17.05.2026, 20:32 ✶
Dægberht wykonał nieco niespodziewany ruch – bardzo teatralnie ukłonił się na dźwięk komplementu, rozkładając ręce na boki, pochylając się do przodu i odstawiając w tył jedną z nóg. Jego biżuteria i zabrzękała przy tym, ale dźwięk ten był na tyle delikatny, aby ostatecznie nie przebić się przez hałas panujący w lokalu.
– Cieszę się, że pojawiłem się w porę na... – zaczął i nabrał w płuca tyle powietrza, jakby miał zaraz wygłosić tu jakiś poemat – absolutne nic. – Wyprostował się, a na jego twarzy pojawił się szeroki, delikatny uśmiech. – Bo najwyraźniej moja obecność była tu zbędna. – Mrugnął do niej. Zdecydowanie nie przejmował się czymś takim jak konwenanse, nieszczególnie sprawnie wyłapywał wadliwość jej charakteru. Rodzina Lestrange zbyt mocno kojarzyła mu się z Victorią, żeby potrafił ot tak, przy pierwszej rozmowie się do niej uprzedzić. No i – chociaż nie był pewny czym sama Delyra się zajmowała – jej mąż zajmował się gwiazdami, a ktoś kto kochał człowieka kochającego gwiazdy, z pewnością znalazłby wspólne tematy z poetą piszącym o nich wiersze.
– Pani Dolohov, niech się pani nie wygłupia – odpowiedział jej nie kryjąc rozbawienia – więdnę od takich żartów – bo jakby miał nie uznać pytania za dowcip? Posiadał całkiem barwne życie poza statkami, a stolca przyciągała go z wielu powodów. Zresztą, ojciec jego wychował się na Isle of Dogs, a Docklands do dziś pełniło funkcję ich drugiego domu.
Chciał powiedzieć nie palę, ale szybko się w język ugryzł. No bo palił przecież, ale preferował drewniane fajki.
– Dziękuję – odmówił gestem – unosząc dłoń. – Towarzyszyć pani przy wyjściu? Mam wrażenie, że na zewnątrz panuje jakieś zamieszanie. – Uniósł w górę jedną z brwi, wpatrując się w coraz gęstszą gromadę ludzi kłębiących się na korytarzyku prowadzącym na zewnątrz. Niedługo po tym jak to powiedział, wspomniana wcześniej kapela przestała grać. – Huh? – Rozejrzał się wokół. Część gości, zupełnie pijana, próbowała wciąż bawić się bez muzyki, ale szepty powoli niosły do nich fakt, że faktycznie... coś dziwnego działo się na ulicy. – Możliwe, że jestem przewrażliwiony, ale i tak nie bawię się dobrze od przynajmniej godziny, więc... – Skinął głową, dając jej znać, że niezależnie od podjętej decyzji, on zamierzał się stąd zmyć.
– Cieszę się, że pojawiłem się w porę na... – zaczął i nabrał w płuca tyle powietrza, jakby miał zaraz wygłosić tu jakiś poemat – absolutne nic. – Wyprostował się, a na jego twarzy pojawił się szeroki, delikatny uśmiech. – Bo najwyraźniej moja obecność była tu zbędna. – Mrugnął do niej. Zdecydowanie nie przejmował się czymś takim jak konwenanse, nieszczególnie sprawnie wyłapywał wadliwość jej charakteru. Rodzina Lestrange zbyt mocno kojarzyła mu się z Victorią, żeby potrafił ot tak, przy pierwszej rozmowie się do niej uprzedzić. No i – chociaż nie był pewny czym sama Delyra się zajmowała – jej mąż zajmował się gwiazdami, a ktoś kto kochał człowieka kochającego gwiazdy, z pewnością znalazłby wspólne tematy z poetą piszącym o nich wiersze.
– Pani Dolohov, niech się pani nie wygłupia – odpowiedział jej nie kryjąc rozbawienia – więdnę od takich żartów – bo jakby miał nie uznać pytania za dowcip? Posiadał całkiem barwne życie poza statkami, a stolca przyciągała go z wielu powodów. Zresztą, ojciec jego wychował się na Isle of Dogs, a Docklands do dziś pełniło funkcję ich drugiego domu.
Chciał powiedzieć nie palę, ale szybko się w język ugryzł. No bo palił przecież, ale preferował drewniane fajki.
– Dziękuję – odmówił gestem – unosząc dłoń. – Towarzyszyć pani przy wyjściu? Mam wrażenie, że na zewnątrz panuje jakieś zamieszanie. – Uniósł w górę jedną z brwi, wpatrując się w coraz gęstszą gromadę ludzi kłębiących się na korytarzyku prowadzącym na zewnątrz. Niedługo po tym jak to powiedział, wspomniana wcześniej kapela przestała grać. – Huh? – Rozejrzał się wokół. Część gości, zupełnie pijana, próbowała wciąż bawić się bez muzyki, ale szepty powoli niosły do nich fakt, że faktycznie... coś dziwnego działo się na ulicy. – Możliwe, że jestem przewrażliwiony, ale i tak nie bawię się dobrze od przynajmniej godziny, więc... – Skinął głową, dając jej znać, że niezależnie od podjętej decyzji, on zamierzał się stąd zmyć.
Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr