Wiedziała, że z roślinami nie miał na co dzień za dużej styczności, ale gazety przecież czytał (Victoria nie wyobrażała sobie nie czytać Proroka Codziennego na przykład) i zapewne słuchał choć trochę magicznego radia, pewne informacje na pewno więc do niego docierały, nawet jeśli nie widział ich na własne oczy. – Ano tak by wychodziło, nie? Powietrze znaczy wichura, ziemia, ogień… zostaje co – woda i, jeśli iść za badaniami McCuinneagain’a nad żywiołami, to jeszcze lód – wymieniała. – Woda i lód pasowałyby do zimy, prawda? – nie mówiła tego na serio, ale była pesymistką, bliżej jej było do twardo stąpającej po ziemi realistki, ale nawet ona dostrzegała pewien schemat.
– Zobaczymy, mam nadzieje, że ci się spodoba – a jeśli nie, to był do obejrzenia jeszcze ten drugi dom… i wcale nie musiał się decydować na żaden z nich, jeśli coś mu nie będzie odpowiadać. Obejrzała się na Christophera, na moment przerywając swoje powolne oględziny salonu i uśmiechnęła. – Mam – Christopher zdecydowanie należał do facetów, którzy potrafili wykorzystać okazję, ale również ją stworzyć, co już jej kilka razy udowodnił. A Victoria złapała się na tym, że nie ma nic przeciwko. – Znasz jakieś ciekawe miejsca, czy dopiero będziemy ich szukać i poznawać? – bo w sumie nie wiedziała, czy był z Brighton w ogóle zaznajomiony, czy kompletnie nie i po prostu dom pasował mu do profilu.
– Dziwne, że nikt ich nie przygotował, żeby się jakoś prezentowały. Może faktycznie tu nie mieszkał i było mi już wszystko jedno – stwierdziła i nawet kiwnęła głową, gdy już światło dnia wlało się do środka salonu, powodując, że można go było zobaczyć w zupełnie innym świetle, ale nie zdążyła się dłużej poprzyglądać, bo wtedy usłyszała Christophera, który zaczął się bardzo żwawo wycofywać i ewidentnie szukał czegoś po kieszeniach, zaś Victoria… zamarła, wpatrzona najpierw w niego, ale wtedy i ona je dostrzegła: bahanki, które wyleciały zza zasłony. Nie trwało długo, a sama wyciągnęła swoją różdżkę – teraz i ona słyszała to ciche, ale jakże charakterystyczne brzęczenie, nietłumione dłużej przez zasłonę.
– Cholera… Chris. Flipendo. Użyj na nie Flipendo! – rzuciła, bo akurat Victoria nie miała problemu z rozpoznaniem, z czym mają właśnie do czynienia.
Poprzedni właściciel nie był bałaganiarzem. Był cholernym syfiarzem!
Ale sama nie zamierzała czekać, aż wszystkie rzucą się na Chrisa i spróbowała kilka z nich znokautować łamane na powalić silnym uderzeniem ciśnienia, mającym je odrzucić, bo jeszcze by tego brakowało, by ich pogryzły. To były tylko bahanki (i oby nie było tu królowej, ale póki co na to nie wyglądało, bo byłoby ich znacznie, znacznie więcej), dość pospolite szkodniki, ale potrafiły być niebezpieczne, gdy kogoś ugryzły…
// Kształtowanie ◉◉◉◉○ na Flipendo
Sukces!