15.05.2026, 12:47 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.05.2026, 13:07 przez Lukas Nott.)
Wszystko trwało ledwie kilka sekund. Miotłą szarpnęło, kierując parę niebezpiecznie w górę. Lukas wyprostował się gwałtownie, a papieros wypadł mu z ust, gasnąc gdzieś na mokrym bruku. Przez ułamek chwili patrzył tylko, jak pałkarz próbuje utrzymać uchwyt i jak całe to pijane, romantyczne szaleństwo nagle przestaje być zabawne. Równie dobrze mógł odwrócić się na pięcie, wrócić do środka i udawać, że niczego nie widział. To by było wygodne, możliwość zapomnienia, że cudza głupota właśnie zamieniła się w realne zagrożenie. Ale wtedy dostrzegł twarze gapiów: nagle trzeźwiejące, pobladłe, zastygłe w tym paskudnym momencie, w którym wszyscy już wiedzą, że zaraz może stać się coś złego. To wystarczyło, by myśl o odpuszczeniu zdechła. Odwrócił się gwałtownie w stronę rzędu “zaparkowanych” mioteł ustawionych przy wejściu do lokalu. Kilka należało do zawodników, kilka do gości, wszystkie stały posłusznie przy ścianie. Lukas wyciągnął rękę, skupiając spojrzenie na najbliższej sportowej miotle.
— Do mnie! — rzucił ostro.
Jedna z nich zadrżała, wysunęła się spomiędzy pozostałych i pomknęła w jego stronę. Złapał ją w locie, niemal bez patrzenia, z tą samą pewnością, z jaką chwytał znicz po udanym podejściu. Wskoczył na nią od razu, odbił się od bruku i poderwał w powietrze, zanim ktokolwiek stojący przy wejściu zdążył mrugnąć. Chłodne powietrze uderzyło go w twarz. Alkohol, zaduch lokalu i resztki mdłości zniknęły natychmiast, zastąpione ostrą jasnością działania. Przed sobą widział miotłę pałkarza, szarpaną jak rzecz wadliwą albo przeklętą, widział Kitty kurczowo trzymającą się przed nim i ciemną sylwetkę wilka pędzącą ulicą poniżej. Ulica rozciągnęła się pod nimi, tracąc ostrość.
— Zieh sie zu dir, Idiot! — wrzasnął w stronę pałkarza, pochylając się niżej nad trzonkiem.
Nie wiedział, czy tamten go usłyszał. Nie miało to większego znaczenia. Dystans między nimi zaczął się zmniejszać, ale miotła uciekinierów nie leciała prosto. Rzucało nią w lewo i prawo, nieprzewidywalnie, jakby walczyła z rękami właściciela. Lukas nie mógł po prostu zrównać się z nimi od boku. Jeden zły ruch i wszyscy troje wylądowaliby twarzami na bruku. Zamiast tego poleciał niżej, próbował znaleźć się tam, gdzie spadnie ciało, jeśli któreś z nich puści. Miotła szarpnęła nagle ostrzej niż wcześniej, jakby coś w jej trzonku pękło. Pałkarz przeklął głośno, próbując zapanować nad lotem, ale ruch przyszedł za późno. Kitty, dotąd kurczowo wciśnięta przed nim, straciła równowagę. Jej dłoń ześlizgnęła się z drewna, ramię odskoczyło w bok, a ciało na krótką chwilę zawisło w powietrzu w tej paskudnej, nienaturalnej pauzie, w której człowiek jeszcze nie spada, ale już wie, że zaraz zacznie. Lukas zobaczył to od razu. Wszystko wokół zwęziło się do jej ręki, do odległości między nimi, do szaleńczo krótkiego momentu, który miał zdecydować, czy zdąży. Pchnął swoją miotłę w bok gwałtownie, aż trzonek zaprotestował pod nim ostrym drgnięciem. Nie myślał o wysokości, o prędkości, o bruku czekającym niżej. Ściął tor lotu pod niebezpiecznym kątem i rzucił się całym ciałem w jej stronę, jedną ręką trzymając miotłę, drugą wyciągając przed siebie. Próbował złapać ją za nadgarstek, zanim ciężar ciała pociągnie ją niżej poza zasięg. Palce wyciągnął do granic, czując, jak wiatr rwie mu rękaw i jak własna miotła ucieka spod bioder przy zbyt gwałtownym manewrze. Przez ułamek sekundy miał wrażenie, że dzieli ich tylko kilka cali.
// Rzucam Aktywność fizyczną z bonusem Nott’ów na to czy złapię Kitty.
Palce zamknęły się na jej nadgarstku. Przez ułamek sekundy Lukas poczuł ulgę tak gwałtowną, że niemal pomylił ją ze zwycięstwem. Zaraz potem ciężar Kitty szarpnął go w dół, brutalnie i bez ostrzeżenia, wyrywając mu bark z równowagi. Miotła zachwiała się pod nim i przechyliła niebezpiecznie na bok, a bruk pod nimi nagle znalazł się zdecydowanie zbyt blisko. Lukas szarpnął własną miotłę wyżej, wciąż trzymając Kitty za rękę. Pochylił się w przeciwną stronę, próbując wyciągnąć dziewczynę w górę i wyrównać lot, ale manewr był zbyt gwałtowny. Noga uderzyła w tylny uchwyt, trzonek stanął niemal w poprzek nad ziemią, a chwilę później oboje runęli na bruk. Nie był to elegancki upadek. Raczej ciężkie, bolesne lądowanie na tyłkach, z którego żadne z nich nie będzie dumne następnego ranka. Na szczęście byli już wystarczająco nisko, by skończyło się najwyżej na siniakach. W tym samym czasie, Pałkarz, pozbawiony ciężaru Kitty, wyrwał do przodu z prędkością, nad którą najwyraźniej nie panował już wcale. Miotła niosła go prosto ku ścianie jednej z kamienic, szarpana i rozkołysana, ale nie dość, by zmienić kierunek. Wilhelm próbował jeszcze ciągnąć trzonek, ale panika przejęła stery. Wszystko zwiastowało krwawą kraksę.
