18.05.2026, 12:15 ✶
Łubudubu! Coś huknęło. Obiekt przeleciał mu przed twarzą, na głowę huknęła kelnerska tacka. Zenek poczuł tępy ból. Zimno przeciekło mu przez koszulę, rozlało się po spodniach i skapywało z nogawek. Szklanki rozlały się po podłodze, łamiąc na tysiące pobrzękujących o marmur kawałków. Zenek w środku tego wszystkiego. Jego ucho wychwyciło jeszcze pianistę. Przebierał palcami po klawiaturze, choć przez moment zagrał krzywo. Winowajcy nawet jeszcze nie zobaczył. Okręcił się na ławce. Choć wydawali się stać miliony metrów od niego, niektórzy goście zatrzymali się i patrzyli na katastrofę. Facet od drinków (zakładał) ścierał na klęczkach kałużę i pozostałości katastrofy. Dobrze, że miał ścierę na stanie. Zenek tylko nie rozumiał jeszcze do końca, co się stało. Alkohol uderzał jego nozdrza. Trampkami przebierał w szkle. Spróbował się podnieść. Oparł dłoń o mokry plusz i właśnie wtedy coś go zakłuło. Opadł i spojrzał na rękę. Czerwone rozcięcie pulsowało krwią.
Biała płachta zamigotała mu przed twarzą, a on uniósł głowę. Rękawy zamigotały srebrną nicią, gdy dziewczyna wyciągała różdżkę. Nie bardzo wiedział, co się dzieje ani co mu panna wróżka chciała zrobić, więc tylko zastygł w sztywnej pozie z ustami rozwartymi jak idiota. Panna ściszyła głos, więc już nie słuchał fortepianu. Och, chciała go ubrać. W tym problem, że nie wiedział, czy patrzeć na kiecę, na jej twarz czy zamknąć oczy i przeczekać, aż wszystko się skończy. Brzęczące szklanki go ogłuszyły i tym dobitniej wybrzmiewał z każdej strony chłód marmurów, a może to kostka lodu wpadła mu za koszulę. Coś z pewnością topniało w okolicy jego serca.
— Ależ pani pięknie wygląda. — wzrokiem zawiesił się na kunsztownych haftach, które wspinały się po biodrach dziewczyny. Co to było, gałązki...? Zaraz uniósł brodę do wysokości jej twarzy. — Odpowiednich. — przemielił słowo w głowie, by mieć co mielić. W gruncie rzeczy propozycja była bardzo miła. Tak miła, że serce zabiło mu słodyczą, a policzki zaróżowiły się od kostek lodu na spodniach.
Dźwignął się na stopy, zostawiając przy okazji czerwoną plamę z ręki na pluszu. Zachybotał się na szkle, ale nic mu nie wlazło, jedynie chrupnęło pod podeszwą. Stał już naprzeciw kustoszki i zamiast na gałązki mógł patrzeć na czubek jej głowy. Pociągnął nosem, ale nadal czuł jedynie własny odór alkoholowy. L'eau de tragédie.
— To niech pani prowadzi — według kogo niby wycieczka na zaplecze mogła być mniej edukacyjna niż galeria? Za plecze, czyli gdzie? Przecież to było serce galerii. Trzymali tam szaty, pewnie zapasowe kieliszki też. Ścierki, tace, kelnerów do wysyłania z tacami po galerii, trochę mniej powietrza, może zatęchły zapach grzyba. Albo patyczki zapachowe; Zenek zapominał, że nie był już w Rejwachu.
Biała płachta zamigotała mu przed twarzą, a on uniósł głowę. Rękawy zamigotały srebrną nicią, gdy dziewczyna wyciągała różdżkę. Nie bardzo wiedział, co się dzieje ani co mu panna wróżka chciała zrobić, więc tylko zastygł w sztywnej pozie z ustami rozwartymi jak idiota. Panna ściszyła głos, więc już nie słuchał fortepianu. Och, chciała go ubrać. W tym problem, że nie wiedział, czy patrzeć na kiecę, na jej twarz czy zamknąć oczy i przeczekać, aż wszystko się skończy. Brzęczące szklanki go ogłuszyły i tym dobitniej wybrzmiewał z każdej strony chłód marmurów, a może to kostka lodu wpadła mu za koszulę. Coś z pewnością topniało w okolicy jego serca.
— Ależ pani pięknie wygląda. — wzrokiem zawiesił się na kunsztownych haftach, które wspinały się po biodrach dziewczyny. Co to było, gałązki...? Zaraz uniósł brodę do wysokości jej twarzy. — Odpowiednich. — przemielił słowo w głowie, by mieć co mielić. W gruncie rzeczy propozycja była bardzo miła. Tak miła, że serce zabiło mu słodyczą, a policzki zaróżowiły się od kostek lodu na spodniach.
Dźwignął się na stopy, zostawiając przy okazji czerwoną plamę z ręki na pluszu. Zachybotał się na szkle, ale nic mu nie wlazło, jedynie chrupnęło pod podeszwą. Stał już naprzeciw kustoszki i zamiast na gałązki mógł patrzeć na czubek jej głowy. Pociągnął nosem, ale nadal czuł jedynie własny odór alkoholowy. L'eau de tragédie.
— To niech pani prowadzi — według kogo niby wycieczka na zaplecze mogła być mniej edukacyjna niż galeria? Za plecze, czyli gdzie? Przecież to było serce galerii. Trzymali tam szaty, pewnie zapasowe kieliszki też. Ścierki, tace, kelnerów do wysyłania z tacami po galerii, trochę mniej powietrza, może zatęchły zapach grzyba. Albo patyczki zapachowe; Zenek zapominał, że nie był już w Rejwachu.
Sen jest bratem śmierci.