Działała szybko, bo w tamtym momencie myślała sobie, że to sprawa pilna i od niej zależy przyszłość ich ogrodu. Jak bardzo się myliła… Minęły dwa tygodnie, a ogród miał się bez zmian, czyli że dobrze, za to świat zdawał się płonąć, a nawet dosłownie się to działo przez jeden szalony wieczór, po którym nic już nie było takie samo.
Victoria pokiwała głową i mruknęła pod nosem na zgodę, żeby poczekali. Sama była za tym, nie chciała wyjść na jakąś niecierpliwą wariatkę, która zawraca komuś głowę, choć po prawdzie to może właśnie trzeba było być nadgorliwym w tej sytuacji, skoro stali ze sprawą ogrodu i stali ze sprawą Polany Ognisk – a przynajmniej na to wyglądało, skoro od miesięcy Knieja była zamknięta i nic się w tej sprawie nie zmieniało.
– Może tak… W sensie może faktycznie najlepiej osobno wybadać tematy i może wtedy jakoś uda się to złączyć – Laurence mógł mieć rację, a w obecnym stanie ich wiedzy trudno było wysnuć inne wnioski, skoro informacje mieli tak rozstrzelone i nie miały one za wiele sensu zebrane do kupy. Laurence niczego nie pominął, Victoria nic więcej nie wiedziała i miała dokładnie te informacje, zebrane na przestrzeni ostatnich dwóch tygodni. To mało i dużo jednocześnie, biorąc pod uwagę, jak mało miała czasu, by zajmować się tematem.
– Nie wiem… Nie mam za bardzo planu… Odezwałam się jeszcze do Mirabelli Abbott, skoro jest przewodnicząca towarzystwa herbologicznego… ale na ten moment nic nie mamy – przyznała. Victoria myślała sobie o porównaniu czarnych róż do dziwacznego okazu mandragory, którą badali w lipcu, ewidentnie będącą efektem tej samej anomalii, ale… no cóż. Zaginęła. – Jak wrócę do domu, to napiszę ci to, co mam w notatkach o wizjach z oranżerii. Może ty na coś wpadniesz. Jak będę miała coś więcej, to dam ci znać… A gdybyś ty się czegoś dowiedział, to też daj znać – może to się wydawało oczywiste, ale różnie bywało.
Westchnęła.
– Wracamy? W sumie trochę zgłodniałam – miała ochotę na deser.