11.05.2026, 11:18 ✶
Październikowe niebo nad wrzosowiskami Doliny Godryka przypominało świeżego siniaka – głębokie fiolety mieszały się z brudnym różem dogasającego słońca, które chowało się za ciężką kurtyną stalowych chmur. Ostatnie promienie rzucały na grunt nienaturalnie długie, niemal karykaturalne cienie, które pełzły po kępach wrzosów niczym ciemne palce gładzące je jak zmierzwione włosy przed wtuleniem w noc. Powietrze było ostre, przesiąknięte wilgocią i zapachem butwiejącej roślinności, zwiastującym nieuchronny koniec wegetacji.
W tę senną, sytą mrokiem panoramę wdarł się ruch. Nisko nad ziemią, tnąc pasma mgły, sunęła sylwetka czarownicy. Ceolsige, pochylona nad drzewcem swojej miotły, wyglądała z oddali jak wycięta z czarnego papieru. Jej spiczasty kapelusz stawiał opór pędowi powietrza, a poły szarego, miotlarskiego płaszcza łopotały rytmicznie, odsłaniając kunsztowny haft – nitki układały się w dynamiczny wzór szalejącej burzy, który w tym świetle wydawał się niemal żywy. Spod płaszcza wystawała ciężka, czarna spódnica szaty, której dół smagał czubki najwyższych wrzosów.
Zwalniała miarowo niski lot, przechodząc do spokojnej lewitacji kilkadziesiąt metrów od gęstniejących pni znaczących krawędź kniei. Postawiła spokojnie stopy na kępkach mchu, który poddał się naciskowi szerokich obcasów. Kiedy stanęła pewniej, oszczędnym ruchem zsiadła z miotły, stawiając ją płynnie do pionu jak laskę maga.
Jej dłonie, smukłe i blade od chłodu, sprawnie manipulowały przy miotle – metalowe zapadki i trybiki mechanizmu, który sama dopracowała, kliknęły z satysfakcjonującą precyzją, składając drzewce w poręczną paczkę. Zarzuciła pasek miotły przez ramię, poprawiając jednocześnie szary, miotlarski płaszcz. Materiał, choć ciepły i pozornie gruby, układał się miękko. Ceolsige odetchnęła głębiej, zaciągając się zapachem powietrza i pozwalając, by nie tylko jego zapach, ale i smak wypełnił jej zmysły.
Przez chwilę stała nieruchomo, badając wzrokiem ciemniejącą krawędź Kniei. Sięgnęła do przewieszonej przez ramię skórzanej torby i wydobyła z niej plik notatek. Nie wertowała ich gorączkowo; zamiast tego powolnym, niemal leniwym ruchem głowy zaczęła wodzić wzrokiem wzdłuż linii drzew. Wyglądała, jakby oglądała wyjątkowo zajmującą panoramę natury, a nie intruz naginający ministerialne zakazy. Jej spojrzenie przesuwało się po sękatych pniach i splątanych gałęziach, aż w końcu zatrzymało się na wybranym fragmencie lasu. Na jej twarzy wykwitł cień zadowolonego uśmiechu.
Schowała papiery do torby, starannie zapinając klamrę. Poprawiła rondo kapelusza, upewniając się, że stabilnie trzyma się na głowie, i jednym szarpnięciem wyrównała pasek torby na ramieniu. Zdecydowanym, pewnym krokiem ruszyła w stronę cienia rzucanego przez pierwsze dęby. Każdy jej ruch, od wyprostowanych pleców po rytm marszu, emanował aurą osoby, która doskonale wie, co robi i – co ważniejsze – ma pełne prawo tu być. Zbliżając się do pni, prawą dłoń schowała w kieszeni płaszcza. Jej palce owinęły się na rączce różdżki, na wypadek gdyby obecni lokatorzy kniei wyrazili sprzeciw dla jej obecności.
W tę senną, sytą mrokiem panoramę wdarł się ruch. Nisko nad ziemią, tnąc pasma mgły, sunęła sylwetka czarownicy. Ceolsige, pochylona nad drzewcem swojej miotły, wyglądała z oddali jak wycięta z czarnego papieru. Jej spiczasty kapelusz stawiał opór pędowi powietrza, a poły szarego, miotlarskiego płaszcza łopotały rytmicznie, odsłaniając kunsztowny haft – nitki układały się w dynamiczny wzór szalejącej burzy, który w tym świetle wydawał się niemal żywy. Spod płaszcza wystawała ciężka, czarna spódnica szaty, której dół smagał czubki najwyższych wrzosów.
Zwalniała miarowo niski lot, przechodząc do spokojnej lewitacji kilkadziesiąt metrów od gęstniejących pni znaczących krawędź kniei. Postawiła spokojnie stopy na kępkach mchu, który poddał się naciskowi szerokich obcasów. Kiedy stanęła pewniej, oszczędnym ruchem zsiadła z miotły, stawiając ją płynnie do pionu jak laskę maga.
Jej dłonie, smukłe i blade od chłodu, sprawnie manipulowały przy miotle – metalowe zapadki i trybiki mechanizmu, który sama dopracowała, kliknęły z satysfakcjonującą precyzją, składając drzewce w poręczną paczkę. Zarzuciła pasek miotły przez ramię, poprawiając jednocześnie szary, miotlarski płaszcz. Materiał, choć ciepły i pozornie gruby, układał się miękko. Ceolsige odetchnęła głębiej, zaciągając się zapachem powietrza i pozwalając, by nie tylko jego zapach, ale i smak wypełnił jej zmysły.
Przez chwilę stała nieruchomo, badając wzrokiem ciemniejącą krawędź Kniei. Sięgnęła do przewieszonej przez ramię skórzanej torby i wydobyła z niej plik notatek. Nie wertowała ich gorączkowo; zamiast tego powolnym, niemal leniwym ruchem głowy zaczęła wodzić wzrokiem wzdłuż linii drzew. Wyglądała, jakby oglądała wyjątkowo zajmującą panoramę natury, a nie intruz naginający ministerialne zakazy. Jej spojrzenie przesuwało się po sękatych pniach i splątanych gałęziach, aż w końcu zatrzymało się na wybranym fragmencie lasu. Na jej twarzy wykwitł cień zadowolonego uśmiechu.
Schowała papiery do torby, starannie zapinając klamrę. Poprawiła rondo kapelusza, upewniając się, że stabilnie trzyma się na głowie, i jednym szarpnięciem wyrównała pasek torby na ramieniu. Zdecydowanym, pewnym krokiem ruszyła w stronę cienia rzucanego przez pierwsze dęby. Każdy jej ruch, od wyprostowanych pleców po rytm marszu, emanował aurą osoby, która doskonale wie, co robi i – co ważniejsze – ma pełne prawo tu być. Zbliżając się do pni, prawą dłoń schowała w kieszeni płaszcza. Jej palce owinęły się na rączce różdżki, na wypadek gdyby obecni lokatorzy kniei wyrazili sprzeciw dla jej obecności.