Wierzył jej. A może nawet nie wierzył, a zwyczajnie wiedział gdzieś bardzo głęboko, że była to prawda. Jakby sam instynkt szeptał mu na ucho, że cokolwiek miałaby mu do powiedzenia, to i tak byłoby to coś co w pełni rozumiał. Domyślał się, że nie sprawiłaby celowo, by ktoś przy nie wyblakł i zniknął. Przypadki jednak chodziły po ludziach, a czasem zdarzały się wręcz okropne zauroczenia czy rodzinne zmowy. Jeśli ktoś przy niej straciłby swoje kolory to... tak, miała rację. Znaczyłoby to tylko tyle, że już wcześniej było go za mało.
- Cóż, pozostaje mi życzyć ci, by twój następny wybranek był wystarczająco obecny - uśmiechnął się lekko, powtarzając za nią jej własne słowa i brakowało w tym wszystkim jakiegokolwiek żartu. Mówił szczerze i prosto z serca, bo chyba nie był w stanie przypomnieć sobie momentu, kiedy faktycznie życzyłby Astorii źle. Kiedykolwiek.
- Oh, nie, nie. W to akurat wierzę - prychnął rozbawiony. Nie chodziło o to jak dużą rzecz, kazałaby mu wynieść, albo jak bardzo oni sami by ją wycenili, a bardziej czy ktoś pośród tych zimnych ścian w ogóle by ten brak zauważył. Zakładał, że była to kolejna rodzina, która bywała wobec siebie zwyczajnie chłodna, a pamiątki nie kurzyły się w ich domu tylko dlatego, że mieli kogoś, kto by to wszystko sprzątał. Jego matka, jakby nie patrzeć Parkinson, próbowała go nauczyć pewnej czułości co do rzeczy starych i wiekowych. Nosiły w sobie historię i wystarczyło często sprawne oko, by ją z nich wydobyć, a jeśli nie to, wystarczyło sięgnąć po odpowiednie księgi. Czasem wydawało mu się, że ona w całym domu przywiązywała największą uwagę do tego, co niosła za sobą historia. Możliwości, które ofiarowała. Nigdy nie podchwycił aż takiego sentymentu, jakim ona wydawała się posługiwać, ale wystarczało że rozumiał. Z oporem, jakby nieco wbrew własnej naturze, ale próbował.
Zagryzł wargi, próbując nie roześmiać się głośniej. Podobała, czy nie, w wersji niebieskiej ewidentnie wyróżniała się z tłumu. Rowle powstrzymał się, by w sztywny sposób odpowiedzieć, że no widział kogoś tam w tłumie, kto też był niebieski, ale zaraz zniknęło, bo ani ona ani on nie potrzebowali teraz tego typu rzeczowości.
- Nigdy bym się ciebie nie mógł wstydzić - odpowiedział, gdzieś na granicy prawdy i ciągłego rozbawienia. Gdyby to była jakaś niezwykle poważna i nadęta impreza to kto wie, może wcisnąłby ich przypadkiem za jakąś paprotkę, ale maski nadawały wszystkiemu nieco więcej swobody. - Ale może przez chwilę postójmy za tą najbliższą kolumną. Tak po prostu, bez powodu.
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast