Całe szczęście, że Mavelle przykładała się do swoich treningów, bo Victoria, nie dość, ze była rozkojarzona i zajęta patrzeniem w inną stronę, to jeszcze nie miała jakiejś wybitnej kondycji. Nadrabiała za to w innych tematach – ale żeby nie móc dogonić dziecka… No zgoda, był mniejszy, zwinniejszy, łatwiej było mu się przecisnąć przez napierający tłum ludzi. W każdym razie Mavelle go złapała. Victoria zaraz też dobiegła, przeciskając się przez ludzi, którzy niestety nie rozstąpili się widząc biegnącego aurora. Albo może jej po prostu nie widzieli.
- To chyba nie jest twój najszczęśliwszy dzień, co, młody? – rzuciła do złapanego przez Mavelle chłopaczka, utytłanego na twarzy w jakiejś sadzy czy ziemi. I wyciągnęła do niego dłoń wnętrzem do góry, w jasnym geście, że czeka aż zwróci jej to, co zawinął. A gdyby się opierał – jedno skuteczne Accio powinno załatwić sprawę. - I jeszcze twoje imię i nazwisko – zamierzała je sobie zapisać, ale miała całkiem dobry humor… To nie był żaden czarnoksiężnik, a ledwie złodziej. Osobiście to by go tylko postraszyła, żeby się stąd zabrał, a nie kradł, choć gdyby robił tutaj problemy i nie chciał współpracować, to kara na pewno będzie większa niż tylko spisanie. Nie zamierzała jednak wchodzić w paradę Mavelle i stawać jej okoniem, jeśli miała jakiś lepszy pomysł na rozprawienie się z niedoszłym złodziejem.