Miotła wierzgnęła, Deirdre wydała z siebie okrzyk przerażenia, gdy trzonek wyślizgnął się z jej dłoni, jej nogi poddały się w utrzymywaniu miotły, a jej całe ciało nagle straciło poczucie jakiejkolwiek stabilności. Opór powietrza szarpał jej ubranie, spódnicę, halkę, prawie zdarł z jej głowy kapelusik. Lot trwał zbyt krótko, chociaż jej życie przeleciało jej przed oczami, krótkie, nudne życie. I te nagłówki. Na Matkę, co za wstyd!
Deirdre umarłaby roztrzaskana na ziemi jak jajo, które sturlało się z kuchennego blatu z mało pozytywną myślą o sobie w ostatnich sekundach życia, gdyby nie magiczne zaklęcie, które pochwyciło ją, spowolniło jej dramatyczny upadek i tak oto dziewczę w błękitnej pinaforze, uroczej bluzeczce i absolutnie pogniecionym przez pęd powietrza, przekrzywionym kapelusiku, wylądowało pod nogami Cassandry. Nic jej nie było, w przeciwieństwie do koszyka, który upadł przed Deirdre z dramatycznym trzaskiem tłuczonej porcelany i łamiącej się wikliny kilka chwil przed nią i nie załapał się na zaklęcie łagodzące upadek.
— Nie, nie, nie! Moje ciasto! — zawołała Deirdre, zdecydowanie nadal w szoku. Wtedy spojrzała na swoją zbawczynię, kobietę w mundurze ministerialnym. Miała więcej szczęścia niż rozumu. — Ja... um... przepraszam, ja... ja właściwie to miałam Zadowalający z zajęć, um... tak. Przepraszam. Ja nie wiem. Ona tak sama...
Dziewczyna otrzepała swoją spódnicę i swój tyłek, poprawiła kapelusz na głowie, zaraz jednak całkowicie go zdjęła, zgniatając zniszczone rondo w pięściach, w głębokim zażenowaniu. — Nie, proszę pani. Ja tylko strachu się najadłam. Przepraszam i... tego... dziękuję.
@Cassandra Cavendish