13.05.2026, 13:33 ✶
Dziewczyna zwymiotowała pod stolik, a Lukas zamarł z kuflem uniesionym w połowie drogi do ust. Spojrzał najpierw na Marę, potem na miejsce, w którym zniknęła większa część jej godności, a na końcu na Brennę. Jego twarz przez krótką chwilę pozostawała zastygła w widocznej konsternacji. Czy to był moment, by się ewakuować? Jak najbardziej. Czy wypadało zrobić to od razu po przedstawieniu się? Niestety, trochę mniej.
— Cofam toast — oznajmił w końcu, ostrożnie odstawiając kufel na blat. — Chyba potrzebna jej trochę dłuższa przerwa.
Odsunął się minimalnie, bardziej z rozsądku niż obrzydzenia. W podobnych miejscach widział już rzeczy gorsze, choć zwykle po drugiej nad ranem i niekoniecznie przy stole, przy którym próbował prowadzić względnie normalną rozmowę z osobą poznaną jakieś dwie minuty wcześniej. To znacząco zmieniło zasady gry. Przy własnej drużynie pewnie zacząłby żartować, śmiać się albo kląć. Przy obcych dziewczynach należało przynajmniej udawać, że człowiek ma jakieś wychowanie.
— Nie chcę się narzucać — dodał, zerkając na Brennę i wskazując w stronę drzwi. — Ale w tamtym kierunku jest toaleta i chyba twojej koleżance przyda się teraz chwila ciszy.
Przeniósł wzrok na Marę, po czym szybko zrezygnował, jakby uznając, że patrzenie na cudzą klęskę dłużej niż kilka sekund jest już niegrzeczne. Sam też poczuł, że jeśli zostanie przy stole jeszcze chwilę, niemieckie piwo może postanowić podążyć tym samym kierunkiem, co u nieszczęsnej ścigającej. A na to jego duma nie była gotowa.
Sięgnął do kieszeni po papierosy i skinął głową w stronę wyjścia.
— Wyjdę na minutę. Papieros. Świeże powietrze. Prewencyjnie, zanim ja też podpiszę cyrograf z podłogą. — dodał grzecznie, sam egzekwując swój plan ucieczki.
Nie czekał długo na odpowiedź. Wstał i przecisnął się między stolikami, mijając rozkrzyczanych zawodników, rozlane piwo i kogoś, kto próbował zaśpiewać klubową przyśpiewkę. Chłodne powietrze uderzyło go dopiero za drzwiami, przynosząc ulgę niemal natychmiast. Berlin nocą był ostrzejszy, mniej przyjazny niż rozgrzane wnętrze lokalu, ale przynajmniej nie pachniał piwem, potem i zgonem. Odpalił papierosa, zaciągnął się raz i przymknął oczy. Przez kilka sekund wszystko było prostsze. Zimno, dym, bruk pod butami. W jego myśli wdarła się lekka, niechciana zazdrość. Czemu takie sytuacje zawsze spotykały właśnie jego? Może w innych okolicznościach to on zniknąłby gdzieś w towarzystwie Kitty, zamiast stać pod lokalem i żałować interakcji z angielkami. Wtedy usłyszał śmiech i ocknął się natychmiast. Uniósł głowę w stronę dźwięku. Kilka metrów dalej, przy bocznym wejściu, zobaczył znajomą sylwetkę pałkarza. Tego samego, który jeszcze przed chwilą prowadził z Kitty wybitnie jednostronną rozmowę o miotle, tłuczkach i prawdopodobnie własnej wyjątkowości. Teraz siedział już na miotle, z szerokim, pijacko triumfalnym uśmiechem, a przed nim, zdecydowanie zbyt roześmiana jak na osobę świadomą konsekwencji, usadowiła się Kitty. Miotła poderwała się z ziemi.
— Jebani szczęściarze… — mruknął pod nosem, po czym poczuł dziwne uczucie deja vu.
