Z zasadami to było ogólnie tak, że były po to, by je łamać – tak by powiedziała Guinevere w zwyczajny dzień i jeszcze uśmiechnęłaby się do tego szelmowsko i och jakże (nie)winnie. Dzisiaj jednak niespecjalnie była w nastroju do swoich zwyczajowych zaczepek, podszczypywania, czy nawet tego lekkiego podrywania, jakiego się dopuszczała w kierunku Cala.
Zaś zarysowania duszy… Niszczała bezpowrotnie, ale tak długo, jak miało się tego świadomość, jakieś zahamowania i emocje – tak… nie była to droga w jedną stronę bez możliwości zatrzymania się, a Shafiq zdawał się być świadomy. To jak z osobami chorymi psychicznie: wariat w większości nie zdawał sobie sprawy z tego, że mu odbiło. A Ginewra daleka była od osądów i potępienia innych, może za wyjątkiem Voldemorta.
– Nie wiem, a nauczycielka z Hogwartu tak was uczyła? – Ginny zapatrzyła się przed siebie, na te wrzosy ciągnące się hen daleko, patrząc na wszystko i na nic jednocześnie. – Że można zerknąć do filiżanki tylko raz dziennie? – nikt zresztą nie mówił, że wróżba z rana spełni się dokładnie tego dnia. Los lubił być przewrotny i uderzać, gdy najmniej się tego spodziewało, gdy opuściło się gardę. Wiedziała, jakimi pokładami cynizmu Cathal dysponuje i gdyby jej to przeszkadzało, to nie spędzałaby z nim czasu, gdyby absolutnie nie musiała. Jego charakter i podejście do życia kompletnie jej nie wadziło, ba, wręcz je lubiła, wielokrotnie podkreślając, że jego gburowatość jej odpowiada. Zresztą doskonale znała jego zdanie co do wróżbiarstwa. Jego i nie tylko jego – było tu sporo osób, które były sceptyczne, ale McGonagall nie czuła, że ma jakąś misję, by przekonać niedowiarków do swoich racji, absolutnie nie. Uważała, że prędzej czy później, ten kto ma zrozumieć, zrozumie. A jak nie… Niektórym oczy otworzą się dopiero, gdy jej się zamkną. Wszystkie trzy. I to też było w porządku. – Może – nie negowała tego, wręcz było to całkiem prawdopodobne. Że zwoje zareagowały, bo natrafiły na kogoś z uśpionym trzecim okiem i podrażniły je, a to zaczęło pomału się otwierać i odbierać bodźce, których Ginny wcześniej nie miała prawa dostrzec. Oko Horusa… Symbol uzdrawiania, Słońce, Księżyc, przyszłość, przeszłość i teraźniejszość. Symbol ten zawsze był w jakiś sposób dla Ginewry ważny, jej pierwszą formą był zresztą sokół, Horus. Być może to zawsze było jej przeznaczenie, tak jak twierdziła jej matka. Być może to był odpowiedni czas. A może żaden czas nie był dobry, a to po prostu się działo… To wszystko nie wykluczało nadal dalekiego spokrewnienia z Blackwoodami, na tym etapie być może nawet bardziej prawdopodobnego niż wcześniej, skoro wiedzieli, że ktoś jednak uniknął zagłady i opuścił wioskę, ale Guinevere i tak nie myślała o tej ewentualności. – Nic tu się chyba nie da wykluczyć – dodała i westchnęła.
– Nie chcę żadnych jasnowidzów – odparła, gdy już dotarło do niej w jaki sposób jej słowa zinterpretował Cathal, choć domyślała się, że odpowiedział w ten sposób dla żartu, a nie na serio. Jednak jej odpowiedź leżała bardzo blisko prawdy – w takim układzie byłoby o jednego jasnowidza za dużo. I właśnie: gdyby to był inny dzień, pewnie nieco inaczej by się zachowała, niechybnie pociągnęłaby zaczepkę mówiąc coś w stylu, że jedna ładna jasnowidzka siedzi obok, ale teraz ograniczyła się tylko do cichego parsknięcia. Tak, zdołało ją to odrobinę rozbawić. A może to była ta Ognista… Przekazała zresztą butelkę Calowi, już i tak wystarczająco długo wstrzymywała kolejkę.