17.05.2026, 14:29 ✶
Stukot butów, uderzenia metalowej laski o drewniane panele, szelest materiałów użytych do uszycia brązowo-zielonej szaty. Tak wiele dźwięków zwiastowało jego nadejście do chatki Helloise, ale dopiero ten ostatni, najcichszy – głębokie westchnienie, kiedy nabrał w płuca śmierdzącego spalenizną powietrza – to on właśnie był najlepszym świadectwem tego, że do Doliny Godryka zawitał właśnie Seisyll Rowle. Człowiek, który oceniał każde miejsce, w którym dane było mu się znaleźć, po tym jak dobrze się w nim oddychało.
Nie uśmiechnął się do swojej siostry, nie powiedział też nic na przywitanie. Rozglądał się wokół, analizując okropny stan jej domostwa i to jak mizernie wyglądała na tej podłodze, otoczona masą rzeczy, na pierwszy rzut gadziego oka będących jakimś krokiem ku temu, aby zaczęła tracić kontakt z rzeczywistością. Zadała mu pytanie, ale na dobrą minutę zawisła pomiędzy nimi cisza. Nie mogło umknąć jej, że przyszedł jej pomóc. Skórzana walizka ze srebrnymi okuciami z pewnością zawierała narzędzia, których mogło jej brakować. Pokaźnych rozmiarów rozmiar sugerował, że przyniósł tutaj nie tylko je, a smoczognik, który ciekawsko wyjrzał z kaptura i momentalnie zdecydował się na rozprostowanie skrzydeł i skoczenie w kierunku pustej okiennicy. Seisyll nie zatrzymał go w żaden sposób, najwyraźniej niezbyt przejęty tym, że mógłby pociąć sobie łapki o rozbite szkło. Całą swoją uwagę skupił przecież na Helloise.
Odłożył walizkę na podłogę. Nie ściągnął ani nie rozpiął skórzanej narzuty ze swoich ramion. Powolnym krokiem, bo po odrzuceniu laski na podłogę, zbliżył się do niej i nie mówiąc nic usiadł obok. Kiedy przestawało się stać nad drugim człowiekiem, kiedy się tak usiadło tuż obok, opierając bokiem o bok... Dopiero wtedy, przynajmniej w jego opinii, dało się oddać zadumie nad tym, co tego człowieka dotyczyło. Wymagało to wiele woli, której nie miał dla innych, ale kiedy chodziło o nią – jak mógłby nie zechcieć obejrzeć czegoś z jej perspektywy? I siedząc tak, oddychając głęboko, nabrał pewności na temat jednej rzeczy – ciężko było patrzeć na to z perspektywy obserwatora, ale jeszcze ciężej patrzyło się na to z perspektywy ofiary. Ofiary własnych myśli i ataku, który nie powinien cię dotyczyć. Kiedy się tutaj siedziało, ten chaos stawał się twoim więzieniem.
– Mówisz teraz o Emberfall czy o tym, co się zalęgło pomiędzy drzewami? – Po zastanowieniu nie był bratem, do którego skierowałaby drugie pytanie. – Nie wiedziałem nawet, że coś przyszło. Wysłał mnie do Londynu, a później to odsypiałem – przyznał, nie bardzo wiedząc co innego miałby powiedzieć. Na temat tego, co wydarzyło się w Anglii przez ostatnie dni wiedział jedno wielkie i dudniące nic. Pewną frustracją i niepokojem napełniało go to, że nie był w tym szczególnie wyobcowany. Ostatecznie jednak, jak się nad tym pochylał głębiej, tak naprawdę nikt nigdy nie znał jego ostatecznego planu. Wiedzieli tylko o obietnicach, mogących okazać się czymś bez pokrycia. – Las nie spłonął – rzucił nagle. Zanim wszedł do środka, przespacerował się przez okolicę, analizując co dokładnie zniknęło z krajobrazu Doliny bezpowrotnie. Ze zdziwieniem odkrył, że było takich miejsc niewiele. – Spodziewałem się ujrzeć Warownię zrównaną z ziemią, a zastaję moją siostrę wyglądającą, jakby zadziwiająco dobry stan Kniei był jedynie fatamorganą. – Powiązywanie dobrostanu Helloise z tym jak wyglądało miejsce uznawane przez nią za święty dar od bogów wydawało mu się oczywiste. – Co się stało? – I coś w jego zachowaniu mówiło, że nie pytał o samo zdarzenie. Zmarszczył brwi w gniewie, jego gadzie oczy zadrżały w sposób charakterystyczny dla okresu, odkąd postanowił zostać Śmierciożercą i powoli przestawał pisać do niej listy pełne lęków i wyrzutów sumienia. To była mina kogoś zdalnego do wyrządzenia komuś krzywdy. Seisyll pytał podświadomie o to kto jej to zrobił. Nie wierzył, że mógł to być sam Lord Voldemort. Czarnoksiężnik czytający mu w myślach nie skrzywdziłby Helloise, bo to zakończyłoby się z jego strony nieposkromionym atakiem furii i złamaniem każdej łączącej ich obietnicy.