Pałkarz ruszył w stronę rynku, niezbyt wysoko, ale wystarczająco pewnie, by całość wyglądała jak początek bardzo głupiej historii. Kitty zawołała coś, co mogło być protestem, zachwytem albo pierwszym znanym jej niemieckim słowem użytym w zupełnie złym kontekście. Lukas przez chwilę stał nieruchomo z papierosem w ustach. Potem odwrócił głowę w stronę drzwi lokalu, zastanawiając się czy powinien dalej mieszać się w tą sprawę.
— Cofam toast — oznajmił w końcu, ostrożnie odstawiając kufel na blat. — Chyba potrzebna jej trochę dłuższa przerwa.
Odsunął się minimalnie, bardziej z rozsądku niż obrzydzenia. W podobnych miejscach widział już rzeczy gorsze, choć zwykle po drugiej nad ranem i niekoniecznie przy stole, przy którym próbował prowadzić względnie normalną rozmowę z osobą poznaną jakieś dwie minuty wcześniej. To znacząco zmieniło zasady gry. Przy własnej drużynie pewnie zacząłby żartować, śmiać się albo kląć. Przy obcych dziewczynach należało przynajmniej udawać, że człowiek ma jakieś wychowanie.
— Nie chcę się narzucać — dodał, zerkając na Brennę i wskazując w stronę drzwi. — Ale w tamtym kierunku jest toaleta i chyba twojej koleżance przyda się teraz chwila ciszy.
Przeniósł wzrok na Marę, po czym szybko zrezygnował, jakby uznając, że patrzenie na cudzą klęskę dłużej niż kilka sekund jest już niegrzeczne. Sam też poczuł, że jeśli zostanie przy stole jeszcze chwilę, niemieckie piwo może postanowić podążyć tym samym kierunkiem, co u nieszczęsnej ścigającej. A na to jego duma nie była gotowa.
Sięgnął do kieszeni po papierosy i skinął głową w stronę wyjścia.
— Wyjdę na minutę. Papieros. Świeże powietrze. Prewencyjnie, zanim ja też podpiszę cyrograf z podłogą. — dodał grzecznie, sam egzekwując swój plan ucieczki.
Nie czekał długo na odpowiedź. Wstał i przecisnął się między stolikami, mijając rozkrzyczanych zawodników, rozlane piwo i kogoś, kto próbował zaśpiewać klubową przyśpiewkę. Chłodne powietrze uderzyło go dopiero za drzwiami, przynosząc ulgę niemal natychmiast. Berlin nocą był ostrzejszy, mniej przyjazny niż rozgrzane wnętrze lokalu, ale przynajmniej nie pachniał piwem, potem i zgonem. Odpalił papierosa, zaciągnął się raz i przymknął oczy. Przez kilka sekund wszystko było prostsze. Zimno, dym, bruk pod butami. W jego myśli wdarła się lekka, niechciana zazdrość. Czemu takie sytuacje zawsze spotykały właśnie jego? Może w innych okolicznościach to on zniknąłby gdzieś w towarzystwie Kitty, zamiast stać pod lokalem i żałować interakcji z angielkami. Wtedy usłyszał śmiech i ocknął się natychmiast. Uniósł głowę w stronę dźwięku. Kilka metrów dalej, przy bocznym wejściu, zobaczył znajomą sylwetkę pałkarza. Tego samego, który jeszcze przed chwilą prowadził z Kitty wybitnie jednostronną rozmowę o miotle, tłuczkach i prawdopodobnie własnej wyjątkowości. Teraz siedział już na miotle, z szerokim, pijacko triumfalnym uśmiechem, a przed nim, zdecydowanie zbyt roześmiana jak na osobę świadomą konsekwencji, usadowiła się Kitty. Miotła poderwała się z ziemi.
— Jebani szczęściarze… — mruknął pod nosem, po czym poczuł dziwne uczucie deja vu.
Pałkarz ruszył w stronę rynku, niezbyt wysoko, ale wystarczająco pewnie, by całość wyglądała jak początek bardzo głupiej historii. Kitty zawołała coś, co mogło być protestem, zachwytem albo pierwszym znanym jej niemieckim słowem użytym w zupełnie złym kontekście. Lukas przez chwilę stał nieruchomo z papierosem w ustach. Potem odwrócił głowę w stronę drzwi lokalu, zastanawiając się czy powinien dalej mieszać się w tą sprawę.