15.05.2026, 12:41 ✶
Pięknie rozprawiali o rodzinie. Helloise, słuchając tej wymiany o oparciu i pokrzepieniu, oblizała spierzchnięte wargi. Kącik jej ust drgnął nieznacznie w uśmiechu, którego adresatką była ona sama oraz pusty talerz przed nią. Przełknęła ślinę. Obróciła w dłoniach podany jej przez Helenę kielich pełen wody.
— Nieszczęsne dzieci — westchnęła, nie podnosząc wzroku, gdy bratanica wspomniała o swoim brakującym rodzeństwie.
Jaka to była krzywda dla nich, że w święto, gdy wszyscy mieli się jednoczyć, brakowało najmłodszych — nie mniej ważnych niż którekolwiek z nich przy tym stole. I któż dzieci tak krzywdził? W winę Seisylla nie wierzyła. To Hogwart musiał więc trzymać ich z dala od domu. Jak zawsze zło rodziło się w tym przeklętym zamku.
Dzieci uwięzione w Hogwarcie, Mona zamknięta w Londynie z dala od ukochanych zwierząt, Cynthia tak dziwnie mówiąca o klatkach. Czy cokolwiek w świecie na zewnątrz kiedykolwiek przyniosło im, zgromadzonym przy tym stole, dobro? Dlaczego tak potulnie do tego świata wracali?
Nie rozumiała, nie rozumiała.
— W twoim mieszkaniu w Londynie nic się nie stało, prawda? — Helloise uniosła wreszcie głowę, aby odnaleźć spojrzeniem Monę. — Czy nie byłabyś szczęśliwsza, gdyby ono spłonęło tamtej nocy? Wróciłabyś wtedy tutaj. — Czarownica pamiętała tęsknoty, o których opowiadała jej nie tak dawno Mona — wołały do niej góry Walii. Helloise nie usłyszała wtedy odpowiedzi na pytanie, dlaczego bratanica wzbrania się przed tym wołaniem.
Temat ulubionych świąt, mimo że nieskierowany do niej, przyciągnął leniwą uwagę Helloise. Nie od razu czarownica się w rozmowę wtrąciła, dała Helenie czas na odpowiedź, mimo że takie wartościowanie sabatów, z których każdy był przecież równie istotny i konieczny, nie podobało jej się wcale. Zamiast świętego oburzenia, spróbowała jednak początkowo dyplomatycznego sposobu nakierowania ich na właściwą drogę.
— Wolałabym, żebyście się zastanawiały nad tym, którego święta wyczekujecie najmniej — powiedziała Helloise, składając dłonie na stole. Powiodła spojrzeniem po młodych kobietach: Helenie, Monie i Cynthii. — Być może znajdziecie przestrzeń do refleksji nad tym, co można zrobić, aby przeżyć takie święto lepiej. Pełniej.
— Nieszczęsne dzieci — westchnęła, nie podnosząc wzroku, gdy bratanica wspomniała o swoim brakującym rodzeństwie.
Jaka to była krzywda dla nich, że w święto, gdy wszyscy mieli się jednoczyć, brakowało najmłodszych — nie mniej ważnych niż którekolwiek z nich przy tym stole. I któż dzieci tak krzywdził? W winę Seisylla nie wierzyła. To Hogwart musiał więc trzymać ich z dala od domu. Jak zawsze zło rodziło się w tym przeklętym zamku.
Dzieci uwięzione w Hogwarcie, Mona zamknięta w Londynie z dala od ukochanych zwierząt, Cynthia tak dziwnie mówiąca o klatkach. Czy cokolwiek w świecie na zewnątrz kiedykolwiek przyniosło im, zgromadzonym przy tym stole, dobro? Dlaczego tak potulnie do tego świata wracali?
Nie rozumiała, nie rozumiała.
— W twoim mieszkaniu w Londynie nic się nie stało, prawda? — Helloise uniosła wreszcie głowę, aby odnaleźć spojrzeniem Monę. — Czy nie byłabyś szczęśliwsza, gdyby ono spłonęło tamtej nocy? Wróciłabyś wtedy tutaj. — Czarownica pamiętała tęsknoty, o których opowiadała jej nie tak dawno Mona — wołały do niej góry Walii. Helloise nie usłyszała wtedy odpowiedzi na pytanie, dlaczego bratanica wzbrania się przed tym wołaniem.
Temat ulubionych świąt, mimo że nieskierowany do niej, przyciągnął leniwą uwagę Helloise. Nie od razu czarownica się w rozmowę wtrąciła, dała Helenie czas na odpowiedź, mimo że takie wartościowanie sabatów, z których każdy był przecież równie istotny i konieczny, nie podobało jej się wcale. Zamiast świętego oburzenia, spróbowała jednak początkowo dyplomatycznego sposobu nakierowania ich na właściwą drogę.
— Wolałabym, żebyście się zastanawiały nad tym, którego święta wyczekujecie najmniej — powiedziała Helloise, składając dłonie na stole. Powiodła spojrzeniem po młodych kobietach: Helenie, Monie i Cynthii. — Być może znajdziecie przestrzeń do refleksji nad tym, co można zrobić, aby przeżyć takie święto lepiej. Pełniej.
dotknij trawy