Nie uśmiechnął się do swojej siostry, nie powiedział też nic na przywitanie. Rozglądał się wokół, analizując okropny stan jej domostwa i to jak mizernie wyglądała na tej podłodze, otoczona masą rzeczy, na pierwszy rzut gadziego oka będących jakimś krokiem ku temu, aby zaczęła tracić kontakt z rzeczywistością. Zadała mu pytanie, ale na dobrą minutę zawisła pomiędzy nimi cisza. Nie mogło umknąć jej, że przyszedł jej pomóc. Skórzana walizka ze srebrnymi okuciami z pewnością zawierała narzędzia, których mogło jej brakować. Pokaźnych rozmiarów rozmiar sugerował, że przyniósł tutaj nie tylko je, a smoczognik, który ciekawsko wyjrzał z kaptura i momentalnie zdecydował się na rozprostowanie skrzydeł i skoczenie w kierunku pustej okiennicy. Seisyll nie zatrzymał go w żaden sposób, najwyraźniej niezbyt przejęty tym, że mógłby pociąć sobie łapki o rozbite szkło. Całą swoją uwagę skupił przecież na Helloise.
Odłożył walizkę na podłogę. Nie ściągnął ani nie rozpiął skórzanej narzuty ze swoich ramion. Powolnym krokiem, bo po odrzuceniu laski na podłogę, zbliżył się do niej i nie mówiąc nic usiadł obok. Kiedy przestawało się stać nad drugim człowiekiem, kiedy się tak usiadło tuż obok, opierając bokiem o bok... Dopiero wtedy, przynajmniej w jego opinii, dało się oddać zadumie nad tym, co tego człowieka dotyczyło. Wymagało to wiele woli, której nie miał dla innych, ale kiedy chodziło o nią – jak mógłby nie zechcieć obejrzeć czegoś z jej perspektywy? I siedząc tak, oddychając głęboko, nabrał pewności na temat jednej rzeczy – ciężko było patrzeć na to z perspektywy obserwatora, ale jeszcze ciężej patrzyło się na to z perspektywy ofiary. Ofiary własnych myśli i ataku, który nie powinien cię dotyczyć. Kiedy się tutaj siedziało, ten chaos stawał się twoim więzieniem.
– Mówisz teraz o Emberfall czy o tym, co się zalęgło pomiędzy drzewami? – Po zastanowieniu nie był bratem, do którego skierowałaby drugie pytanie. – Nie wiedziałem nawet, że coś przyszło. Wysłał mnie do Londynu, a później to odsypiałem – przyznał, nie bardzo wiedząc co innego miałby powiedzieć. Na temat tego, co wydarzyło się w Anglii przez ostatnie dni wiedział jedno wielkie i dudniące nic. Pewną frustracją i niepokojem napełniało go to, że nie był w tym szczególnie wyobcowany. Ostatecznie jednak, jak się nad tym pochylał głębiej, tak naprawdę nikt nigdy nie znał jego ostatecznego planu. Wiedzieli tylko o obietnicach, mogących okazać się czymś bez pokrycia. – Las nie spłonął – rzucił nagle. Zanim wszedł do środka, przespacerował się przez okolicę, analizując co dokładnie zniknęło z krajobrazu Doliny bezpowrotnie. Ze zdziwieniem odkrył, że było takich miejsc niewiele. – Spodziewałem się ujrzeć Warownię zrównaną z ziemią, a zastaję moją siostrę wyglądającą, jakby zadziwiająco dobry stan Kniei był jedynie fatamorganą. – Powiązywanie dobrostanu Helloise z tym jak wyglądało miejsce uznawane przez nią za święty dar od bogów wydawało mu się oczywiste. – Co się stało? – I coś w jego zachowaniu mówiło, że nie pytał o samo zdarzenie. Zmarszczył brwi w gniewie, jego gadzie oczy zadrżały w sposób charakterystyczny dla okresu, odkąd postanowił zostać Śmierciożercą i powoli przestawał pisać do niej listy pełne lęków i wyrzutów sumienia. To była mina kogoś zdalnego do wyrządzenia komuś krzywdy. Seisyll pytał podświadomie o to kto jej to zrobił. Nie wierzył, że mógł to być sam Lord Voldemort. Czarnoksiężnik czytający mu w myślach nie skrzywdziłby Helloise, bo to zakończyłoby się z jego strony nieposkromionym atakiem furii i złamaniem każdej łączącej ich obietnicy.
walijski #5e7f63
Salazar #7f4242
Salazar #7f4242