16.05.2026, 23:37 ✶
Auror pamiętał dawne czasy dobrze. Wspomnienia te wciąż oddychały gdzieś tuż pod powierzchnią teraźniejszości. Brygada, w swych lepszych dniach, poszukiwała właśnie takich ludzi, którzy nie odwracali wzroku od dziejącej się krzywdy.
— U takiego starucha jak ja raczej nie się nie zmieniło. Lej, co masz najmocniejsze — uśmiechnął się. Jego spojrzenie zabłądziło gdzie indziej ponad ramieniem Woody’ego, ku zasłoniętej ciężką kotarą wnęce. — Mam wrażenie, że będę tego potrzebował.
Jak sądził z gorzką rezygnacją, ostatnie wydarzenia natomiast wyjątkowo obdzierały człowieka z podobnych złudzeń, czyniąc to prędko i bezlitośnie. W związku z tym, nie zdziwił się, kiedy maska pogodnego gospodarza przybytku zaczęła pękać, a humor przyjaciela ustąpił bez walki. Odsłoniły twarz człowieka wyczerpanego. Prawdopodobnie obaj od wielu dni działali bardziej z rozpędu niż z rozsądku.
— Ja też — zaczął, a jego głos się załamał. Odchrząknął, spróbował odzyskać kontrolę nad tymi fałszywymi, młodzieńczo błyskotliwymi tonami, które z taką lekkością potrafił w siebie wliwać. — Cieszę się, że cię widzę, bracie. Po tylu latach człowiekowi się wydaje, że nic go już nie ruszy. Jego... — to zawsze zaczęło się od imienia, a właściwie od jego braku.
Język mu stanął kołkiem. Jakbym miał w gardle wbity hak. Serce zaczęło walić mu o żebra. Powietrze ugrzęzło w płucach. To było dziwne uczucie. Niewidzialna dłoń zacisnęła mu się na tchawicy od środka. Julian zmarszczył brwi. Nic. Sylaba nie chciała przejść przez usta, kiedy mięśnie napięły się do granic bólu. Palce zadrżały. Na bogów, spróbował zacisnąć zęby, ale szczęka odrętwiała mu całkowicie.
— Strach jest prawem, które ustanawiam… — usłyszał własny głos. Chciał przestać. Natychmiast. Wstać, wyrzygać to z siebie, roztrzaskać sobie głowę o blat, jednakże słowa popłynęły dalej wbrew niemu. — …i niech każdy drży, bo drżenie jest uznaniem mojej potęgi.
— U takiego starucha jak ja raczej nie się nie zmieniło. Lej, co masz najmocniejsze — uśmiechnął się. Jego spojrzenie zabłądziło gdzie indziej ponad ramieniem Woody’ego, ku zasłoniętej ciężką kotarą wnęce. — Mam wrażenie, że będę tego potrzebował.
Jak sądził z gorzką rezygnacją, ostatnie wydarzenia natomiast wyjątkowo obdzierały człowieka z podobnych złudzeń, czyniąc to prędko i bezlitośnie. W związku z tym, nie zdziwił się, kiedy maska pogodnego gospodarza przybytku zaczęła pękać, a humor przyjaciela ustąpił bez walki. Odsłoniły twarz człowieka wyczerpanego. Prawdopodobnie obaj od wielu dni działali bardziej z rozpędu niż z rozsądku.
— Ja też — zaczął, a jego głos się załamał. Odchrząknął, spróbował odzyskać kontrolę nad tymi fałszywymi, młodzieńczo błyskotliwymi tonami, które z taką lekkością potrafił w siebie wliwać. — Cieszę się, że cię widzę, bracie. Po tylu latach człowiekowi się wydaje, że nic go już nie ruszy. Jego... — to zawsze zaczęło się od imienia, a właściwie od jego braku.
Język mu stanął kołkiem. Jakbym miał w gardle wbity hak. Serce zaczęło walić mu o żebra. Powietrze ugrzęzło w płucach. To było dziwne uczucie. Niewidzialna dłoń zacisnęła mu się na tchawicy od środka. Julian zmarszczył brwi. Nic. Sylaba nie chciała przejść przez usta, kiedy mięśnie napięły się do granic bólu. Palce zadrżały. Na bogów, spróbował zacisnąć zęby, ale szczęka odrętwiała mu całkowicie.
— Strach jest prawem, które ustanawiam… — usłyszał własny głos. Chciał przestać. Natychmiast. Wstać, wyrzygać to z siebie, roztrzaskać sobie głowę o blat, jednakże słowa popłynęły dalej wbrew niemu. — …i niech każdy drży, bo drżenie jest uznaniem mojej potęgi.
you've taken your rightful place
at the table of kings
at the table of kings