• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 7 Dalej »
[22-24.09.1972] Ja tego nie zrobię? | Richard i świeczki

[22-24.09.1972] Ja tego nie zrobię? | Richard i świeczki
Porządny Ochroniarz
Nigdy nie wiesz, kiedy śmierć zapuka do twych drzwi.
wiek
45
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Handlarz Świecami i Kadzidłami
Mierzy 183cm wzrostu. Posiada brązowe oczy. Tego samego koloru ma krótke włosy, u których można dostrzec siwe kosmyki w losowych miejscach. Często widnieje u niego zarost. Ten zarost bywał u niego cechą pozwalającą wielu osobom rozróżnić bliźniaków Mulciber. Po śmierci brata, Richard zaczął częściej golić się, kiedy gdzieś wychodził z wizytą. Zaś jego garderoba przybrała żałobną czerń.

Richard Mulciber
#1
30.04.2026, 13:53  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.04.2026, 16:13 przez Richard Mulciber.)  
22 – 23 września 1972r. / noc
Kamienica Mulciberów

Pojawienie się w Mulciber Manor, w innej okoliczności niż zazwyczaj na pogrzebach, było mocnym doświadczeniem. Zwłaszcza samemu, bez wsparcia, bez głosu rozsądku brata. Dał ponieść się swoim emocjom, co zapewne rodzina zapamięta. Czy żałował? Może tego, że w ogóle zaryzykował pokazaniem się tam.
Gdy kolacja rodzinna dobiegła końca, po odbytej rozmowie z babką, Richard osobiście pożegnał się z córką. Zabrał prezenty, spakowane w jeden karton, gdyż nie był przygotowany na ich otrzymanie, a jakoś z tym wszystkim musiał wrócić, jedynie obraz wziął osobno. Wrócił do swojej kamienicy w Londynie.

Teleportował się za pomocą świstoklika, zjawiając bezpośrednio w salonie. Tym dźwiękiem dając znać skrzatowi o swoim przybyciu. Odłożył przedmioty na ławę, a obraz oparł o komodę. Przez moment jeszcze patrząc na postać własnego ojca, śpiącego na swoim fotelu.

- Co ja mam z Tobą zrobić?
Zapytał. Zapytał obraz, jakby liczył że farba w nim zawarta i płótno coś odpowiedzą. "Co ja mam z tym zrobić?" – zapytał się w myślach. Westchnął, opierając ręce o biodra, opuszczając przy tym głowę.
- Robert był do Ciebie przywiązany. Pewnie by chciał, abyś wisiał w gabinecie. Albo w salonie.
Analizował na głos. Próbując tym samym zastanowić się, co by z tym obrazem zrobił Robert. Być może Richard by tak zrobił. Lecz nie miał zbyt dobrych relacji z ojcem. Tutaj, w tej kamienicy, nie wisiały ich portrety. Mieli fotografie, nie mieli obrazu. A może były? Schowane w pracowni? Nie wystawiane na pokaz rodziny czy gości, przebywających w tej kamienicy. W jej pomieszczeniach.
- Kurwa.
Przeklął odwracając się w stronę okna. Przez półmrok pomieszczenia, patrząc w głąb ogrodu. Okna były odsłonięte. Bowiem Richard musiał widzieć, co dzieje na zewnątrz.

Sięgnął po swoją papierośnicę, jaką miał od brata. Wyjął z niej papierosa i zapalniczkę. Odpalił peta i zaciągnął się. Co miał zrobić z tym cholernym obrazem? Rzekomym symbolem pojednania, jak to określił jego kuzyn. Co miało to dać im obojgu? "Jak to pojednanie ma wyglądać? Nagle zaczniemy ze sobą poważnie rozmawiać? Dogadywać się? To przecież… nierealne. – rozmyślał, obserwując teren za oknem, w pewnym momencie wzrok przeniósł na ścianę, dostrzegając w świetle niepełnego księżyca, odciski dłoni. Ten znak przypomniał mu o tym, że ten dom został naznaczony klątwą. Powinien zająć się tą sprawą. Ale czy warto?

- Pan Richard?
Mulciber usłyszał znany sobie głos skrzata. Skierował wzrok w jego kierunku. Belenos wyglądał na trochę wystraszonego. Możliwe, że z powodu panującej tutaj klątwy.
- Belenos chciał zapytać, czy zostanie Pan na dłużej…
Odezwał się niepewnie. Nie próbując nawet nadać pomieszczeniom światła, zapalając świece. Bo może Pan nie życzył sobie tego.
- Kilka dni.
Odpowiedział Richard. Miał tutaj jeszcze parę spraw do załatwienia, odbycia paru spotkań. Wtedy wróci do Norwegii. Będzie tutaj jednak wracał. Ze względu na pamięć o bracie. Ze względu na bezpieczeństwo córki. Przy okazji, bliżej miał do Szkocji, aby odwiedzać Sophie.
- Chcę pobyć sam.
Dodał, dostrzegając, że skrzat chciał pewnie o coś jeszcze zapytać, albo powiedzieć. Richard wyprzedził go chcąc, aby stworzenie wróciło do swoich obowiązków. Belenos skinął głową w zrozumieniu, po czym opuścił salon. Postanowił spróbować znaleźć złoty środek na wyczyszczenie sadzy, mimo istnienia klątwy i wiedzy, że póki ta opanowuje kamienicę, nie da się wszystkiego należycie uprzątnąć.

Richard pozostał w salonie dość długo. W samotności wypalając papierosa. Gdy skończył i zgasił go w popielniczce, zabrał prezenty i udał się z nimi do gabinetu. Tam zamknął się, stawiając pudło na małym stoliczku kawowym, w kąciku wypoczynkowym. Obraz postawił pod ścianą. Przez moment jeszcze na niego patrzył. Jak ojciec na fotelu spał. Lecz po chwili odniósł wrażenie, że mężczyzna jakby uchylił powieki, aby na niego spojrzeć. Richard odruchowo, odwrócił obraz i odstawił cofając się. Jakby bał spojrzenia martwego rodzica, który za życia był jego katem. Spojrzenie, sprawiające powrót traumy z przeszłości. Oddech przyspieszył, ale starał się o tym nie myśleć. Wrócił do stolika, gdzie pozostawały pozostałe prezenty. Pierw jednak wyjął różdżkę, z które pomocą używając zaklęć, zapalił świece w gabinecie i zasłonił okna. Broń schował i zajrzał do kartonu. Sweter od Lorien. Nie dał mu zbyt dużej swojej uwagi. Zwinął go i wrzucił z powrotem do pudła. Klepsydra i dziennik z listem, objaśniającym zastosowanie przedmiotów. Ponownie przeczytał, zmierzając z tymi przedmiotami do biurka. Postawił klepsydrę w pionie. Nie zwracając na to, że piasek mógł się przesypywać. Otworzył dziennik, aby spojrzeć na wygląd wnętrza.

- "Zapisz jedną myśl."
Przeczytał na głos to, co napisała mu Scarlett.
- Zapisz jedną myśl…
Powtórzył sobie drugi raz. Myślał, co miałby napisać. Nigdy nie pisał dzienników, ani pamiętników. Nie był też poetą, tylko aurorem. A wypisywać to umiał mandaty i raporty.
- Jaki to ma sens pisania tego?
Zastanawiał się na głos. Dla niego to nie miało sensu, kiedy doczytywał drugą część listu, że ta myśl powinna odejść, zniknąć. Wpatrywał się w puste kartki otwartego dziennika. Ale nie dobył pióra, nie zamoczył go w kałamarzu. Nie potrafił. Nie chciał, aby myśl o bracie mu przeminęła. Nie chciał przestać myśleć o zemście na szwagierce. Nie wiedząc, czy ten dziennik może być zaczarowany, nie ryzykował. To były główne jego myśli, od których nie chciał się uwolnić, póki nie zostaną spełnione. Że Lorien umrze. Że on będzie mógł znów być z bratem. Nie ważne w jakim świecie.

Zamknął dziennik gwałtownie. Wyprostował się, wzrokiem podążając po gabinecie. Może Scarlett chciała dla niego dobrze. A może on nie zrozumiał przekazu instrukcji. Zostawił to. Nie miał głowy do tego, gdy rany były świeże. Potarł kark, przypominając sobie tym samym o tatuażu. Wzrok utkwił na pudle, w którym pozostawały dalej prezenty. Podszedł, dostrzegając tam jeszcze papierośnicę od Charlotte. Kopertę z czekiem od babki, miał w wewnętrznej kieszeni swojej marynarki. Sięgnął po prezent od kuzynki, wyjmując z kieszeni swoją papierośnicę, otrzymaną lata temu od Roberta. Porównał je, ale nie zamierzał zamieniać. Ta od brata, pozwalała mu myśleć o nim jakby był przy nim. Choć doceniał gest, to jednak wyląduje ona co najwyżej na półce kolekcjonerskiej w jego norweskim domu. Odłożył ją, a używaną, schował do kieszeni.
Ten wieczór, był ciężki.

Nawet nie myślał o tym, aby udać się spać. Czuł, że nie zaśnie. Zdjął płaszcz, który położył starannie na oparciu wolnego fotela dla gości. Podszedł do barku, spojrzawszy na karafkę, w której znane mu whisky było na ukończeniu. Może na dwie szklaneczki by starczyło. Odwrócił czyste szkło szklanki i nalał sobie. Karafkę zamknął o odstawił. Szklankę wziął ze sobą i skierował się do biurka. Postawił ją na blacie. Zdjął marynarkę i powiesił ją na fotelu. Meblu znienawidzonym, który mógł wypieprzyć w każdej chwili. Był dość stary, w niektórych miejscach zdarty. Nie było już nikogo, kto by mu tego zabronił. W tym jego brata, który miał do tego sentyment, podobnie jak ojciec. Richard, nie ruszał jednak niczego.

Zgarnął szklankę i podszedł do kanapy, na której usiadł. Upił łyk alkoholu, delektując się nim. Zmienił pozycję na leżącą, kiedy opróżnił szklankę i postawił ją na zabrudzonej podłodze. Leżał tak bez celu dłuższy czas. Aż postanowił spróbować się zdrzemnąć. Wstając jedynie po to, aby zapalić kadzidło.

Nocy tej nie przespał. Nawet nie myślał, udać się do swojego pokoju. Kadzidło choć pomogło, klątwa przeszkodziła. Po paru godzinach snu, Richard poczuł silny ucisk na swojej szyi, że z automatu podniósł się do siadu, chwytając jedną ręką zagłówka mebla, a drugą swojej szyi. Łapał szybko oddech. Uścisk zniknął. Następne co ujrzał, to tajemnicze dłonie na ścianach. Gdy doszedł do siebie, oparł się czołem o rękę podpierającą się zagłówka kanapy.

- Pieprzone klątwy…
Stwierdził z grymasem. Nie czuł wobec tego lęku. Czuł irytację i zmęczenie.


23 września 1972r. / cały dzień

Przerywany sen, był lepszy od żadnego. Mimo problemów z bezsennością, dochodziła jeszcze klątwa tego domu. Mając jednak możliwości spania gdzie indziej, Richard nie chciał tego zmieniać. Mógł zostać w rezydencji rodu, zapewne babka by się zgodziła. Mógł także wprosić się do bratanka, ale nie chciał zwalać się mu na głowę. Wolał pozostać w opętanej kamienicy.

Skrzat przygotował śniadanie, zgodnie z czasem, w jakim to jadło się w tej kamienicy. Nim Belenos dał znać, że posiłek przygotowany, Richard leżał na kanapie gapiąc się w sufit gabinetu. Nie od razu też wstał z niej i ruszył się w stronę jadalni. Ale kiedy w końcu się podniósł, poszedł tam tylko, żeby wypić kawę i przejrzeć nowe wydanie gazety Proroka Codziennego. Ze śniadania, nie zjadł nic. Gdy wzrokiem omiótł cały stół z pustymi krzesłami, włącznie ze szczytowym.
- Powinien Pan coś zjeść.
Nalegał skrzat widząc, że nie zostało nic tknięte, a naprawdę nie przygotowywał tego wiele. Co by nie marnować jedzenia. Biorąc pod uwagę fakt, że przygotowanie czegokolwiek w kuchni, było utrudnieniem przez walącą się wszędzie sadzę. Trzeba było dokonać nakryć stołów i blatów, a inne obrusy zmienić. Podobnie z siedliskami na krzesłach.
- Nie masz nic innego do roboty?
Zapytał Richard z powagą, jakby miał uwagi o to, że ktoś się o niego martwi. Nawet surowo spojrzał na skrzata niczemu nic winnego. Uszy Belenosa oklapły i stworzenie powoli wycofywało się z pomieszczenia.
- Belenos chciał dobrze. Tylko zapytał. Belenos przeprasza i wraca do pracy.
Skrzat oddalił się.
Richard pozostając sam w jadalni, westchnął. Zwinął gazetę i rzucił nią na dalszą część stołu. Podparł się łokciami o blat stołu, zaś głowę schwał w dłoniach, przecierając twarz, aż na włosy. Nerwy mu grały na najwyższym poziomie. Potrzebował zapalić.
[a]Nim podjął się nakarmienia tytoniem, zmusił się do zjedzenia chociażby małej kanapki i połowy kiełbaski. Więcej nie wcisnął. Odszedł od stołu, kierując na górę, po drodze wyciągając papierośnicę, aby zapalić papierosa. Zapas się kończył i będzie musiał go uzupełnić. Zaciągnął się dymem tytoniowym, czując błogą przyjemność jego smaku i zapachu.

Po wypaleniu papierosa, Mulciber przejrzał swoją torbę z ubraniami na przebranie. Następnie udał do łazienki aby porządnie się odświeżyć. Wczorajszy golf, zamienił na czarną koszulę. Podobnie ze spodniami. Kolor jednak pozostawał bez zmian. Pozostawił powoli pojawiający się zarost, rozczesując jedynie włosy. Opuścił łazienkę, zabierając ze sobą to, co zawsze ma przy sobie. Różdżka, dokumenty i papierośnica. Uzupełniona.

Zszedł do gabinetu, gdzie wciąż leżał syf prezentowy. W tym odwrócony obraz ojca. Chwycił za ramę i wyszedł z nim do samej piwnicy, kierując się schodami i korytarzem do pracowni. Z pomocą różdżki, oświetlił pomieszczenie, zapalając świece. Pomieszczenie, które pozostawało martwe i straciło swoich twórców, który w nim pracowali. Pozaczynane obrazy, niektóre skończone i składowane w jednym miejscu. Inne czyste płótna. Używane sztalugi. Pojemniki z farbami. Saszetka z przyrządami, w tym pędzlami. Jedną część pracowni stanowiło malarstwo. Przy zestawieniu obrazów, tam umiejscowił obraz ojca. Choćby do czasu, nim pomyśli, co z nim zrobić. Jego wzrok skierował się po chwili na drugą część pomieszczenia, stanowiącą miejsce do tworzenia świec i kadzideł. Duży stół, na którym znajdowały się poukładane starannie i równo formy i narzędzia przeznaczone go świec. W tym także specjalnie przystosowany kominek, na stopienie wosku. Część pomieszczenia, która przywoływała mu niezbyt przyjemne wspomnienia. Niecierpliwość ojca i wieczne wyzwiska od beztalencia. Cierpliwość brata, który nawet zrobił mu osobne notatki, ale ostatecznie twierdzący, aby Richard dał sobie spokój. Ile razu próbował zrobić choć jedną porządną świeczkę, nigdy się nie udało. Dlaczego miałoby teraz być lepiej?

Podszedł do tego stołu, dłonią gładząc jego blat, napotykając liczne zniszczenia, odchodzenia lakieru i wgłębienia. Stół, który swoje wytrzymał swoje przez lata. Wzrok przeniósł na regał z książkami, odnajdując swój podręcznik z zapiskami, dotyczący podstaw tworzenia świec. Otworzył go i zaczął wertować strony. Zaraz jego spojrzenie powędrowało w głąb pomieszczenia, gdzie mieli składowane i zapakowane świece na sprzedaż. Nie było tego zbyt wiele. Czy do końca roku mu to starczy? Sporo zeszło, przez ostatnie wydarzenia w Londynie, gdzie światło było mieszkańcom potrzebne. Ten zapas, może mu nie starczyć do końca roku.

- Na co ja się porywam?
Zaczął do siebie, ponownie zagłębiając wzrok w kartki notatek i definicji. Instrukcji kreślonych i podstawowych kroków, co należy robić. Wykute lata temu miał w głowie, jakby wiersza się uczył. A i tak praktycznie nic mu nie wychodziło.

Położył zeszyt na stole. Wyjął różdżkę, aby zapalić kominek. Następnie przejrzał szuflady i kartony, szukając składowiska wosku. A kiedy znalazł i położył na stole, zerknął do notatek.

