07.05.2026, 18:32 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.05.2026, 19:04 przez Lorraine Malfoy.)
Lorraine uśmiechnęła się, łaskawie przyzwalając na bycie ucałowaną w policzek. Zawsze sprawiało jej przecież przyjemność, gdy bliscy okazywali jej uczucie. Pod nich dostrajała swoje zachowanie. Choć wymagało to od niej wiele wysiłku, wiedziała, jak zadowolić wszystkich. W domu rodzinnym było to wszystko kwestią przetrwania, kluczowym elementem strategii dziecka, które bało się krzyku i przemocy. Od maleńkości uczyła się, jak regulować nastroje rodziców. Domyślała się, co należy powiedzieć, aby uniknąć gniewu matki. Gdy malował się na dnie jej pociemniałych oczu, wiedziała, że jest już za późno, żeby coś poradzić: uczyła się więc gestów i zachowań. Gniew objawiał się w gestach wcześniej, wyprzedzając wybuch. Widziała jego oznaki w charakterystycznym ściągnięciu warg. W lekko przyspieszonym oddechu, towarzyszącym wściekłej zamaszystości, z jaką Miranda zaczynała wówczas sadzić kroki. Lorraine jak nikt inny umiała nawigować po jej nastrojach, nieprzewidywalnych jak wzburzone morze. Jakże łatwiejszym zdawało się więc dorastającej pannicy brodzenie po mieliznach płytkich znajomości! Obracanie się w gronie koleżanek i kolegów ze szkoły, z których większość pałała do niej sympatią dlatego tylko, że była ładna i uprzejma. Brylowanie na salonach, gdzie liczyło się to, że była wysoko urodzona i wyuczona właściwych manier. Jak każda dobrze wychowana panienka czystej krwi dbała o zachowanie odpowiedniej prezencji, przekonana, że służy to wizerunkowi rodziny. W gronie rówieśników zależało jej tak po prostu na akceptacji, więc zabiegała o popularność, trzymając się odpowiedniego tłumu... A przynajmniej tak sobie powtarzała. W gruncie rzeczy, znajomości, jakie zawierała, okazywały się zwykle o wiele mniej interesowne, niż sobie zakładała. Bo Lorraine zawsze chciała być tak po prostu lubiana. Zawsze chciała żyć w otoczeniu ludzi, którzy kochaliby ją za to, kim jest. A że wpojono jej, że może ufać tym tylko, z którymi łączą ją więzy krwi, nic dziwnego, że to wśród Malfoyów szukała oparcia. Dopiero gdy dorosła, zdołała nawiązać głębsze relacje poza rodziną. Ale wcześniej głównie towarzyszyła starszym, którzy wysycili się już życiem, ale wciąż nie umieli czerpać z niego satysfakcji. Zamykali się w swych obfitych posiadłościach, snując opowieści o czasach minionych, kiedy wszystko było lepszym, wspanialszym, chociaż Lorraine wiedziała dobrze, że kłamią. Momenty radości były rzadkie, a opowiadało się o nich w szepcie tajemnicy, bo radość niepokryta zblazowaniem jawiła się w ich kręgach jako nietakt. Gdy zgodnie wyśmiewali więc proletariackie naleciałości, Lorraine dbała wówczas o to, aby jej śmiech nie brzęczał miedzią, lecz srebrem. Trzymała się godnie, z głową wysoko podniesioną, choć wiele wymagało to od niej pokory, wiele cierpliwości. Opiekowała się czasem dziećmi, które życie dopiero poznawały, ale już zdążyły przesiąc znajomym zepsuciem. Dobrobyt czynił je okrutnymi i aroganckimi. Niewiele różniły się w tym polu od Lorraine, która dziecięcymi kpinami nie przejmowała się wcale. Wciąż wierzyła w siłę pokolenia mającego nadejść już po niej, w wartość wychowania, które przekażą dalej. W pewnym sensie, nie różniła się jednak zbytnio od Renigalda. Tak jak wierzyła ślepo w potęgę rodu Malfoy, tak preferowała, żeby ta potęga zanadto nie ingerowała w jej spokojne życie. Nawet jeżeli nie kierowało nią lenistwo, ale potrzeba niezależności, tak samo jak Renigald lubiła korzystać z przywilejów swego nazwiska, ciesząc się życiem na swoich warunkach. Czy uważała, że rodzina jest ważna? Uważała, że jest wręcz najważniejsza. A jednak... Po ostatnich wydarzeniach gotowa była wreszcie spojrzeć nieco bardziej trzeźwym okiem na rodzinne więzi łączące Malfoyów.
Nie tylko Renigald tego potrzebował.
"Mam tylko nadzieję, że wyjdę stąd ze swoją", zażartował, a Lorraine zmrużyła lekko oczy, udając, że przypatruje się głowie Renigalda, jak gdyby oceniała wymiary jego czaszki. Wiecznie złakniony atencji i podziwu młodu mężczyzna z pewnością mógł poczuć się doceniony, gdy spojrzenie Lorraine spoczęło na jego twarzy. Oto miał bowiem pełnię jej uwagi. Obejrzała starannie przygładzone włosy, prześlizgnęła się wzrokiem po dumnym nosie, doceniła gustowny krój marynarki. Przyszedł do niej dumny panicz Malfoy, mężczyzna na schwał, wygalantowany, siebiepewny i rad, a jednak gdy wychnęła z cieni, podskoczył jak przestraszony chłopiec. Jak mały Reni, na którego zwalała winę za wszystkie dziecięce psoty, przybrawszy swój najlepszy uśmiech kłamczuchy. Jej oczy i teraz uśmiechały się do niego, gdy podszedł bliżej, ale był to miły uśmiech. Renigald mógł poczuć się mile zaskoczony aprobatą ze strony istoty równie kapryśnej, co wila. Migotliwa aura, jaką roztaczała wokół siebie, stała się ostatnio silniejszą. Gdy obejmowała nią ludzi wokół siebie, mogli poczuć się tak, jak gdyby byli w centrum jej uwagi. A Lorraine jeszcze uniosła dłonie, układając palce jak malarka, która próbuje uchwycić pole pod obraz, jaki chce wykonać.
– Nie powiem, twoja głowa byłaby ładną ozdóbką mojej witryny – odpowiedziała wesoło półwila, widocznie zadowolona z dokonanych naprędce pomiarów antropometrycznych. – Nie to co te zasuszone główki Borginów – zażartowała, leciutko przewracając przy tym oczami. Nie mówiła przecież poważnie! Nawet jeżeli musiała znajdować jakieś upodobanie w taksydermii, skoro ponad główną salą zakładu pogrzebowego dumnie rozpościerała swe białe skrzydła wypchana synogarlica. Nie widziała jednak powodu, dla którego miałaby nie połechtać miło próżności Renigalda, zwłaszcza, że wiedziała, że zwykł spędzać przez lustrem dużo czasu. W przeciwieństwie do niego, Lorraine nie lubiła zbyt długo przypatrywać się swemu odbiciu. Konfrontacja z własną fizycznością była dla niej czymś trudnym. Nie nosiła makijażu, a starannie rozczesane włosy skropione wonnym olejkiem, srebrzące się w ciemnościach zakładu pogrzebowego, były jej jedyną ozdobą. Jedyną, poza srebrnym pierścionkiem z emblematem rodu Malfoy, który zawsze nosiła na palcu. – A mówiąc w poważniejszym tonie... Z tego co mi wiadomo, wszyscyśmy wyszli z pożarów bez szwanku. Żaden srebrzysty włos nie spadł więc z malfoyowej głowy. Nawet jeżeli dobytek obraca się w popiół, cóż może być cenniejszym od życia, jakie wiedziemy? – Lorraine uśmiechnęła się smutno. – Podobno popiołem dobrze poleruje się srebro – dodała w zadumie, bawiąc się jak gdyby od niechcenia kosmykiem swych długich, srebrnych włosów.
Nie wiedzieć, kiedy poprowadziła go w głąb zakładu, do części, gdzie trzymała trumny: niektóre wsparte o ścianę, inne stojące na ziemi. Były tam trumny duże, o ciężkich, suto zdobionych wiekach, przypominające starożytne sarkofagi. Były też trumny małe, takie, na widok których robiło się ciężko sercu, były trumny wąskie i szerokie, we wszystkich możliwych odcieniach drewna...
– Cieszę się, że przyszedłeś – powtórzyła Lorraine, zbywając wszelkie wątpliwości. Cicho zamknęła za nimi drzwi, żeby nikt im nie przeszkadzał. – Pomagam innym radzić sobie ze stratą, ale Spaloną Noc spędziłam myśląc, że sama nie zniosę kolejnych.
