- Najwyraźniej swoją ciotkę - mruknął Atreus pod nosem bardzo, ale to bardzo cichutko, mając jeszcze w sobie jakieś resztki instynktu samozachowawczego. Głupio by było, gdyby się teraz pobili o to czy Chris faktycznie miał coś lub nie do swojej ciotki.
- Wiesz co, ja nie jestem pewien jak to do końca przebiegło, ale powiedzmy że był to jeden z ważniejszych powodów dla których przestaliśmy się spotykać - bo były jednak pewne granice, a posiadanie jakichkolwiek problemów do Florence, cóż, były tymi nieprzekraczalnymi. Nawet nie dlatego, że wyjątkowo troszczył się o swoją siostrę, bo ta akurat w tym wypadku potrafiła sobie znakomicie sama poradzić, ale bardziej chodziło o jakąś potrzebę, by to on przypadkiem nie stanął na linii ostrzału.
Słuchał tego co miał do powiedzenia Rosier i dalej nie dowierzał trochę całej tej jego historii. Znaczy w sumie trochę tak, a z drugiej strony podawane przez niego przykłady zakrawały na zwykły przejaw paranoi i zapominalstwa, bo nie jeden źle zamknął okno, albo miał cholernie zły dzień i myślał że wszyscy się na niego uwzięli. Nie zamierzał jednak powiedzieć koledze wprost, że chyba mu się to przyśniło, albo że powinien sprawdzić poziom swojego ego, bo chyba na za duże zaangażowanie ze strony jakiejkolwiek panny liczył, skoro uważał że trafiła by się taka, co kombinowałaby przy oknie. Ale kto wie, może w jakiejś wersji tego świata, Cressida Avery faktycznie próbowała mu w nocy otworzyć okno i wkraść się do sypialni.
- Może to ten mugol przegonił ci Cressidę. Pewnie by się takiego brzydziła. Ze strzelbą to pewnie taki myśliwy, a ona nosa w życiu raczej nie wyściubiła na łono natury - prychnął. A jeśli już pobiegała po łączkach, to w kontrolowanych warunkach, gdzie obok było miejsce na elegancji podwieczorek lub kącik malarski.
Doszli do zaułka i zasmarkana dziewczynka wypadła z niego. Bulstrode zesztywniał, trochę nie wiedząc co zrobić w pierwszej kolejności, bo coś w nim chciało to dziecko zwyczajnie odstawić i powiedzieć, żeby radziło sobie samo bo właśnie smarkało mu na szatę. To wypomnienie bycia bohaterem, jakoś jednak na niego chyba zadziałało, bo odrobinkę się napuszył i spojrzał w głąb alejki, szukając tego nieszczęsnego kota. Futrzak siedział na jakimś śmietniku i patrzył, przenikliwie żółtymi oczami lustrując całą trójkę.
- Jasne - mruknął i odsunął od siebie dziecko, popychając je w stronę Rosiera. Niech z jego szaty robi sobie teraz chusteczkę. Następnie ruszył w stronę kota, chcąc zwyczajnie złapać go rękoma.
// af ◉◉◉◉○ na łapanie kotka
Akcja nieudana