a trochę faktycznie chciał mieć fragment tego, co zawsze do niej przemawiało. - Chciałbym móc wejść w ten obraz. Chyba z tego wynika, jak to powiedziałaś, moje interesowanie się sztuką - uśmiechnął się krzywo. Leviathan nigdy nie ukrywał, że sztuka trafiała do niego wybiórczo. Był w stanie docenić ładny widok, albo stwierdzić że obraz coś w nim poruszał, jeśli jednak chodziło o poprawne interpretowanie symboliki, to nie był aż tak zręczny. Wolał o wiele bardziej piękno, które kryło się naturze, bo wydawało mu się prawdziwsze i naturalniejsze.
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast