07.05.2026, 20:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.09.2026, 20:20 przez Anthony Shafiq.)
Anthony wstał, gdy zobaczył sędziego i przywitał go z właściwą sobie życzliwością, odmierzoną na miejsce publiczne, choć uścisk na ramieniu Roberta był mocny i pewny, niosący to niewerbalne dziękuję, za jego obecność.
- Koniecznie Robercie, choćby na godzinę, sam dobierałem wina do oferty, myślę, że jest to synergia, na którą Londyn nie był gotowy. - wtrącił się na wzmiankę o restauracji, bo poza Jabłkiem (dla duszy fundatorów) była przecież i restauracja Botta, projekt niewielki, który dawał mu nieoczekiwanie wiele radości, jak przystało na dumnego winiarza hobbyste, zaopatrującego pół kraju w ten szlachetny trunek.
Uśmiechnął się szerzej i skinął głową w podzięce za komplement, nie dodając (znów z powodów miejsca), że smoki niosły bardziej agresywny przekaz, a węże... cóż... były już zajęte.
- Podpisuj i tak nie mam pewności, czy wszyscy się dzisiaj pojawią. Victoria dała mi już znać, że nie da rady, Morpheus mógł zasiedzieć sięw pracowni. Dla Niewymownych to też jest trudny czas... - odnalazł pewną trudność w wymówieniu tak bezpośrednio imienia swojego wieloletniego przyjaciela. Dwadzieścia lat ukrywali zażyłość swojej relacji, a teraz mówienie o nim tak otwarcie... Było niemal dziwne. Z drugiej strony, sam przecież prosił o rozdarcie tego całunu tajemnicy, który ciążył mu przez lata bardziej niż chciał to przyznać - choćby przed samym sobą. - Powinien przyjść jeszcze... och Lano jesteś! - uściskał kuzynkę, z którą niedawno w tragicznych niestety okolicznościach odnowił kontakt. - Będzie jeszcze parę osób, ale ile konkretnie przyznam, że ciężko mi doliczyć. Zupełnie jak nie ja - rozbawieniem ukrył swoje zmieszanie, bo rzeczywiście parę nazwisk było jednak nieprzewidywalnych. Na ten przykład Erik, który całkiem zasłużenie miał do niego żal. Albo Jonathan, który miał żal całkiem niezasłużenie... - Z pewnością przyjdzie prawnik, który przygotował tę umowę. Delacour. - dodał, a potem odszedł również na moment od stolika, bo jednak dalsze picie wina, które nie było jego nie odpowiadało mu, a czymś chciał przepłukać usta. Whisky zdawała się nieść odpowiednią wytrawność do doniosłości zdarzenia. Anthony Shafiq - filantrop. Kto by pomyślał.
Na razie więc stolik pozbawiony został głównego inicjatora, lecz to nigdy nie powinno stawać na przeszkodzie fundatorom w integracji, nawet jeśli w najbliższym czasie budowy siedziby i pierwszych działań w Dolinie nie będą widywać się zbyt często. Sam zainteresowany musiał trochę ochłonąć, zdystansować się również fizycznie od ludzi, którzy zbierali się przy tym stole. Głowa pulsowała mu od pomysłów i idei, które chciałby rozwinąć, które chciałby, aby dzięki nim właśnie nabrały rozpędu. Każda z tych relacji jednak, każda niż wiążąca go z każdym z osobna, zdawała się napięta na swój unikatowy sposób, który odczuwał pomimo swobody rozmów toczących się nad stołem i które łatwiej przychodziło mu załagodzić, gdy rozmawiał z nimi osobno. Musiał odetchnąć, choćby na moment, nim wróci, nim uporządkuje myśli, nim będzie w stanie przywrócić nienaganny uśmiech na twarz.
- Koniecznie Robercie, choćby na godzinę, sam dobierałem wina do oferty, myślę, że jest to synergia, na którą Londyn nie był gotowy. - wtrącił się na wzmiankę o restauracji, bo poza Jabłkiem (dla duszy fundatorów) była przecież i restauracja Botta, projekt niewielki, który dawał mu nieoczekiwanie wiele radości, jak przystało na dumnego winiarza hobbyste, zaopatrującego pół kraju w ten szlachetny trunek.
Uśmiechnął się szerzej i skinął głową w podzięce za komplement, nie dodając (znów z powodów miejsca), że smoki niosły bardziej agresywny przekaz, a węże... cóż... były już zajęte.
- Podpisuj i tak nie mam pewności, czy wszyscy się dzisiaj pojawią. Victoria dała mi już znać, że nie da rady, Morpheus mógł zasiedzieć sięw pracowni. Dla Niewymownych to też jest trudny czas... - odnalazł pewną trudność w wymówieniu tak bezpośrednio imienia swojego wieloletniego przyjaciela. Dwadzieścia lat ukrywali zażyłość swojej relacji, a teraz mówienie o nim tak otwarcie... Było niemal dziwne. Z drugiej strony, sam przecież prosił o rozdarcie tego całunu tajemnicy, który ciążył mu przez lata bardziej niż chciał to przyznać - choćby przed samym sobą. - Powinien przyjść jeszcze... och Lano jesteś! - uściskał kuzynkę, z którą niedawno w tragicznych niestety okolicznościach odnowił kontakt. - Będzie jeszcze parę osób, ale ile konkretnie przyznam, że ciężko mi doliczyć. Zupełnie jak nie ja - rozbawieniem ukrył swoje zmieszanie, bo rzeczywiście parę nazwisk było jednak nieprzewidywalnych. Na ten przykład Erik, który całkiem zasłużenie miał do niego żal. Albo Jonathan, który miał żal całkiem niezasłużenie... - Z pewnością przyjdzie prawnik, który przygotował tę umowę. Delacour. - dodał, a potem odszedł również na moment od stolika, bo jednak dalsze picie wina, które nie było jego nie odpowiadało mu, a czymś chciał przepłukać usta. Whisky zdawała się nieść odpowiednią wytrawność do doniosłości zdarzenia. Anthony Shafiq - filantrop. Kto by pomyślał.
Na razie więc stolik pozbawiony został głównego inicjatora, lecz to nigdy nie powinno stawać na przeszkodzie fundatorom w integracji, nawet jeśli w najbliższym czasie budowy siedziby i pierwszych działań w Dolinie nie będą widywać się zbyt często. Sam zainteresowany musiał trochę ochłonąć, zdystansować się również fizycznie od ludzi, którzy zbierali się przy tym stole. Głowa pulsowała mu od pomysłów i idei, które chciałby rozwinąć, które chciałby, aby dzięki nim właśnie nabrały rozpędu. Każda z tych relacji jednak, każda niż wiążąca go z każdym z osobna, zdawała się napięta na swój unikatowy sposób, który odczuwał pomimo swobody rozmów toczących się nad stołem i które łatwiej przychodziło mu załagodzić, gdy rozmawiał z nimi osobno. Musiał odetchnąć, choćby na moment, nim wróci, nim uporządkuje myśli, nim będzie w stanie przywrócić nienaganny uśmiech na twarz.