- W gramach? Gdzie oni do cholery mieli wagę?
Rozejrzał się. Aż w końcu dostrzegł urządzenie, normalnie kawałek przed sobą na stole. Odsunął podręcznik i przysunął wagę do siebie z pudełkiem odważników. Nie był pewny do końca, czy dobrze obmierza, ale próbował robić tak samo, jak go uczyli. Odmierzoną część wykrojonego wosku, wrzucił do podgrzewanego garneczka. Odszukał mieszadło i w sumie pozostawało mu czekać, aż wosk się roztopi.
- Teraz przygotować formę…
Spojrzał na ich zestawienie. Wybrał prostą, walcową. Obejrzał jak wyglądała w środku. Musiał włożyć knot. Tylko nie do końca pamiętał jak to robili. Mimo instrukcji i rysunków, próbował. Ze znalezieniem knotów nie miał problemu. Były w szufladzie pod ręką. Nie zmierzył jednak długości i przez to zmarszczył brwi.
- Za krótki.
Westchnął i musiał rozbroić konstrukcję, wyszukując dłuższy. Zamontował ponownie. Lecz ten był odrobinę za długi.
- Najwyżej skrócę.
Nie szukał idealnej długości, która najpewniej znajdowała się w podpisanej przegrodzie. Robert dbał o szczegóły i knoty przygotowywał w kategoriach pod formy jakie posiadali. Richard do tego nie miał cierpliwości. Ale doceniał taki porządek.

Zamieszał wosk. Nie kontrolował jednak temperatury. A może powinien? Pilnował tylko, aby wosk był płynny. Bo taki chyba powinien być. Zajrzał znów do notatek, czy o czymś nie zapomniał.

- Rękawice… No jasne.
Wywrócił oczami. Często o tym zapominał i chwytał garnek gołymi rękoma. Albo innym razem, źle przelał wosk i raz mu na stopę kapnęło. Innym razem drugą ręką chciał powstrzymać wypływanie go z formy, aż palce i dłoń sobie poparzył. Rękawice musiały gdzieś tutaj być. Szukał ich, aż znalazł.

Gdy wosk wydawał się być gotowy, przynajmniej w jego ocenie. Chwycił garnek w dłoń odzianą rękawicą i zdjął go z małego ogniska.

- To nie może być tak skomplikowane. Wystarczy wlać i poczekać. Przecież to proste.
Pocieszał się sam siebie. Koncentrując się na tym, aby wycelować w środek formy. Powoli przechylił naczynie i wlewał wosk.

Rzut na rzemiosło, czy uda mu się zrobić świecę.
Rzut T 1d100 - 8
Akcja nieudana


Wlewał, ale nie w pełni trafiał całkowicie w sam środek formy. Przelewał wosk na boki, poza formę. Jakby nie potrafił utrzymać w powietrzu naczynia i celnie trafić w jedno, centralne miejsce. Irytacja rosła, Oddech przyspieszył. Aż ostatecznie Richard odstawił garnek gwałtownie na bok stołu.

- Kurwa.
Patrzył na formę z rozlanym woskiem po bokach i niewielką ilością w środku formy. Nie wyszło. Gorący wosk, powoli wystygał. Przytwierdzając się do formy i stołu. Tym razem nie było nikogo, kto by go za to opieprzył. Nie było ojca, który przyłożyłby mu książką w głowę. Nie było brata, który cierpliwie by tłumaczył, co źle zrobił. Nie było nikogo.
Matka, nigdy nie pomyślałaby, że kiedykolwiek będą robili świece…

Zdjął rękawice, rzucił nimi na stół. Wyjął papierośnicę, a z niej papierosa i zapalniczkę. Zapalił, zaciągając się dymem.

- Co robię źle?
Próbował na spokojnie do tego podejść. Próbował.

Ponownie zajrzał do notatek. Wszystko robił tak jak powinien. Dlaczego nie wychodziło? Zaciągnął się ponownie, zauważając, że powinien strzepnąć popiół. Rozejrzał się po pomieszczeniu, szukając jakiegoś naczynia. Gdyż w tym domu, tylko on potrafił kopcić. Sięgnął po znaleziony pusty słoik. Odkręcił nakrętkę i wykorzystał ją sobie jako prowizoryczną popielniczkę. Strzepnął popiół i patrzył na nieudany własny produkt.

- Może większą?
W standardowej formie, nie wyszła mu świeczka. Nie umiał jakoś wycelować poprawnie do centrum. Poszukał zatem szerszego walca. Większe i szersze świece bywały droższe. Ale dla niego może okażą się łatwe do stworzenia. Ponownie postawił wystygnięty garnek na ogień. Odmierzył odpowiednią ilość wosku, odszukując w notatkach, ile powinien stopić na duży walec. Wrzucił do garneczka i zajął się przygotowaniem formy z knotem.

Gdy na drugą próbę, wosk był znów gorący, lejący się. Powtórzył czynność, trzymając w ustach nie wypalonego jeszcze do końca papierosa.

"Uda się. Musi się udać." – powtarzał sobie w myślach. Ubrał rękawice, ujął w dłoń uchwyt garnka i powtórzył czynność. Wlewał wosk do szerszej formy na świecę.

Ponowny rzut na rzemiosło, czy tym razem uda się zrobić świecę?
Rzut T 1d100 - 56
Słaby sukces...


Udało się. Wlał odpowiednią zawartość wosku do formy. Tym razem nie rozlał po bokach. Odstawił naczynie na bok i przyglądał przez moment swojemu dziełu. Normalnie nie wierzył, że to się udało.

- To chyba żart…
Chciałby w to wierzyć. Może jednak nie jest takim  beztalenciem, jak zwykł mówić ojciec? Aż wzrok przeniósł w stronę obrazu, który zostawił w części malarskiej tego pomieszczenia.
- Mógłbym Ci pokazać, że nie jestem takim niedoukiem. Ale ciebie to nawet nie interesuje. Śnij sobie dalej.
Zagadał do obrazu, nie patrząc na to, że przecież ojciec go nie usłyszy. Po co więc gadał do obrazu, oddalonego od stoiska pracy przy świecach? Westchnął. To był dopiero początek sukcesu. Teraz musiał przeczekać moment, aż ten wosk wystygnie, żeby móc wyjąć świecę.

Zdjął rękawice, odłożył na wolną przestrzeń stołu. Dopalił papierosa, gasząc go w nakrętce od słoika. Spojrzał jeszcze na zegarek, a potem do notesu, czy było podane, ile czasu powinien czekać.

- Ile?
Doszukał się. To nie była jakaś godzina czy dwie. To było wiele godzin, może nawet dób jeżeli świeca miała być mocno stabilna. W zależności od jej formy i objętości. Westchnął z rezygnacją, masując sobie kark. Aż spojrzał w kąt pozostałych świec zrobionych przez brata.
- Nic dziwnego, że robiłeś masówkę.
Stwierdził. Dopiero kiedy udało mu się ponoć zrobić formę i nie rozlać, przeszedł do kolejnego etapu. Czekania. Następnie, będzie wyjmowanie i testowanie.

Cóż innego mógł robić? Wziął się za sprzątanie stanowiska, aby zbić jakoś czas oczekiwania. Tym samym rozwalił nieudany projekt i zaczął czyścić formę z nieudanego robienia świecy. Kominek ugasił z pomocą magii. Gdy naczynie wystygło, także zajął się jego czyszczeniem. Poukładał wszystko na swoje miejsca. Sprawdzi świecę jutro. Zgasił świece i wrócił na górę, zająć się innymi obowiązkami.



24 września / do południa

Dnia kolejnego, nim udał się na spotkania, postanowił sprawdzić swoje ostatnie dzieło. Wyjęcie świecy z formy nie było proste. Wczytał się dziesięciokrotnie w notatki, jak i czym powinien to zrobić. I choć zrobił jak napisali, o mały włos, nie ściął całkowicie knota. Wyjął świecę i obejrzał dokładnie. Piękna nie była. Ale świecę przypominała. Postawił na płaskim naczyniu i zapalił ją swoją zapalniczką.
Świeca była stabilna. A co najważniejsze, knot udało mu się utrzymać prosto. Pierwsza ledwie udana świeca w jego życiu.

- Nie wierzę… Zrobiłem to.
Uśmiechnął się do siebie.
- Widzisz to Robert? Zrobiłem świecę.
Pochwalił się bratu, mając nadzieję, że gdziekolwiek jest, widzi to, albo słyszy...


______________________
Przewaga: Odwaga (wobec klątwy w domu)
Zawada: Uzależnienie (papierosy), Nerwica Natręctw


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Richard Mulciber (3031)




Wiadomości w tym wątku
[22-24.09.1972] Ja tego nie zrobię? | Richard i świeczki - przez Richard Mulciber - 30.04.2026, 13:53

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa