10.05.2026, 17:12 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.05.2026, 17:16 przez Aaron Andrew Moody.)
Aaron Andrew Moody nawet nie raczył skomentować dąsów syna. Nie było czego komentować, bo Alastor mu się przecież nie sprzeciwił. Zarzucił protesty, zanim stary zdążył spojrzeć na niego ciężko. Zawsze był posłusznym dzieckiem. Może dlatego Aaron pozwalał mu na więcej. Zignorował więc słowa syna w przejawie ojcowskiej łaskawości, patrząc, jak sam powraca na swoje miejsce w szeregu. Patrząc jak sam udziela sobie reprymendy. "Nieważne." Wiedział, że jego chłopiec przechodzi trudny okres. Nie chciał mu dokładać, po to tylko, żeby zaznaczyć swój autorytet. Nie targały nim jednak żadne wątpliwości ani wyrzuty sumienia. Został wychowany w dyscyplinie, święcie przekonany był więc, że jego słowo stanowi prawo. Jego własny ojciec urządziłby mu awanturę, gdyby krzywo spojrzał w jego stronę, pomyślał Aaron, a co dopiero, gdyby odezwał się do niego w taki sposób. Znajdował pewną ulgę w tym, że swoje dzieci traktował dalece łagodniej. Być może nie wynikało to z tego, że był lepszym ojcem, ale z tego, że Alastor był lepszym synem. Bo Aaron nie był dobrym synem. Zawsze za bardzo się stawiał. Zawsze był zbyt niepokorny, zbyt zatwardziały w swym gniewie, żeby staremu tak po prostu wybaczyć. Żeby ustąpić.
Oczywiście, nigdy nie pozwolił, żeby było to po nim w jakikolwiek sposób widać. Nie przy dzieciach, gdy ojciec poczuł się wreszcie w obowiązku poznać wnuki. Nie poznałby ich, gdyby nie Madeleine, która zawsze obwiniała się o to, że Aaron przestał się z ojcem odzywać. Niepotrzebnie. Nawet gdyby stary nie wypominał mu ustawicznie tego, że ożenił się z Maddie, nie chciałby mieć z nim nic wspólnego. Wyrzuty skończyły się, gdy Aaron zaprzysiężony został na aurora. Nie zaprosił jednak ojca na ceremonię. Milcząca niechęć panowała między nimi do samego końca.
W porównaniu do swego ojca, Aaron Moody był kurwa świętym.
Brzdęk.
Normalnie jak gdyby wpuścić golema do sklepu z kociołkami, pomyślał Aaron, gdy Millie trąciła łokciem stół, aż szkło rozdzwoniło się w proteście. A nawet dwa golemy, jęknął w myślach, gdy Alastor wkopał pod stół kieliszek, który Millie niechcący zrzuciła na podłogę. Aaron niemal przewrócił oczami na cały ten chaos i zamieszanie.
Niemal, bo był przecież ojcem tego zamieszania. Ojcem tego chaosu.
Zacisnął usta, oto bowiem rozbawienie, jakie do tej pory czuł, ustąpiło miejsca zażenowaniu. Aaron pamiętał Mabon, na którym Millie deklarowała dumnie dziadkowi, że jak dorośnie, chce łapać czarnoksiężników, chociaż była jeszcze zbyt mała, żeby umieć poprawnie wymówić "r". Patrzył w napięciu na starego, który nie zwracał uwagi na jedzenie rozgrzebane na talerzu Millie, na to, że ta macha nogami pod stołem, albo że wydziwia nad kuchnią babci, bo wiadomym było, że mama gotuje lepiej. Czekał w napięciu, aż zwróci jej uwagę. Nie zrobił tego. Ojciec wcale się nie odezwał. Zrobił to więc Aaron, zanim ojciec skrytykowałby, że nawet manier przy stole nie potrafił dzieciaków nauczyć.
Może ojciec miałby jednak rację, pomyślał, wycierając palce w chusteczkę, choć to nie tłuszczu z palców chciał się pozbyć, a tego się dojmującego uczucia zażenowania. Może był dla nich zbyt łagodnym.
Odkroił skrzydełka nadziewanej przepiórki: najpierw jedno, a potem drugie. Zrobił to powoli, metodycznie niemal, zdawałoby się w pełni skupiony na wnętrzu swojego talerza. Farsz wypełniał wnętrze pieczeni tak samo, jak paplanina Bertiego wypełniała ciszę, przynajmniej dopóki Aaron nie podniósł nagle głowy. Zignorował kompletnie toczącą się nad stołem dyskusję, niewiele robiąc sobie z tego, że wszyscy podchwycili już inny temat. Przerwał rozmowę, skupiając się na nowej, interesującej informacji, nieważne, że rzucona została jak gdyby mimochodem.
– Kto? – spytał nagle Aaron, marszcząc przy tym brwi. Pełnię swej uwagi skupił na Millie, bo to ona napomknęła nieznane mu imię. Odnotował w głowie, że musi być to jednak ktoś znany zarówno Bertiemu (skoro mówił o nim per "doktor Prewett"), jak i Alastorowi (skoro wzorem ojca nie dopytywał się o właściwe personalia). "Doktor Prewett"? Rzeczywiście, coś tam mu światło, bo kojarzył wielu magomedyków z korytarzy świętego Munga, ale trudno było powiązać nazwisko z twarzą. Zwłaszcza, że nazwisko przywodziło raczej skojarzenia z hazardem i wyścigami konnymi aniżeli z wnętrzem szpitalnej sali. Ród mafiozów w białych rękawiczkach, których nie brudziła bynajmniej krew pacjentów: myśli Aarona już krążyły dookoła osławionej sieci kasyn i wyroków za oszustwa podatkowe. Jak każdy stary potrzebował nieznajomego zaklasyfikować w swojej głowie do szufladki, opatrzonej stosowną etykietką. Taką typu "Gabriel wampir remonty". Nie mogł pozbyć się wrażenia, że gdzieś już mignęło mu nazwisko Prewett użyte w kontekście magomedycyny. Spytał jednak wprost, jak miał w zwyczaju, niechybnie budząc we wszystkich zgromadzonych wokół stołu skojarzenia z salą przesłuchań, minę jak zawsze miał bowiem nieprzeniknioną.
Ojciec. Glina. Nie istniała granica między jednym a drugim.
Oczywiście, nigdy nie pozwolił, żeby było to po nim w jakikolwiek sposób widać. Nie przy dzieciach, gdy ojciec poczuł się wreszcie w obowiązku poznać wnuki. Nie poznałby ich, gdyby nie Madeleine, która zawsze obwiniała się o to, że Aaron przestał się z ojcem odzywać. Niepotrzebnie. Nawet gdyby stary nie wypominał mu ustawicznie tego, że ożenił się z Maddie, nie chciałby mieć z nim nic wspólnego. Wyrzuty skończyły się, gdy Aaron zaprzysiężony został na aurora. Nie zaprosił jednak ojca na ceremonię. Milcząca niechęć panowała między nimi do samego końca.
W porównaniu do swego ojca, Aaron Moody był kurwa świętym.
Brzdęk.
Normalnie jak gdyby wpuścić golema do sklepu z kociołkami, pomyślał Aaron, gdy Millie trąciła łokciem stół, aż szkło rozdzwoniło się w proteście. A nawet dwa golemy, jęknął w myślach, gdy Alastor wkopał pod stół kieliszek, który Millie niechcący zrzuciła na podłogę. Aaron niemal przewrócił oczami na cały ten chaos i zamieszanie.
Niemal, bo był przecież ojcem tego zamieszania. Ojcem tego chaosu.
Zacisnął usta, oto bowiem rozbawienie, jakie do tej pory czuł, ustąpiło miejsca zażenowaniu. Aaron pamiętał Mabon, na którym Millie deklarowała dumnie dziadkowi, że jak dorośnie, chce łapać czarnoksiężników, chociaż była jeszcze zbyt mała, żeby umieć poprawnie wymówić "r". Patrzył w napięciu na starego, który nie zwracał uwagi na jedzenie rozgrzebane na talerzu Millie, na to, że ta macha nogami pod stołem, albo że wydziwia nad kuchnią babci, bo wiadomym było, że mama gotuje lepiej. Czekał w napięciu, aż zwróci jej uwagę. Nie zrobił tego. Ojciec wcale się nie odezwał. Zrobił to więc Aaron, zanim ojciec skrytykowałby, że nawet manier przy stole nie potrafił dzieciaków nauczyć.
Może ojciec miałby jednak rację, pomyślał, wycierając palce w chusteczkę, choć to nie tłuszczu z palców chciał się pozbyć, a tego się dojmującego uczucia zażenowania. Może był dla nich zbyt łagodnym.
Odkroił skrzydełka nadziewanej przepiórki: najpierw jedno, a potem drugie. Zrobił to powoli, metodycznie niemal, zdawałoby się w pełni skupiony na wnętrzu swojego talerza. Farsz wypełniał wnętrze pieczeni tak samo, jak paplanina Bertiego wypełniała ciszę, przynajmniej dopóki Aaron nie podniósł nagle głowy. Zignorował kompletnie toczącą się nad stołem dyskusję, niewiele robiąc sobie z tego, że wszyscy podchwycili już inny temat. Przerwał rozmowę, skupiając się na nowej, interesującej informacji, nieważne, że rzucona została jak gdyby mimochodem.
– Kto? – spytał nagle Aaron, marszcząc przy tym brwi. Pełnię swej uwagi skupił na Millie, bo to ona napomknęła nieznane mu imię. Odnotował w głowie, że musi być to jednak ktoś znany zarówno Bertiemu (skoro mówił o nim per "doktor Prewett"), jak i Alastorowi (skoro wzorem ojca nie dopytywał się o właściwe personalia). "Doktor Prewett"? Rzeczywiście, coś tam mu światło, bo kojarzył wielu magomedyków z korytarzy świętego Munga, ale trudno było powiązać nazwisko z twarzą. Zwłaszcza, że nazwisko przywodziło raczej skojarzenia z hazardem i wyścigami konnymi aniżeli z wnętrzem szpitalnej sali. Ród mafiozów w białych rękawiczkach, których nie brudziła bynajmniej krew pacjentów: myśli Aarona już krążyły dookoła osławionej sieci kasyn i wyroków za oszustwa podatkowe. Jak każdy stary potrzebował nieznajomego zaklasyfikować w swojej głowie do szufladki, opatrzonej stosowną etykietką. Taką typu "Gabriel wampir remonty". Nie mogł pozbyć się wrażenia, że gdzieś już mignęło mu nazwisko Prewett użyte w kontekście magomedycyny. Spytał jednak wprost, jak miał w zwyczaju, niechybnie budząc we wszystkich zgromadzonych wokół stołu skojarzenia z salą przesłuchań, minę jak zawsze miał bowiem nieprzeniknioną.
Ojciec. Glina. Nie istniała granica między jednym a drugim.
I am the righteous hand of Justice
and I am ready to strike in her name
and I am ready to strike in her name