11.05.2026, 23:27 ✶
Dlaczego właściwie tak surowo Woody'ego Tarpaulina niegdyś oceniał? Nie zaprosił go nigdy na spotkanie gildii właścicieli lokali, chociaż teoretycznie mógłby. Pamiętał jego początki. Wiedział też, że tak do końca złym człowiekiem z marginesu nie był, a jednak... Coś tam go w środku chyba drażniło, kiedy o nim myślał. Ollivanderowie widnieli niegdyś w Skorowidzu, ale jak widać mezalianse zaprowadziły ich do miejsca, gdzie ich bezpieczeństwo nie było już takie oczywiste, a on posiadał sklep snycerski w mieście, które dopiero co płonęło żywym ogniem. Nie tak łatwo patrzyło się na rzeczy i osoby przypominające o konsekwencjach decyzji wcale nie będących złymi i katastrofalnymi z punktu etycznego (nie znał przecież szczegółów jego upadku – mógł jedynie kojarzyć to jak policjant traci swoją pozycję niczym upadły paladyn), ale wyjątkowo nie pasujących jakiejś grupie osób wymuszającej na innych konkretny styl życia.
– Dziękuję bardzo. Jestem już w tym wieku, że kiedy klienci mnie denerwują, zdarza mi się na nich fuknąć i odmówić usługi – zaczerwienił się trochę mówiąc to, chociaż tak naprawdę nie mówił nic złego, było to podejście bardzo ludzkie – bo nie mam już nic do stracenia i pieniądze niezbyt mnie interesują – nie było nic ważniejszego niż spokój – ale ta katastrofa przekonała mnie do tego, żeby nie odmawiać pomocy nikomu. – I widać po nim było, że nie spał od dawna. Jego słowa mocno sugerowały, że oferował swoje usługi za bezcen, przynajmniej jak na poziom jego umiejętności. Kierowało nim powołanie.
Jakiż to był pocieszny, kochany człowiek, ten Garrick Ollivander. Zapewne ciężko patrzyło się na to, jak nadzieja i radość w jego oczach gasną, a jego bardzo delikatne jak na rzemieślnika dłonie unoszą się w panice, kiedy to wszystko co tutaj przyniósł w dobrej wierze zostało poczęstowane kulą ognia.
– Matko jedyna! – Zapiał, zapowietrzając się, kiedy ta torba z pościelą zajęła się ogniem. Przypomniał sobie momentalnie, że z Brygady nie wyrzucano ludzi za nic i jak łatwo było doprowadzić do tego, żeby staroświecki pan Ollivander stoczył się ze schodów jak baleronik, zanosząc się przy tym pełnym bólu jękiem człowieka czującego się z dwadzieścia lat starszym niż w rzeczywistości był. Mimo wszystko rozejrzał się wokół szukając spojrzeniem czegoś, czym mógłby grzmotnąć Tarpa prosto w kapelusz, gdyby się nie opamiętał.
– Dziękuję bardzo. Jestem już w tym wieku, że kiedy klienci mnie denerwują, zdarza mi się na nich fuknąć i odmówić usługi – zaczerwienił się trochę mówiąc to, chociaż tak naprawdę nie mówił nic złego, było to podejście bardzo ludzkie – bo nie mam już nic do stracenia i pieniądze niezbyt mnie interesują – nie było nic ważniejszego niż spokój – ale ta katastrofa przekonała mnie do tego, żeby nie odmawiać pomocy nikomu. – I widać po nim było, że nie spał od dawna. Jego słowa mocno sugerowały, że oferował swoje usługi za bezcen, przynajmniej jak na poziom jego umiejętności. Kierowało nim powołanie.
Jakiż to był pocieszny, kochany człowiek, ten Garrick Ollivander. Zapewne ciężko patrzyło się na to, jak nadzieja i radość w jego oczach gasną, a jego bardzo delikatne jak na rzemieślnika dłonie unoszą się w panice, kiedy to wszystko co tutaj przyniósł w dobrej wierze zostało poczęstowane kulą ognia.
– Matko jedyna! – Zapiał, zapowietrzając się, kiedy ta torba z pościelą zajęła się ogniem. Przypomniał sobie momentalnie, że z Brygady nie wyrzucano ludzi za nic i jak łatwo było doprowadzić do tego, żeby staroświecki pan Ollivander stoczył się ze schodów jak baleronik, zanosząc się przy tym pełnym bólu jękiem człowieka czującego się z dwadzieścia lat starszym niż w rzeczywistości był. Mimo wszystko rozejrzał się wokół szukając spojrzeniem czegoś, czym mógłby grzmotnąć Tarpa prosto w kapelusz, gdyby się nie opamiętał.
no rain,
no flowers.
no flowers.