14.05.2026, 14:00 ✶
Tu rzuciłam na wydarzenia
Brenna zdecydowanie nie obwiniała Lukasa o tę ucieczkę, bo na jego miejscu... no dobra, będąc na jego miejscu by została, nieważne, czy znałaby taką osobę, czy nie. W gruncie rzeczy Marę pierwszy raz w życiu zobaczyła przedwczoraj. Ale Brenna była pod pewnymi względami naprawdę niereformowalnym przypadkiem i nie niekoniecznie wymagała takiego samego stopnia bycia powalonym od całej reszty świata.
– Hej, hej, Mar? – zmartwiła się, chwytając ją pod ramię. Jakiś pracownik już biegł do ich stolika, więc widać byli przygotowani na takie „efekty dodatkowe” po dzisiejszym after party i gotowi ruszać do akcji, by posprzątać wszelkie niespodzianki, nim ktoś w nie wdepnie. Spojrzała na Lukasa, trochę nieuważnie. Może żałowałaby biednego faceta, który chciał pewnie pogadać z kimś mówiącym w normalnym języku, a trafił na coś takiego, ale w tej chwili bardziej przejęła się Marą. – Jasne, jak już zaprzedawać duszę, to przynajmniej jakiejś ładnej blondynce – rzuciła do niego z rozbawieniem, zaraz jednak skupiła całą swoją uwagę na zawodniczce. Postawiła ją na nogi, a potem na wpół poprowadziła, na wpół zaniosła ku toalecie.
Pięć minut, jedne wymioty i jedno opryskanie twarzy wodą później Mara poczuła się trochę lepiej. Nie na tyle lepiej, aby kontynuować zabawę, ale dość, aby była gotowa na ewakuację. Jako że Brenna miała zamiar znaleźć jeszcze Kitty, zwerbowała do pomocy jednego ze ścigających z angielskiej drużyny, który wprawdzie wzdychał, prychał i narzekał, ale wyszedł z nimi na zewnątrz, w ślad za palącym właśnie Nottem.
W samą porę, aby i oni stali się świadkami tego, jak Kitty i pałkarz akurat startują na swoją romantyczną przejażdżkę.
Brenna uniosła nieco brwi, trochę w powątpiewaniu, czy wsiadanie na miotłę sportową we dwoje, po kilku głębszych, w ciemną noc, gdy ewidentnie zbierało się na deszcz, to na pewno najlepszy pomysł na świecie. A jakaś siła wyższa ewidentnie albo usłyszała ją, i postanowiła, że to pora na „pomyślane w złą godzinę”, albo usłyszała Lukasa i uznała, że poklepie go po ramieniu i udowodni, że wcale nie byli to tacy szczęściarze, żeby Nott przypadkiem się nie przejmował. Bo pałkarz… chyba stracił panowanie nad miotłą, albo ktoś przy tej majstrował. Unieśli się kilka metrów nad ziemię i nagle zarzuciło nimi w lewo, potem w prawo, a później miotła ruszyła do przodu, zygzakiem, ewidentnie lecąc nie tak, jak powinna. Śmiech Kitty zamienił się w krzyk.
Och, to dopiero będzie problem, jak dwoje zawodników zostanie znokautowanych przez szaloną miotłę…
– O jasny szlag – wyrwało się Brennie, potem wepchnęła Marę w ramiona ich kolegi i rzuciła się do przodu, mijając Notta. Miotła nie leciała z pełną prędkością, zarzucało ją na boki, ale i tak nie miałaby szans jej dogonić.
Oczywiście gdyby biegła jako człowiek.
Na bruk opadły cztery łapy i berlińską ulicą, w ślad za oszalałą miotłą i krzyczącą parą, pomknął ciemny wilk.
Brenna zdecydowanie nie obwiniała Lukasa o tę ucieczkę, bo na jego miejscu... no dobra, będąc na jego miejscu by została, nieważne, czy znałaby taką osobę, czy nie. W gruncie rzeczy Marę pierwszy raz w życiu zobaczyła przedwczoraj. Ale Brenna była pod pewnymi względami naprawdę niereformowalnym przypadkiem i nie niekoniecznie wymagała takiego samego stopnia bycia powalonym od całej reszty świata.
– Hej, hej, Mar? – zmartwiła się, chwytając ją pod ramię. Jakiś pracownik już biegł do ich stolika, więc widać byli przygotowani na takie „efekty dodatkowe” po dzisiejszym after party i gotowi ruszać do akcji, by posprzątać wszelkie niespodzianki, nim ktoś w nie wdepnie. Spojrzała na Lukasa, trochę nieuważnie. Może żałowałaby biednego faceta, który chciał pewnie pogadać z kimś mówiącym w normalnym języku, a trafił na coś takiego, ale w tej chwili bardziej przejęła się Marą. – Jasne, jak już zaprzedawać duszę, to przynajmniej jakiejś ładnej blondynce – rzuciła do niego z rozbawieniem, zaraz jednak skupiła całą swoją uwagę na zawodniczce. Postawiła ją na nogi, a potem na wpół poprowadziła, na wpół zaniosła ku toalecie.
Pięć minut, jedne wymioty i jedno opryskanie twarzy wodą później Mara poczuła się trochę lepiej. Nie na tyle lepiej, aby kontynuować zabawę, ale dość, aby była gotowa na ewakuację. Jako że Brenna miała zamiar znaleźć jeszcze Kitty, zwerbowała do pomocy jednego ze ścigających z angielskiej drużyny, który wprawdzie wzdychał, prychał i narzekał, ale wyszedł z nimi na zewnątrz, w ślad za palącym właśnie Nottem.
W samą porę, aby i oni stali się świadkami tego, jak Kitty i pałkarz akurat startują na swoją romantyczną przejażdżkę.
Brenna uniosła nieco brwi, trochę w powątpiewaniu, czy wsiadanie na miotłę sportową we dwoje, po kilku głębszych, w ciemną noc, gdy ewidentnie zbierało się na deszcz, to na pewno najlepszy pomysł na świecie. A jakaś siła wyższa ewidentnie albo usłyszała ją, i postanowiła, że to pora na „pomyślane w złą godzinę”, albo usłyszała Lukasa i uznała, że poklepie go po ramieniu i udowodni, że wcale nie byli to tacy szczęściarze, żeby Nott przypadkiem się nie przejmował. Bo pałkarz… chyba stracił panowanie nad miotłą, albo ktoś przy tej majstrował. Unieśli się kilka metrów nad ziemię i nagle zarzuciło nimi w lewo, potem w prawo, a później miotła ruszyła do przodu, zygzakiem, ewidentnie lecąc nie tak, jak powinna. Śmiech Kitty zamienił się w krzyk.
Och, to dopiero będzie problem, jak dwoje zawodników zostanie znokautowanych przez szaloną miotłę…
– O jasny szlag – wyrwało się Brennie, potem wepchnęła Marę w ramiona ich kolegi i rzuciła się do przodu, mijając Notta. Miotła nie leciała z pełną prędkością, zarzucało ją na boki, ale i tak nie miałaby szans jej dogonić.
Oczywiście gdyby biegła jako człowiek.
Na bruk opadły cztery łapy i berlińską ulicą, w ślad za oszalałą miotłą i krzyczącą parą, pomknął ciemny wilk.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.