Lisi patronus pojawił się w warsztacie, kiedy pracował nad świstoklikiem dla starego znajomego. Miał być niepozorny nie rzucać się w oczy. Carrow tworzył go więc ze starych okularów, których nikt by nie chciał dotknąć patykiem. Lis wyrwał go jednak znad tych nieszczęsnych okularów, postanowił dokończyć to później. W końcu Castiel nie wzywałby go w ten sposób bez powodu. Ważne było, aby w odpowiedni sposób wyznaczać priorytety.
Nie przebrał się nawet, stwierdził, że skoro to taka istotna sprawa to od razu teleportował się w miejsce, w które wezwał go Castiel. Na jasnym swetrze można było zauważyć ślady smaru, świstoklik nie był jedyną rzeczą nad którą dzisiaj pracował. Trochę był rozczarowany tym, że Flint wybrał Pokątną. Będzie go to spotkanie sporo kosztowało, a niestety nie należał do osób, które zbyt często mogły sobie pozwolić na takie szaleństwa.
Czego się jednak nie robi dla przyjaciół? Weszli do środka, Samuel długo przeglądał kartę dań, nie do końca wiedział na co może sobie pozwolić. Wybrał jedną z najtańszych pozycji - rybę z frytkami. Nic wyszukanego. Zamówił sobie do tego piwo kremowe, które właśnie sączył, czekając na jedzenie.
- Zapiszę sobie gdzieś tę datę. - Cieszył się, że Flint postanowił poprosić właśnie jego o pomoc, oznaczało to, że darzył go zaufaniem - co było istotne, dobrze było mieć w tych czasach znajomych wśród czystokrwistych, kto wie, kiedy mogą się przydać.
W międzyczasie pojawił się przed nim talerz z jedzeniem. Samuel sięgnął po frytkę, ugryzł ją, jednak była gorąca, co skłoniło go do zaprzestania jedzenia. Nie znosił, kiedy było gorące. Wolał zaczekać, aż ostygnie. Czekał, aż Castiel wreszcie powie mu o co chodzi, zastanawiał się, czy będzie w stanie mu w ogóle pomóc.
- Jeśli o to chodzi to zawsze. Nie znajdziesz lepszego ode mnie, mamy to we krwi. - Teleportacja była jego konikiem. Wiedział, że będzie w stanie sobie poradzić z zadaniem, jakie by ono nie było. - Jakieś szczegóły? Powinienem się do tego przygotować? - W końcu Castiel jeszcze nie wspomniał o konkretach.