Otworzył nieco szerzej usta, przysłuchując się opowieści Theo. A więc tak się prezentowała ta sytuacja? Huh, w sumie nie powinien być zdziwiony. Może to i dobrze, że poznawał nowych ludzi? Na pewno była to dobra odskocznia od przykrych zdarzeń.
— No proszę, człowiek wielu talentów — powiedział z podziwem, mrugając do Charlesa niezdarnie, zamykając przy tym obydwoje oczu. — Cieszę się, że potrafisz nas jeszcze czymś zaskoczyć.
Naturalnie, wiedział, że ten miał ciągoty do ratowania ludzi z opresji, jednak nie sądził, że będzie się w to bawił teraz. Albo już teraz, pomyślał, na swój sposób zaglądając przez dziurkę od klucza za pewne drzwi, jednak momentalnie odsunął od siebie tę myśl. Na pewno nie. To, co się za nimi kryło było zbyt dużą sprawą, żeby omawiać ją w samym środku Beltane.
— Może się bała, że serce Ci nie wytrzyma? — rzucił, aby nagle wybuchnąć śmiechem. Poklepał Charliego po policzku. — Nie martw się, nawet kiedy cię z nami nie ma, to wierzymy, że jesteś z nami duchem. Cały czas o tobie myślimy. Jesteś jak takie bóstwo... o którym nie da się zapomnieć.
Pokiwał głową, gdy ruszyli do stoiska.
— Niestety nie na wszystkie to działa, Theo — przyznał niemrawo, doceniając jednak, że został pochwalony przez Lovegooda. — Próbowałem przekonać do siebie swoim urokiem pewną uzdrowicielkę, która mnie uczy, ale coś nie wypaliło... Znalazłem się na jej celowniku.
Połączenie czekoladek wygranych na loterii z herbatą Sary zdecydowanie przypadło mu do gustu. Uniósł kciuk w górę na znak, że bardzo mu smakuje. Przez smakowitości poczuł błogość w ciele, a ciepły napój z „dodatkami” sprawił, że dostał zastrzyku świeżej energii. Aż mu włosy dęba stanęły! Co więcej, zaczął jakby przytomniej rozglądać się dookoła, zwracając uwagę na szczegóły i...
— Ale ty masz zajebiste rysy twarzy — wymsknęło mu się w stosunku do Theodore'a, na którego spoglądał z boku. Czyżby amortencja powoli zaczynała działać? Wręcz nie był w stanie odwrócić od niego wzroku. — Jak ten no... Grecki posąg, czy coś! Co nie, Ch...cholera, Julian? — Poklepał Charlesa po ramieniu, co sprawiło, że oberwał prądem. — AŁA! To bolało! — Spojrzał na niego z pretensją. Co to były za żarty?
Jak on tak mógł?, zachodził w głowę, a wtedy jego wzrok padł na Geraldine Yaxley. Wbił w nią uważne spojrzenie, mając wrażenie, że ta wydaje mu się dziwnie znajoma. Zaraz... Czy to nie była ta czarownica, co go...
— TO TY! PAMIĘTAM CIĘ! — zawołał, wskazując na Yaxley palcem i przepychając się w jej kierunku. — To ty mnie olałaś na Ostarze! Twój kumpel był ranny, a ty się na mnie gapiłaś, jak cielę na malowane wrota! Wiesz, jak się z tym czułem?! Może i masz piękne oczy, włosy i figurę... — Podrapał się po szyi, czerwieniąc się. Oho, amortencja zdecydowanie się odpalała i to nie w stosunku do jednej określonej osoby. — Ale mogłaś, chociaż powiedzieć „Cześć” albo „Hej”, czy coś... No to ten... — Zmarszczył brwi. — Czekoladkę?
Wystawił w jej stronę wygrane u goblina słodkości.