06.05.2026, 00:09 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.05.2026, 00:35 przez Benjy Fenwick.)
Radio cicho brzęczało jakimś świeżym rockowym kawałkiem, którego brzmienie ledwo przebijało się przez moje własne, niezbyt optymistyczne myśli krążące wokół zmarnowanego czasu, bo przecież nie dało się ukryć, że mogłem ten dzień spędzić w znacznie bardziej produktywny sposób - choćby na wykonywaniu prac remontowych w domu, od których trochę się migałem, dając sobie na nie przynajmniej pół roku - zamiast babrać się w wilgotnej piwnicy dla kilku nędznych galeonów. Podkręciłem odrobinę głośność, próbując zrzucić z siebie ten specyficzny rodzaj zmęczenia, który w moim odczuciu zwykle towarzyszył powrotowi z pracy poniżej własnych możliwości, wtedy, kiedy człowiek czuł, że marnuje czas, zamiast robić coś naprawdę istotnego. Cisza panująca w domu, chociaż zwykle kojąca po całym dniu użerania się z oporną materią cudzych zaklęć, tym razem miała w sobie coś zbyt głębokiego - zupełnie tak, jak przed burzą, jednak tym razem to porównanie nie przeszło mi akurat przez myśl, o ironio - drażniła mnie niemal tak samo, jak to nieszczęsne zlecenie w Sussex, które zamiast solidnej dawki adrenaliny i skomplikowanych zwrotów akcji zaserwowało mi jedynie zalążki bólu głowy po konieczności znoszenia ględzenia starego skąpca. Nie spodziewałem się, że dziś to ja będę tą osobą, która jako pierwsza przekroczy bramę i pozapala światła - nie to, by nie zdarzyło się to wcześniej, jednak byłem święcie przekonany, iż zastanę już Prue na jej typowym miejscu, gdyż godzina wcale nie była szczególnie młoda, a pogoda zdecydowanie nie sprzyjała zachodzeniu po zakupy - ośmieliłbym się nawet stwierdzić, że nasze systemy pracy i podejście w znacznym stopniu definiowały to, kto był „tym nieprzewidywalnym”... I zdecydowanie nie była to moja żona - nawet, jeśli ostatnio pozwalała sobie na zdecydowanie więcej kreatywnego chaosu, na co patrzyłem z nieskrywaną przyjemnością.
Nie liczyłem minut, nie spoglądałem na zegarek, nie miałem ku temu żadnych podstaw, i jeśli coś ją zatrzymało albo to ja niedokładnie zapamiętałem jej grafik, z pewnością miałem się tego dowiedzieć w swoim czasie, nawet w tej sytuacji politycznej nie zwykłem świrować przez drobną weryfikację założeń. To nie były nawet żadne konkretne plany, w końcu w takich miejscach, jak biuro koronera, nie sztywne godziny, lecz sztywni ludzie ustalali grafik - czasem bardzo dosłownie. Stałem nad patelnią, zajmując się przygotowaniem ciepłej, sycącej kolacji, która - choć niezbyt wyrafinowana, nawet jak na mnie - w założeniu miała być przyjemnym początkiem nadchodzącego chłodnego, październikowego wieczoru. Stopniowo dorzucałem kolejne składniki na drugą patelnię, przygotowując pozostałe dodatki, podczas gdy za oknem świat powoli tonął w gęstniejącej mgle, a resztki liści opadały z drzew z tą samą rezygnacją, z jaką ja przyjmowałem kolejne minuty samotności w kuchni. Nie lubiłem stagnacji związanej z oczekiwaniem, lecz tym razem zdecydowanie miałem co robić, więc skupiłem się na wyznaczonym sobie zadaniu, nie na monitorowaniu okolicy. Od tego drugiego mieliśmy już zresztą w okolicy znacznie bardziej wykwalifikowanych ludzi, do których zdecydowanie nie miałem podjazdu, ponieważ mieszkali tu oni znacznie dłużej i mieli naturalny talent do poszukiwania sensacji, jakiego ja zdecydowanie nie odkryłem w sobie przez lata skakania z miejsca na miejsce. Nadal trochę trudno było mi się przyzwyczaić do stałego adresu, chociaż - jak dotąd - nie miałem żadnego powodu, by czuć się z tym źle, mógłbym nawet stwierdzić, iż mieszkanie w jednym miejscu miało cały szereg zalet, o których wcześniej nie byłbym w stanie pomyśleć, co dopiero je wymienić, ale teraz zrobiłbym to bez namysłu, nawet jeśli wiązało się to z akceptacją kilku… Niedogodności zawodowych.
Zasyczałem pod nosem, gdy kropla gorącego tłuszczu prysnęła mi na ranę na wierzchu dłoni, ale nawet nie odsunąłem się od ognia, bo rytmiczne skwierczenie masła, jajek i boczku było jedyną rzeczą, która zagłuszała irytujące echo pretensji mojego dzisiejszego klienta, wciąż brzmiące mi w uszach po tych wszystkich godzinach spędzonych w wilgotnej, cuchnącej pleśnią piwnicy. Czułem na karku ciężar całego dnia, a świadomość, że zmarnowałem tyle czasu na rzucanie elementarnych przeciwzaklęć na zamki, które i tak ledwo trzymały się zardzewiałych zawiasów, sprawiała, że miałem ochotę po prostu rzucić to wszystko i wyjechać gdzieś, gdzie magia nie służyła wyłącznie do ukrywania rodzinnych rupieci przed komornikiem - najchętniej gdzieś dalej niż do Austrii, chociaż wizja naszej nadchodzącej podróży poślubnej trochę poprawiała mi humor. W radiu David Bowie śpiewał coś o zmianach, co wydało mi się wyjątkowo ironiczne w kontekście mojej obecnej egzystencji najemnika do wynajęcia, więc tylko podkręciłem gałkę głośności wolną ręką, starając się nie myśleć o tym, jak bardzo ta brytyjska, jesienna aura wyssała ze mnie resztki energii - piździernik za oknem zdawał się wdzierać do środka każdą szczeliną w drewnianych ramach, niosąc ze sobą zapach mokrych liści i tej specyficznej, londyńskiej wilgoci, która osiadała na wszystkim, potęgując moje poczucie bezużyteczności po zleceniu, które mogłaby wykonać średnio rozgarnięta sowa z różdżką w dziobie - praca klątwołamacza zawsze kojarzyła mi się z nieprzewidywalnością, zaskoczeniem i piaskiem w zębach, a nie z wycieraniem nosa staremu dziadowii, który trząsł się nad każdym syklem, jakby to miało uratować jego podupadający ród przed nieuchronnym zapomnieniem, ale… Przecież każdy miewał gorsze momenty… Gdybym tylko wiedział, że te konkretne nie były wcale najgorsze, jakie mogły mnie dzisiaj spotkać…
Ale nie wiedziałem, przynajmniej jeszcze przez jakieś trzy sekundy kolejnej piosenki - gdzieś w połowie wybijania rytmu wolną dłonią o blat usłyszałem wreszcie charakterystyczny szczęk klucza w zamku i ciężki odgłos otwieranych drzwi frontowych, co sprawiło, że poczułem nagły przypływ spokoju, bo dom bez Prue wydawał mi się po prostu za duży i niepokojąco martwy. Kiedy w końcu obróciłem się na pięcie z łopatką w dłoni, gotowy powitać ją jakimś lekkim, być może lekko ironicznym komentarzem o długim dniu, uśmiech zamarł mi na ustach, zanim w ogóle zdążył się w pełni uformować - stała w progu, ale zamiast spodziewanego zmęczenia, praktycznie od razu dostrzegłem na jej twarzy palące rumieńce i ten specyficzny rodzaj wściekłości zmieszanej z niepokojem, który sprawiał, że spojrzenie oczu mojej żony stawało się ostre jak brzytwa. Widywałem je wcześniej wiele razy - zbyt wiele, by źle to zinterpretować albo jakkolwiek się łudzić, nawet jeśli w tym momencie nie miałem pojęcia, o czym świadczyło, co było jednym z gorszych uczuć - zazwyczaj wiedziałem, czym mogłem jej wywołać, ale teraz… Teraz miewaliśmy większe problemy niż szkolne kłótnie.
Poczułem znajomy, stary instynkt, by sięgnąć po różdżkę - ten sam, który tak usilnie starałem się dusić na rzecz tego nowego, ustabilizowanego życia - drżący w moich koniuszkach palców, zwłaszcza że cisza rozciągająca się między nami przestała być nasycona kojącym spokojem wspólnego domu, stając się ciężkim, wibrującym napięciem domagającym się natychmiastowego wyjaśnienia. Cała wcześniejsza irytacja na skąpego klienta z Sussex wyparowała w ułamku sekundy, ustępując miejsca chłodnemu skupieniu będącemu lepszą alternatywą od pozwolenia narastającemu niepokojowi o to, co mogło wytrącić moją zwykle opanowaną żonę z równowagi do tego stopnia, że aż promieniowała taką dawką stłumionej furii, przejąć kontrolę nad moimi myślami. Przez głowę przemknęło mi tysiąc scenariuszy - od problemów w pracy po jakieś cholerne fatum wiszące nad naszą okolicą - ale żaden z nich nie pasował idealnie do tej mieszanki emocji, którą miała wypisaną na twarzy, więc po prostu zamarłem z tą nieszczęsną łopatką w górze, czując, że domowa sielanka, którą próbowałem wyczarować przy pomocy smażonego jedzenia i radia, właśnie rozpadła się na kawałki.
Nie liczyłem minut, nie spoglądałem na zegarek, nie miałem ku temu żadnych podstaw, i jeśli coś ją zatrzymało albo to ja niedokładnie zapamiętałem jej grafik, z pewnością miałem się tego dowiedzieć w swoim czasie, nawet w tej sytuacji politycznej nie zwykłem świrować przez drobną weryfikację założeń. To nie były nawet żadne konkretne plany, w końcu w takich miejscach, jak biuro koronera, nie sztywne godziny, lecz sztywni ludzie ustalali grafik - czasem bardzo dosłownie. Stałem nad patelnią, zajmując się przygotowaniem ciepłej, sycącej kolacji, która - choć niezbyt wyrafinowana, nawet jak na mnie - w założeniu miała być przyjemnym początkiem nadchodzącego chłodnego, październikowego wieczoru. Stopniowo dorzucałem kolejne składniki na drugą patelnię, przygotowując pozostałe dodatki, podczas gdy za oknem świat powoli tonął w gęstniejącej mgle, a resztki liści opadały z drzew z tą samą rezygnacją, z jaką ja przyjmowałem kolejne minuty samotności w kuchni. Nie lubiłem stagnacji związanej z oczekiwaniem, lecz tym razem zdecydowanie miałem co robić, więc skupiłem się na wyznaczonym sobie zadaniu, nie na monitorowaniu okolicy. Od tego drugiego mieliśmy już zresztą w okolicy znacznie bardziej wykwalifikowanych ludzi, do których zdecydowanie nie miałem podjazdu, ponieważ mieszkali tu oni znacznie dłużej i mieli naturalny talent do poszukiwania sensacji, jakiego ja zdecydowanie nie odkryłem w sobie przez lata skakania z miejsca na miejsce. Nadal trochę trudno było mi się przyzwyczaić do stałego adresu, chociaż - jak dotąd - nie miałem żadnego powodu, by czuć się z tym źle, mógłbym nawet stwierdzić, iż mieszkanie w jednym miejscu miało cały szereg zalet, o których wcześniej nie byłbym w stanie pomyśleć, co dopiero je wymienić, ale teraz zrobiłbym to bez namysłu, nawet jeśli wiązało się to z akceptacją kilku… Niedogodności zawodowych.
