11.05.2026, 22:55 ✶
Lukas uniósł brwi, kiedy Brenna porównała niemieckie toasty do przywoływania demonów albo nawoływania do podboju małego europejskiego państwa. Przez chwilę wyglądał tak, jakby naprawdę rozważał, czy nie powinna otrzymać za to punktów za trafność obserwacji. W końcu parsknął cicho, kręcąc głową z rozbawieniem.
– To akurat bardzo uczciwy opis języka niemieckiego. – przyznał.
– Człowiek nie wie, czy ktoś życzy mu zdrowia, czy właśnie wypowiedział wojnę Luksemburgowi. Dla jasności: pierwszy toast był mniej więcej o tym, że Harriers latają szybciej, biją mocniej i piją dłużej. Czyli standardowo połowa sportowej poezji, połowa groźby przeciw prawu.
Zerknął na jej szklankę wody i pokiwał głową z udawanym uznaniem, jakby zobaczył przed sobą nie napój, tylko akt stanowczej kontroli. W tym lokalu woda wyglądała niemal podejrzanie. Wszędzie dookoła królowało piwo
– Brenna, bodyguard – powtórzył, jakby testował te słowa. – Brzmi poważnie. Dużo poważniej niż „osoba, którą przywieziono do Niemiec pod pretekstem moralnego wsparcia, a która za godzinę będzie prawdopodobnie organizować ewakuację pijanych z pola bitwy”.
Spojrzał znów w stronę Kitty i niemieckiego pałkarza. Tamten, wciąż pełen zapału, gestykulował już tak szeroko, że o mało nie strącił stojącego obok kufla.
– Jeśli zna trzy słowa, to zależy które – powiedział Lukas po chwili namysłu. – Ja, nein i bier wystarczą na większość wieczoru w Berlinie. Jeśli zamiast tego nauczyła się wyrażenia „kocham twoją miotłę”, sprawa może się skomplikować.
Roześmiał się, upił łyk ze swojego kufla, po czym spojrzał na Mary, wciąż spoczywającą z godnością poległą na blacie.
– Ta wygląda na łatwiejszy przypadek. Jej dusza najwyraźniej już podpisała cyrograf z tym stołem. Przynajmniej stół jest lokalny, stabilny i prawdopodobnie nie będzie próbował jej zabrać na romantyczny spacer po Berlinie.
Za jego plecami rozległ się kolejny głośny wybuch śmiechu. Ktoś zaczął skandować nazwę drużyny, ktoś inny odpowiedział mu kompletnie inną melodią, a trzeci zawodnik, najwyraźniej poruszony własnym patriotyzmem klubowym, próbował objąć ramieniem człowieka, którego jeszcze godzinę wcześniej wyzywał za zły manewr na boisku. Lukas nawet nie odwrócił głowy. Był to naturalny stan rzeczy po wygranym meczu. Sportowcy po zwycięstwie przez jakiś czas zachowywali się jak dzieci, którym ktoś pozwolił biegać po salonie w brudnych butach.
– Jeśli chcesz, mogę tłumaczyć na bieżąco, zanim twoja Kitty przypadkiem zgodzi się na ślub, pojedynek albo zakup używanej miotły z podejrzaną historią – zaproponował, zerkając znów w stronę baru.
– To akurat bardzo uczciwy opis języka niemieckiego. – przyznał.
– Człowiek nie wie, czy ktoś życzy mu zdrowia, czy właśnie wypowiedział wojnę Luksemburgowi. Dla jasności: pierwszy toast był mniej więcej o tym, że Harriers latają szybciej, biją mocniej i piją dłużej. Czyli standardowo połowa sportowej poezji, połowa groźby przeciw prawu.
Zerknął na jej szklankę wody i pokiwał głową z udawanym uznaniem, jakby zobaczył przed sobą nie napój, tylko akt stanowczej kontroli. W tym lokalu woda wyglądała niemal podejrzanie. Wszędzie dookoła królowało piwo
– Brenna, bodyguard – powtórzył, jakby testował te słowa. – Brzmi poważnie. Dużo poważniej niż „osoba, którą przywieziono do Niemiec pod pretekstem moralnego wsparcia, a która za godzinę będzie prawdopodobnie organizować ewakuację pijanych z pola bitwy”.
Spojrzał znów w stronę Kitty i niemieckiego pałkarza. Tamten, wciąż pełen zapału, gestykulował już tak szeroko, że o mało nie strącił stojącego obok kufla.
– Jeśli zna trzy słowa, to zależy które – powiedział Lukas po chwili namysłu. – Ja, nein i bier wystarczą na większość wieczoru w Berlinie. Jeśli zamiast tego nauczyła się wyrażenia „kocham twoją miotłę”, sprawa może się skomplikować.
Roześmiał się, upił łyk ze swojego kufla, po czym spojrzał na Mary, wciąż spoczywającą z godnością poległą na blacie.
– Ta wygląda na łatwiejszy przypadek. Jej dusza najwyraźniej już podpisała cyrograf z tym stołem. Przynajmniej stół jest lokalny, stabilny i prawdopodobnie nie będzie próbował jej zabrać na romantyczny spacer po Berlinie.
Za jego plecami rozległ się kolejny głośny wybuch śmiechu. Ktoś zaczął skandować nazwę drużyny, ktoś inny odpowiedział mu kompletnie inną melodią, a trzeci zawodnik, najwyraźniej poruszony własnym patriotyzmem klubowym, próbował objąć ramieniem człowieka, którego jeszcze godzinę wcześniej wyzywał za zły manewr na boisku. Lukas nawet nie odwrócił głowy. Był to naturalny stan rzeczy po wygranym meczu. Sportowcy po zwycięstwie przez jakiś czas zachowywali się jak dzieci, którym ktoś pozwolił biegać po salonie w brudnych butach.
– Jeśli chcesz, mogę tłumaczyć na bieżąco, zanim twoja Kitty przypadkiem zgodzi się na ślub, pojedynek albo zakup używanej miotły z podejrzaną historią – zaproponował, zerkając znów w stronę baru.