02.05.2026, 17:14 ✶
Spojrzał na Monę smutno, lecz ze zrozumieniem.
— Ludzie różnie to wszystko przeżywają. Tak mi się wydaje. Każdy reaguje troszkę inaczej. Podobnie było, gdy spłonął Rzym. Zapasy wina kończyły się szybciej niż zdążali je produkować. Jedni płakali, podczas gdy inni starali się otępić zmysły. Byle nie czuć tej beznadziei — rzekł cicho. W takich momentach zawsze sięgał po alkohol. Naszła go myśl, że dobrze by było samemu na chwilę zapomnieć o Spalonej Nocy. Tyle, że picie nigdy realnie mu nie pomagało. Kiedy to robił, było tylko gorzej. Icarus wtulił się w głowę Mony, odetchnął zapachem jej włosów. Przypomniał sobie, co naprawdę było ważne. — Nie można przechodzić przez to samemu, Mo. Nie jesteś sama.
Wydało się mu, że kobieta potrzebowała tych słów. Wiedział, że cały ten chaos po Spalonej ją przytłaczał. Że miasto, którego i tak nie znosiła, przybrało swą ostateczną, monstrualną formę. Ari byłby gotów wyprowadzić się na wieś, nawet z dnia na dzień. Zatrudnić kogoś do zarządzania Convivium. Korzystać z piecyka Fiuu. Byle zobaczyć Monę taką, jaka była dawniej. Radosną, żywą, kochającą świat dookoła. Może mógł jej to zaproponować, gdy już znajdą się w Walii?
— Pójdę jutro do domu i poszukam tego dziennika. Może jest gdzieś wśród... rzeczy mojego ojca — na wspomnienie o Dedalusie znów zrobiło mu się słabo. — Wiesz... jak sobie o tym myślę, to... to nie był człowiek, za którego go uważałem. Byłem ślepy, bałem się go zawieść. A co mi z tego przyszło? Straciłem ciebie, a sam, w związku z historią nic nie wskórałem. Ojciec zawsze mi powtarzał, że nie jestem gotowy. Nigdy nie pokazał mi, że we mnie wierzy. Ale wiesz co? — Icarus spojrzał na Monę. Uśmiechnął się słabo. — Pieprzyć go. I pieprzyć Śmierciożerców, i to miasto, i wszystkie te oczekiwania wobec nas. — Ujął policzki Mony w obie dłonie. — Od kiedy uratowałaś mnie wtedy, na wrzosowisku, zrozumiałem, że szczęście nie jest życiem pod linijkę. Nie kryje się ono też w zapomnieniu, w odwracaniu własnej uwagi od tego, co się liczy. To ty jesteś moim szczęściem, Mo. Zawsze nim byłaś.
W jej oczach zobaczył prawdę. To, jak chciał, żeby wyglądała przyszłość. Nieważne gdzie, jako kto... ważne, że z nią. Następne słowa nastąpiły niemalże naturalnie. Wziął oddech, choć piękno Mony, nawet po całym dniu pracy, odbierało mu dech.
— Kocham cię — wyznał cicho.
— Ludzie różnie to wszystko przeżywają. Tak mi się wydaje. Każdy reaguje troszkę inaczej. Podobnie było, gdy spłonął Rzym. Zapasy wina kończyły się szybciej niż zdążali je produkować. Jedni płakali, podczas gdy inni starali się otępić zmysły. Byle nie czuć tej beznadziei — rzekł cicho. W takich momentach zawsze sięgał po alkohol. Naszła go myśl, że dobrze by było samemu na chwilę zapomnieć o Spalonej Nocy. Tyle, że picie nigdy realnie mu nie pomagało. Kiedy to robił, było tylko gorzej. Icarus wtulił się w głowę Mony, odetchnął zapachem jej włosów. Przypomniał sobie, co naprawdę było ważne. — Nie można przechodzić przez to samemu, Mo. Nie jesteś sama.
Wydało się mu, że kobieta potrzebowała tych słów. Wiedział, że cały ten chaos po Spalonej ją przytłaczał. Że miasto, którego i tak nie znosiła, przybrało swą ostateczną, monstrualną formę. Ari byłby gotów wyprowadzić się na wieś, nawet z dnia na dzień. Zatrudnić kogoś do zarządzania Convivium. Korzystać z piecyka Fiuu. Byle zobaczyć Monę taką, jaka była dawniej. Radosną, żywą, kochającą świat dookoła. Może mógł jej to zaproponować, gdy już znajdą się w Walii?
— Pójdę jutro do domu i poszukam tego dziennika. Może jest gdzieś wśród... rzeczy mojego ojca — na wspomnienie o Dedalusie znów zrobiło mu się słabo. — Wiesz... jak sobie o tym myślę, to... to nie był człowiek, za którego go uważałem. Byłem ślepy, bałem się go zawieść. A co mi z tego przyszło? Straciłem ciebie, a sam, w związku z historią nic nie wskórałem. Ojciec zawsze mi powtarzał, że nie jestem gotowy. Nigdy nie pokazał mi, że we mnie wierzy. Ale wiesz co? — Icarus spojrzał na Monę. Uśmiechnął się słabo. — Pieprzyć go. I pieprzyć Śmierciożerców, i to miasto, i wszystkie te oczekiwania wobec nas. — Ujął policzki Mony w obie dłonie. — Od kiedy uratowałaś mnie wtedy, na wrzosowisku, zrozumiałem, że szczęście nie jest życiem pod linijkę. Nie kryje się ono też w zapomnieniu, w odwracaniu własnej uwagi od tego, co się liczy. To ty jesteś moim szczęściem, Mo. Zawsze nim byłaś.
W jej oczach zobaczył prawdę. To, jak chciał, żeby wyglądała przyszłość. Nieważne gdzie, jako kto... ważne, że z nią. Następne słowa nastąpiły niemalże naturalnie. Wziął oddech, choć piękno Mony, nawet po całym dniu pracy, odbierało mu dech.
— Kocham cię — wyznał cicho.
Too close to the Sun
You warned me, Father
That if I flew too high
I would fall.
You warned me, Father
That if I flew too high
I would fall.