Zasyczałem pod nosem, gdy kropla gorącego tłuszczu prysnęła mi na ranę na wierzchu dłoni, ale nawet nie odsunąłem się od ognia, bo rytmiczne skwierczenie masła, jajek i boczku było jedyną rzeczą, która zagłuszała irytujące echo pretensji mojego dzisiejszego klienta, wciąż brzmiące mi w uszach po tych wszystkich godzinach spędzonych w wilgotnej, cuchnącej pleśnią piwnicy. Czułem na karku ciężar całego dnia, a świadomość, że zmarnowałem tyle czasu na rzucanie elementarnych przeciwzaklęć na zamki, które i tak ledwo trzymały się zardzewiałych zawiasów, sprawiała, że miałem ochotę po prostu rzucić to wszystko i wyjechać gdzieś, gdzie magia nie służyła wyłącznie do ukrywania rodzinnych rupieci przed komornikiem - najchętniej gdzieś dalej niż do Austrii, chociaż wizja naszej nadchodzącej podróży poślubnej trochę poprawiała mi humor. W radiu David Bowie śpiewał coś o zmianach, co wydało mi się wyjątkowo ironiczne w kontekście mojej obecnej egzystencji najemnika do wynajęcia, więc tylko podkręciłem gałkę głośności wolną ręką, starając się nie myśleć o tym, jak bardzo ta brytyjska, jesienna aura wyssała ze mnie resztki energii - piździernik za oknem zdawał się wdzierać do środka każdą szczeliną w drewnianych ramach, niosąc ze sobą zapach mokrych liści i tej specyficznej, londyńskiej wilgoci, która osiadała na wszystkim, potęgując moje poczucie bezużyteczności po zleceniu, które mogłaby wykonać średnio rozgarnięta sowa z różdżką w dziobie - praca klątwołamacza zawsze kojarzyła mi się z nieprzewidywalnością, zaskoczeniem i piaskiem w zębach, a nie z wycieraniem nosa staremu dziadowii, który trząsł się nad każdym syklem, jakby to miało uratować jego podupadający ród przed nieuchronnym zapomnieniem, ale… Przecież każdy miewał gorsze momenty… Gdybym tylko wiedział, że te konkretne nie były wcale najgorsze, jakie mogły mnie dzisiaj spotkać…
Ale nie wiedziałem, przynajmniej jeszcze przez jakieś trzy sekundy kolejnej piosenki - gdzieś w połowie wybijania rytmu wolną dłonią o blat usłyszałem wreszcie charakterystyczny szczęk klucza w zamku i ciężki odgłos otwieranych drzwi frontowych, co sprawiło, że poczułem nagły przypływ spokoju, bo dom bez Prue wydawał mi się po prostu za duży i niepokojąco martwy. Kiedy w końcu obróciłem się na pięcie z łopatką w dłoni, gotowy powitać ją jakimś lekkim, być może lekko ironicznym komentarzem o długim dniu, uśmiech zamarł mi na ustach, zanim w ogóle zdążył się w pełni uformować - stała w progu, ale zamiast spodziewanego zmęczenia, praktycznie od razu dostrzegłem na jej twarzy palące rumieńce i ten specyficzny rodzaj wściekłości zmieszanej z niepokojem, który sprawiał, że spojrzenie oczu mojej żony stawało się ostre jak brzytwa. Widywałem je wcześniej wiele razy - zbyt wiele, by źle to zinterpretować albo jakkolwiek się łudzić, nawet jeśli w tym momencie nie miałem pojęcia, o czym świadczyło, co było jednym z gorszych uczuć - zazwyczaj wiedziałem, czym mogłem jej wywołać, ale teraz… Teraz miewaliśmy większe problemy niż szkolne kłótnie.
Poczułem znajomy, stary instynkt, by sięgnąć po różdżkę - ten sam, który tak usilnie starałem się dusić na rzecz tego nowego, ustabilizowanego życia - drżący w moich koniuszkach palców, zwłaszcza że cisza rozciągająca się między nami przestała być nasycona kojącym spokojem wspólnego domu, stając się ciężkim, wibrującym napięciem domagającym się natychmiastowego wyjaśnienia. Cała wcześniejsza irytacja na skąpego klienta z Sussex wyparowała w ułamku sekundy, ustępując miejsca chłodnemu skupieniu będącemu lepszą alternatywą od pozwolenia narastającemu niepokojowi o to, co mogło wytrącić moją zwykle opanowaną żonę z równowagi do tego stopnia, że aż promieniowała taką dawką stłumionej furii, przejąć kontrolę nad moimi myślami. Przez głowę przemknęło mi tysiąc scenariuszy - od problemów w pracy po jakieś cholerne fatum wiszące nad naszą okolicą - ale żaden z nich nie pasował idealnie do tej mieszanki emocji, którą miała wypisaną na twarzy, więc po prostu zamarłem z tą nieszczęsną łopatką w górze, czując, że domowa sielanka, którą próbowałem wyczarować przy pomocy smażonego jedzenia i radia, właśnie rozpadła się na kawałki.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)