— Do mnie! — rzucił ostro.
Jedna z nich zadrżała, wysunęła się spomiędzy pozostałych i pomknęła w jego stronę. Złapał ją w locie, niemal bez patrzenia, z tą samą pewnością, z jaką chwytał znicz po udanym podejściu. Wskoczył na nią od razu, odbił się od bruku i poderwał w powietrze, zanim ktokolwiek stojący przy wejściu zdążył mrugnąć. Chłodne powietrze uderzyło go w twarz. Alkohol, zaduch lokalu i resztki mdłości zniknęły natychmiast, zastąpione ostrą jasnością działania. Przed sobą widział miotłę pałkarza, szarpaną jak rzecz wadliwą albo przeklętą, widział Kitty kurczowo trzymającą się przed nim i ciemną sylwetkę wilka pędzącą ulicą poniżej. Ulica rozciągnęła się pod nimi, tracąc ostrość.
— Zieh sie zu dir, Idiot! — wrzasnął w stronę pałkarza, pochylając się niżej nad trzonkiem.
Nie wiedział, czy tamten go usłyszał. Nie miało to większego znaczenia. Dystans między nimi zaczął się zmniejszać, ale miotła uciekinierów nie leciała prosto. Rzucało nią w lewo i prawo, nieprzewidywalnie, jakby walczyła z rękami właściciela. Lukas nie mógł po prostu zrównać się z nimi od boku. Jeden zły ruch i wszyscy troje wylądowaliby twarzami na bruku. Zamiast tego poleciał niżej, próbował znaleźć się tam, gdzie spadnie ciało, jeśli któreś z nich puści. Miotła szarpnęła nagle ostrzej niż wcześniej, jakby coś w jej trzonku pękło. Pałkarz przeklął głośno, próbując zapanować nad lotem, ale ruch przyszedł za późno. Kitty, dotąd kurczowo wciśnięta przed nim, straciła równowagę. Jej dłoń ześlizgnęła się z drewna, ramię odskoczyło w bok, a ciało na krótką chwilę zawisło w powietrzu w tej paskudnej, nienaturalnej pauzie, w której człowiek jeszcze nie spada, ale już wie, że zaraz zacznie. Lukas zobaczył to od razu. Wszystko wokół zwęziło się do jej ręki, do odległości między nimi, do szaleńczo krótkiego momentu, który miał zdecydować, czy zdąży. Pchnął swoją miotłę w bok gwałtownie, aż trzonek zaprotestował pod nim ostrym drgnięciem. Nie myślał o wysokości, o prędkości, o bruku czekającym niżej. Ściął tor lotu pod niebezpiecznym kątem i rzucił się całym ciałem w jej stronę, jedną ręką trzymając miotłę, drugą wyciągając przed siebie. Próbował złapać ją za nadgarstek, zanim ciężar ciała pociągnie ją niżej poza zasięg. Palce wyciągnął do granic, czując, jak wiatr rwie mu rękaw i jak własna miotła ucieka spod bioder przy zbyt gwałtownym manewrze. Przez ułamek sekundy miał wrażenie, że dzieli ich tylko kilka cali.
// Rzucam Aktywność fizyczną z bonusem Nott’ów na to czy złapię Kitty.
Rzut PO 1d100+10 - 37 +10 = 47
Sukces!
Sukces!
Palce zamknęły się na jej nadgarstku. Przez ułamek sekundy Lukas poczuł ulgę tak gwałtowną, że niemal pomylił ją ze zwycięstwem. Zaraz potem ciężar Kitty szarpnął go w dół, brutalnie i bez ostrzeżenia, wyrywając mu bark z równowagi. Miotła zachwiała się pod nim i przechyliła niebezpiecznie na bok, a bruk pod nimi nagle znalazł się zdecydowanie zbyt blisko. Lukas szarpnął własną miotłę wyżej, wciąż trzymając Kitty za rękę. Pochylił się w przeciwną stronę, próbując wyciągnąć dziewczynę w górę i wyrównać lot, ale manewr był zbyt gwałtowny. Noga uderzyła w tylny uchwyt, trzonek stanął niemal w poprzek nad ziemią, a chwilę później oboje runęli na bruk. Nie był to elegancki upadek. Raczej ciężkie, bolesne lądowanie na tyłkach, z którego żadne z nich nie będzie dumne następnego ranka. Na szczęście byli już wystarczająco nisko, by skończyło się najwyżej na siniakach. W tym samym czasie, Pałkarz, pozbawiony ciężaru Kitty, wyrwał do przodu z prędkością, nad którą najwyraźniej nie panował już wcale. Miotła niosła go prosto ku ścianie jednej z kamienic, szarpana i rozkołysana, ale nie dość, by zmienić kierunek. Wilhelm próbował jeszcze ciągnąć trzonek, ale panika przejęła stery. Wszystko zwiastowało krwawą kraksę.