04.05.2026, 22:07 ✶
Zwykle Icarus myślał za dużo. Dywagował, powtarzał sobie w pamięci poszczególne sytuacje, rozdrapywał niedogojone rany. Teraz jednak było inaczej. Jego umysł, zwykle bystry, a nawet światły, niepodzielnie opanowała jedna myśl. Czy w ogóle można było ją myślą nazwać? Nie... to było wrażenie. Albo pragnienie. Wszak teraz liczyła się tylko ona. Wyglądała jak bogini i podobnie panowała nad Icarusem, swym pokornym wyznawcą. Siedziała na nim niczym smoczyca na złupionych skarbach.
Wpierw oddawał pocałunki, starał się opanować bezdenny zachwyt, jednak bezskutecznie. Potem miękkie usta Mony powędrowały własną drogą. Ari zadrżał. Z każdym pocałunkiem wyrywało mu się ciche westchnięcie, a te wędrowały po jego twarzy, żuchwie, aż dotarły do szyi. Dłonie mężczyzny, wplątane wcześniej w rude włosy, teraz znalazły się na jej plecach i chwyciły za materiał swetra.
Przymknął oczy, oczekiwał na kolejne pocałunki, jednak tego spodziewać się nie mógł. Zęby Mony znalazły się na jego szyi, przygryzły wrażliwą skórę, powodując falę delikatnego, choć rozkosznego bólu. Icarus nie pamiętał ostatniego razu, gdy wyrwał mu się z ust akurat taki dźwięk. Żałosny, błagalny, rozedrgany. Palce jego dłoni wpiły się w jej plecy, a palce mimowolnie stóp podwinęły. Pożądanie uderzyło go jak grom.
Kochał ją. Kochał ją bezgranicznie. Kochały ją jego dusza i ciało.
Ubrania nieprzyjemnie drapały jego rozgrzaną skórę. Pragnął się z nich wyswobodzić, być w stanie doznać tego stanu w sposób czysty, bez żadnych przeszkód.
— Może... — przerwał na chwilę. Cała spójność jego myśli wyparowała. — Chciałabyś może przenieść się do sypialni? — popatrzył na nią błagalnie.
Wpierw oddawał pocałunki, starał się opanować bezdenny zachwyt, jednak bezskutecznie. Potem miękkie usta Mony powędrowały własną drogą. Ari zadrżał. Z każdym pocałunkiem wyrywało mu się ciche westchnięcie, a te wędrowały po jego twarzy, żuchwie, aż dotarły do szyi. Dłonie mężczyzny, wplątane wcześniej w rude włosy, teraz znalazły się na jej plecach i chwyciły za materiał swetra.
Przymknął oczy, oczekiwał na kolejne pocałunki, jednak tego spodziewać się nie mógł. Zęby Mony znalazły się na jego szyi, przygryzły wrażliwą skórę, powodując falę delikatnego, choć rozkosznego bólu. Icarus nie pamiętał ostatniego razu, gdy wyrwał mu się z ust akurat taki dźwięk. Żałosny, błagalny, rozedrgany. Palce jego dłoni wpiły się w jej plecy, a palce mimowolnie stóp podwinęły. Pożądanie uderzyło go jak grom.
Kochał ją. Kochał ją bezgranicznie. Kochały ją jego dusza i ciało.
Ubrania nieprzyjemnie drapały jego rozgrzaną skórę. Pragnął się z nich wyswobodzić, być w stanie doznać tego stanu w sposób czysty, bez żadnych przeszkód.
— Może... — przerwał na chwilę. Cała spójność jego myśli wyparowała. — Chciałabyś może przenieść się do sypialni? — popatrzył na nią błagalnie.
Too close to the Sun
You warned me, Father
That if I flew too high
I would fall.
You warned me, Father
That if I flew too high
I would fall.