12.05.2026, 23:09 ✶
Nauka języka nie przyszła mu łatwo. Przez pierwsze miesiące niemiecki brzmiał dla niego jak seria zaklęć rzucanych przez kogoś wyjątkowo wściekłego, a każda dłuższa rozmowa kończyła się bólem głowy i ochotą udawania, że nagle musi pilnie wrócić na trening. Ambicja nie pozwoliła mu jednak odpuścić. Skoro miał grać w niemieckiej drużynie, wygrywać na ich boiskach i sprawić, żeby zapamiętali jego nazwisko, musiał rozumieć nie tylko polecenia trenera, ale też szatnię, kibiców i ludzi, którzy próbowali rozmawiać z nim po meczu. Z czasem więc zacisnął zęby, nauczył się wystarczająco dużo, a potem jeszcze więcej, aż język przestał być przeszkodą, a stał się kolejnym narzędziem. Dopiero teraz, słysząc porównanie Brenny, wzruszył ramionami, wyraźnie rozbawiony.
— Złego diabli nie wezmą — wzruszył ramionami.
Przeniósł spojrzenie na Kitty i pałkarza, którzy najwyraźniej odkryli już tę odmianę porozumienia, w której słowa były tylko zbędnym dodatkiem do spojrzeń, uśmiechów i przesadnie szerokich gestów. Patrząc na nich, Lukas miał coraz silniejsze wrażenie, że żadne tłumaczenie nie było tam potrzebne. Co najwyżej ksiądz gotowy wykonać akt połączenia młodych.
— Masz rację, niech cieszą się chwilą — stwierdził, wracając spojrzeniem do Brenny. — Czasami lepiej nie przeszkadzać ludziom w katastrofie, skoro wyglądają na szczęśliwych.
Upił łyk z kufla, po czym oparł go o blat i przyjrzał się jej uważniej. Nie pasowała do reszty tego obrazka w sposób, który trudno było zignorować. Nie miała w sobie meczowego rozgorączkowania, siedziała trzeźwa, przytomna, gotowa w każdej chwili przejąć kontrolę nad sytuacją, co podtrzymywało jej wyjątkowe poświęcenie.
— Nie widziałem cię w rosterze drużyny — zauważył. — A takich osób raczej się nie przegapia. Często dajesz się wciągać w podobne wyprawy ratunkowe? Bo jeśli to stały element znajomości z tobą, zaczynam rozumieć, czemu zabrały cię do Berlina.
Kącik ust drgnął mu lekko.
— Ile bym dał za takiego specjalistę od kryzysu.
W tym samym momencie Mara poruszyła się przy stole. Najpierw tylko drgnęły jej palce, potem uniosła głowę z blatu z takim wysiłkiem, jakby wracała z dalekiej podróży przez obce wymiary. Mrugnęła raz, potem drugi, spojrzała przed siebie kompletnie nieprzytomnie i przez kilka sekund zdawała się nie rozpoznawać ani lokalu, ani znajdujących się w nim ludzi. Lukas spojrzał na nią z powagą, która była stanowczo zbyt uroczysta jak na tę sytuację.
— O, dzień dobry. Witamy z powrotem w świecie żywych.
Uniósł kufel w jej stronę w czymś na kształt bardzo oficjalnego toastu.
— Złego diabli nie wezmą — wzruszył ramionami.
Przeniósł spojrzenie na Kitty i pałkarza, którzy najwyraźniej odkryli już tę odmianę porozumienia, w której słowa były tylko zbędnym dodatkiem do spojrzeń, uśmiechów i przesadnie szerokich gestów. Patrząc na nich, Lukas miał coraz silniejsze wrażenie, że żadne tłumaczenie nie było tam potrzebne. Co najwyżej ksiądz gotowy wykonać akt połączenia młodych.
— Masz rację, niech cieszą się chwilą — stwierdził, wracając spojrzeniem do Brenny. — Czasami lepiej nie przeszkadzać ludziom w katastrofie, skoro wyglądają na szczęśliwych.
Upił łyk z kufla, po czym oparł go o blat i przyjrzał się jej uważniej. Nie pasowała do reszty tego obrazka w sposób, który trudno było zignorować. Nie miała w sobie meczowego rozgorączkowania, siedziała trzeźwa, przytomna, gotowa w każdej chwili przejąć kontrolę nad sytuacją, co podtrzymywało jej wyjątkowe poświęcenie.
— Nie widziałem cię w rosterze drużyny — zauważył. — A takich osób raczej się nie przegapia. Często dajesz się wciągać w podobne wyprawy ratunkowe? Bo jeśli to stały element znajomości z tobą, zaczynam rozumieć, czemu zabrały cię do Berlina.
Kącik ust drgnął mu lekko.
— Ile bym dał za takiego specjalistę od kryzysu.
W tym samym momencie Mara poruszyła się przy stole. Najpierw tylko drgnęły jej palce, potem uniosła głowę z blatu z takim wysiłkiem, jakby wracała z dalekiej podróży przez obce wymiary. Mrugnęła raz, potem drugi, spojrzała przed siebie kompletnie nieprzytomnie i przez kilka sekund zdawała się nie rozpoznawać ani lokalu, ani znajdujących się w nim ludzi. Lukas spojrzał na nią z powagą, która była stanowczo zbyt uroczysta jak na tę sytuację.
— O, dzień dobry. Witamy z powrotem w świecie żywych.
Uniósł kufel w jej stronę w czymś na kształt bardzo oficjalnego toastu.