Nie tylko Renigald tego potrzebował.
"Mam tylko nadzieję, że wyjdę stąd ze swoją", zażartował, a Lorraine zmrużyła lekko oczy, udając, że przypatruje się głowie Renigalda, jak gdyby oceniała wymiary jego czaszki. Wiecznie złakniony atencji i podziwu młodu mężczyzna z pewnością mógł poczuć się doceniony, gdy spojrzenie Lorraine spoczęło na jego twarzy. Oto miał bowiem pełnię jej uwagi. Obejrzała starannie przygładzone włosy, prześlizgnęła się wzrokiem po dumnym nosie, doceniła gustowny krój marynarki. Przyszedł do niej dumny panicz Malfoy, mężczyzna na schwał, wygalantowany, siebiepewny i rad, a jednak gdy wychnęła z cieni, podskoczył jak przestraszony chłopiec. Jak mały Reni, na którego zwalała winę za wszystkie dziecięce psoty, przybrawszy swój najlepszy uśmiech kłamczuchy. Jej oczy i teraz uśmiechały się do niego, gdy podszedł bliżej, ale był to miły uśmiech. Renigald mógł poczuć się mile zaskoczony aprobatą ze strony istoty równie kapryśnej, co wila. Migotliwa aura, jaką roztaczała wokół siebie, stała się ostatnio silniejszą. Gdy obejmowała nią ludzi wokół siebie, mogli poczuć się tak, jak gdyby byli w centrum jej uwagi. A Lorraine jeszcze uniosła dłonie, układając palce jak malarka, która próbuje uchwycić pole pod obraz, jaki chce wykonać.
– Nie powiem, twoja głowa byłaby ładną ozdóbką mojej witryny – odpowiedziała wesoło półwila, widocznie zadowolona z dokonanych naprędce pomiarów antropometrycznych. – Nie to co te zasuszone główki Borginów – zażartowała, leciutko przewracając przy tym oczami. Nie mówiła przecież poważnie! Nawet jeżeli musiała znajdować jakieś upodobanie w taksydermii, skoro ponad główną salą zakładu pogrzebowego dumnie rozpościerała swe białe skrzydła wypchana synogarlica. Nie widziała jednak powodu, dla którego miałaby nie połechtać miło próżności Renigalda, zwłaszcza, że wiedziała, że zwykł spędzać przez lustrem dużo czasu. W przeciwieństwie do niego, Lorraine nie lubiła zbyt długo przypatrywać się swemu odbiciu. Konfrontacja z własną fizycznością była dla niej czymś trudnym. Nie nosiła makijażu, a starannie rozczesane włosy skropione wonnym olejkiem, srebrzące się w ciemnościach zakładu pogrzebowego, były jej jedyną ozdobą. Jedyną, poza srebrnym pierścionkiem z emblematem rodu Malfoy, który zawsze nosiła na palcu. – A mówiąc w poważniejszym tonie... Z tego co mi wiadomo, wszyscyśmy wyszli z pożarów bez szwanku. Żaden srebrzysty włos nie spadł więc z malfoyowej głowy. Nawet jeżeli dobytek obraca się w popiół, cóż może być cenniejszym od życia, jakie wiedziemy? – Lorraine uśmiechnęła się smutno. – Podobno popiołem dobrze poleruje się srebro – dodała w zadumie, bawiąc się jak gdyby od niechcenia kosmykiem swych długich, srebrnych włosów.
Nie wiedzieć, kiedy poprowadziła go w głąb zakładu, do części, gdzie trzymała trumny: niektóre wsparte o ścianę, inne stojące na ziemi. Były tam trumny duże, o ciężkich, suto zdobionych wiekach, przypominające starożytne sarkofagi. Były też trumny małe, takie, na widok których robiło się ciężko sercu, były trumny wąskie i szerokie, we wszystkich możliwych odcieniach drewna...
– Cieszę się, że przyszedłeś – powtórzyła Lorraine, zbywając wszelkie wątpliwości. Cicho zamknęła za nimi drzwi, żeby nikt im nie przeszkadzał. – Pomagam innym radzić sobie ze stratą, ale Spaloną Noc spędziłam myśląc, że sama nie zniosę kolejnych.