17.05.2026, 10:11 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.05.2026, 12:20 przez Vakel Dolohov.)
Po jego minie widać było, że wcale nie obraziłby się, gdyby Peregrinus wybrał poranne zbliżenie zamiast trzydniowego wyjazdu do Włoch. Nie domagał się tego, bo koszmarnie to było samolubne, a jednocześnie na próżno spodziewać się zmian w jego myśleniu – bo któż niby byłby w stanie wypuścić Peregrinusa spomiędzy swoich palców? Nie wiedział. Jedynym, czego w tej relacji był pewnym, to swojego wielkiego, nieoczekiwanego szczęścia, które w oczach świata musiało jawić się jako moralna katastrofa i świadectwo upadku najbardziej znanego wieszcza Wielkiej Brytanii. Kiedyś mogą rozszarpać go za to wilki, ale na wszechświat i wszystkie jego zagadki, jego ojciec nie miał racji – nie dało się z tego wyleczyć. Prędzej umrze, niż zrezygnuje z euforii zalewającej go za każdym razem, kiedy ich usta się stykały. Jeśli czyniło go to złym człowiekiem, niech będzie.
Pocałował go jeszcze raz, przesuwając palcami po materiale przysłaniającym jego brzuch, ale zaraz po tym odsunął się delikatnie. Nawet najsłodsze chwile musiały mieć swój koniec. Gdyby nie potrafił z nich rezygnować i uczynił swoje życie wiecznym poszukiwaniem przyjemności, to by tu dzisiaj nie stali.
– Idź, Peregrinusie – powiedział spokojnie, z oczywistą nutą rozbawienia w głosie – zanim mnie poniesie. Już wybrałeś dni urlopowe – a on, chociaż jeszcze nie chciał o tym myśleć, musiał szykować się do kolejnego spotkania z potencjalnym sponsorem jego najnowszego przedsięwzięcia.
Uwolniwszy go z własnego uścisku, raz jeszcze przeczesał palcami swoje włosy, próbując doprowadzić je... Może nie do idealnego ładu, bo to przecież nie było możliwe bez kosmetyków, ale przynajmniej jakiejś znośnej wersji nie utrudniającej mu spoglądania na drugiego z wieszczy. Jak szybko można było uzależnić się od cudzej obecności? Mająca dzielić ich odległość wydawała się Dolohovowi nienaturalna. Codzienność bez Trelawneya nie była do końca codziennością. Dziwiło go w tym tylko, że analizując długość wyjazdu nie przeczuwał niczego złego. Mając na uwadze jego dotychczasowe doświadczenia miłosne, było to jakimś powiewem świeżości – brak lęku o to, że ktoś nie wróci było czymś dobrym, ale nie potrafił tych sytuacji nie porównywać, próbując dostrzec gdzie dokładnie narysowano pomiędzy nimi różnicę. Zakochał się przecież kiedyś do bólu i kiedy ten drugi znikał mu z pola widzenia, spędzając czas z innymi, Dolohov dostawał białej gorączki. Teraz? Słyszał o tym kuzynostwie, o przyjaciółkach, o wyjazdach i nie czuł się wcale gorszy ani wybrakowany, nie musiał tłumić narastającej chęci wydłubanie oczu każdemu, kto rościł sobie prawo do posiadania jego człowieka, skoro ten czas mu się nie należał. Nie przywykł do czucia się tak bezpiecznie, ani do bycia rozumianym na tak głębokim poziomie.
Czy to była prawdziwa miłość? Czy poprzednia była fikcją? Albo pomylił zazdrość z zakochaniem i palącą potrzebę wejścia w czyjąś skórę zinterpretował jako coś dobrego przez stale tlący się w tym wszystkim żar, albo to co trwało pomiędzy nim i jego asystentem wcale tym samym nie było. Jak więc miał to kategoryzować? Jego serce mogłoby napisać poemat na temat oczu, w które się wpatrywał, a duszą zbliżył się do niego tak bardzo jak tylko mógł.
Nie.
Odpędził te myśli, przypominając sobie co sam powiedział Peregrinusowi ostatnim razem. Dobry był z niego oszust, ale nie kłamał wtedy przed sobą ani przed nim.
Najwyraźniej pożądanie przybierało różne formy.
– Będziemy mieć na siebie jeszcze dużo czasu w przyszłości. – A teraz mogło mu go zabraknąć i nic nie przypominało o tym, że należało się pospieszyć bardziej, niż mający obsesję na punkcie jego upływu jasnowidz.
Pocałował go jeszcze raz, przesuwając palcami po materiale przysłaniającym jego brzuch, ale zaraz po tym odsunął się delikatnie. Nawet najsłodsze chwile musiały mieć swój koniec. Gdyby nie potrafił z nich rezygnować i uczynił swoje życie wiecznym poszukiwaniem przyjemności, to by tu dzisiaj nie stali.
– Idź, Peregrinusie – powiedział spokojnie, z oczywistą nutą rozbawienia w głosie – zanim mnie poniesie. Już wybrałeś dni urlopowe – a on, chociaż jeszcze nie chciał o tym myśleć, musiał szykować się do kolejnego spotkania z potencjalnym sponsorem jego najnowszego przedsięwzięcia.
Uwolniwszy go z własnego uścisku, raz jeszcze przeczesał palcami swoje włosy, próbując doprowadzić je... Może nie do idealnego ładu, bo to przecież nie było możliwe bez kosmetyków, ale przynajmniej jakiejś znośnej wersji nie utrudniającej mu spoglądania na drugiego z wieszczy. Jak szybko można było uzależnić się od cudzej obecności? Mająca dzielić ich odległość wydawała się Dolohovowi nienaturalna. Codzienność bez Trelawneya nie była do końca codziennością. Dziwiło go w tym tylko, że analizując długość wyjazdu nie przeczuwał niczego złego. Mając na uwadze jego dotychczasowe doświadczenia miłosne, było to jakimś powiewem świeżości – brak lęku o to, że ktoś nie wróci było czymś dobrym, ale nie potrafił tych sytuacji nie porównywać, próbując dostrzec gdzie dokładnie narysowano pomiędzy nimi różnicę. Zakochał się przecież kiedyś do bólu i kiedy ten drugi znikał mu z pola widzenia, spędzając czas z innymi, Dolohov dostawał białej gorączki. Teraz? Słyszał o tym kuzynostwie, o przyjaciółkach, o wyjazdach i nie czuł się wcale gorszy ani wybrakowany, nie musiał tłumić narastającej chęci wydłubanie oczu każdemu, kto rościł sobie prawo do posiadania jego człowieka, skoro ten czas mu się nie należał. Nie przywykł do czucia się tak bezpiecznie, ani do bycia rozumianym na tak głębokim poziomie.
Czy to była prawdziwa miłość? Czy poprzednia była fikcją? Albo pomylił zazdrość z zakochaniem i palącą potrzebę wejścia w czyjąś skórę zinterpretował jako coś dobrego przez stale tlący się w tym wszystkim żar, albo to co trwało pomiędzy nim i jego asystentem wcale tym samym nie było. Jak więc miał to kategoryzować? Jego serce mogłoby napisać poemat na temat oczu, w które się wpatrywał, a duszą zbliżył się do niego tak bardzo jak tylko mógł.
Nie.
Odpędził te myśli, przypominając sobie co sam powiedział Peregrinusowi ostatnim razem. Dobry był z niego oszust, ale nie kłamał wtedy przed sobą ani przed nim.
Najwyraźniej pożądanie przybierało różne formy.
– Będziemy mieć na siebie jeszcze dużo czasu w przyszłości. – A teraz mogło mu go zabraknąć i nic nie przypominało o tym, że należało się pospieszyć bardziej, niż mający obsesję na punkcie jego upływu jasnowidz.
Koniec sesji
with all due respect, which is none