18.05.2026, 16:31 ✶
Żniwa dobiegły końca. Sadownicy z Doliny zebrali cały swój plon uszczuplony ogniem i popiołem Spalonej Nocy. Teraz szykowali się wszyscy do snu zimowego. Stracony był to rok dla tych, którzy polegali na darach lasu. Helloise straciła ten rok i gorzko smakowała jej ta strata nie do odrobienia, bo nigdy już nie wydarzy się ponownie rok 1972.
Odkąd przybyła w to miejsce przed piętnastu laty, ani razu nie opuściła Kniei na dłużej niż kilka dni. Las bowiem nieustannie ściągał ją ku sobie, las grasował po jej domu, a niekiedy i sama wiedźma dom wynosiła do lasu — och, jakże dziwić się musiał przechodzeń, gdy w cieniu któregoś z drzew Kniei znajdował rzeźbione skryptorium i porzucone na nim stosy ksiąg. Jestem las i w imieniu lasu mówię. Żaden zakaz ani widmo nie zniszczyły tej więzi, Helloise wciąż ściągało do jej rodowego gaju. Ludzie Ministerstwa widywali wiedźmę nie raz, jak przechadza się blisko wytyczonej granicy, i ona widywała ich. Jakże mogłaby więc nie poznać, że ta kobieta, która owego wieczora zjawiła się w objętej zakazem okolicy, nie należała wcale do delegatury rządowej.
Helloise powłóczystym krokiem zdążała w stronę intruza przez wrzosowisko, dając sobie czas na przyjrzenie się tej osobie. Długie pukle jasnych włosów czarownicy splecione w ciężki warkocz drzemały w opuszczonym kapturze szaty. Chowały się tam od wiatrów swobodnie szarpiących poły rozpiętego płaszcza, którego głębokie kieszenie obciążały malutkie, kwaśne jabłuszka. Silne jesienne podmuchy szumiały, przebiegając wierzchami dębów, i toczyły się szeroką falą przez krzewinki, kłoniąc fioletowe główki wrzosów. Smutne było to smagane wichrami miejsce, niegdyś ściągające tylu poszukujących kontaktu z naturą czarodziejów, dziś przemienione w cieniste siedlisko demonów.
— Polują tu na nas! — zawołał za plecami Ceolsige znajomy ludzki głos wśród pustkowia. — Ministerstwo!
Dopiero zbliżywszy się do tajemniczej kobiety, w świetle niknącego dnia Helloise rozpoznała Ceolsige. Swoim zwyczajem czarownica wyglądała na zupełnie niezaskoczoną, jakby od początku wiedziała, że to na Burke tu trafi.
— Co sprowadza cię tu dziś, moja droga? I dlaczego beze mnie? — zapytała ciszej tonem na wpół przebiegłym, na wpół zaintrygowanym, gdy znalazła się tuż obok koleżanki. — Wiesz przecież, że moje drzwi są zawsze otwarte na gościnę.
Zerknęła przelotnie na torbę Ceolsige, w której zniknęły papiery — niewątpliwie klucz do rozwiązania zagadki jej obecności. Lecz choć wiedźma była łasa na odpowiedzi od Burke, prędko zwróciła uwagę na co innego: w tym miejscu wszystko wydawało się spokojne. Ilekroć Helloise na przestrzeni ostatnich miesięcy podchodziła pod ścianę drzew, odzywały się w niej podskórne lęki. Las był niespokojny, a ona niepokoiła się wraz z nim. Lecz nie tutaj.
Czarownica badawczo przesunęła wzrok na drzewa i splątane zarośla rozciągające się przed nimi. Szukała znaku, że to wrażenie bezpieczeństwa jest złudzeniem. Las nie mówił jednak o niczym oprócz spokoju.
Odkąd przybyła w to miejsce przed piętnastu laty, ani razu nie opuściła Kniei na dłużej niż kilka dni. Las bowiem nieustannie ściągał ją ku sobie, las grasował po jej domu, a niekiedy i sama wiedźma dom wynosiła do lasu — och, jakże dziwić się musiał przechodzeń, gdy w cieniu któregoś z drzew Kniei znajdował rzeźbione skryptorium i porzucone na nim stosy ksiąg. Jestem las i w imieniu lasu mówię. Żaden zakaz ani widmo nie zniszczyły tej więzi, Helloise wciąż ściągało do jej rodowego gaju. Ludzie Ministerstwa widywali wiedźmę nie raz, jak przechadza się blisko wytyczonej granicy, i ona widywała ich. Jakże mogłaby więc nie poznać, że ta kobieta, która owego wieczora zjawiła się w objętej zakazem okolicy, nie należała wcale do delegatury rządowej.
Helloise powłóczystym krokiem zdążała w stronę intruza przez wrzosowisko, dając sobie czas na przyjrzenie się tej osobie. Długie pukle jasnych włosów czarownicy splecione w ciężki warkocz drzemały w opuszczonym kapturze szaty. Chowały się tam od wiatrów swobodnie szarpiących poły rozpiętego płaszcza, którego głębokie kieszenie obciążały malutkie, kwaśne jabłuszka. Silne jesienne podmuchy szumiały, przebiegając wierzchami dębów, i toczyły się szeroką falą przez krzewinki, kłoniąc fioletowe główki wrzosów. Smutne było to smagane wichrami miejsce, niegdyś ściągające tylu poszukujących kontaktu z naturą czarodziejów, dziś przemienione w cieniste siedlisko demonów.
— Polują tu na nas! — zawołał za plecami Ceolsige znajomy ludzki głos wśród pustkowia. — Ministerstwo!
Dopiero zbliżywszy się do tajemniczej kobiety, w świetle niknącego dnia Helloise rozpoznała Ceolsige. Swoim zwyczajem czarownica wyglądała na zupełnie niezaskoczoną, jakby od początku wiedziała, że to na Burke tu trafi.
— Co sprowadza cię tu dziś, moja droga? I dlaczego beze mnie? — zapytała ciszej tonem na wpół przebiegłym, na wpół zaintrygowanym, gdy znalazła się tuż obok koleżanki. — Wiesz przecież, że moje drzwi są zawsze otwarte na gościnę.
Zerknęła przelotnie na torbę Ceolsige, w której zniknęły papiery — niewątpliwie klucz do rozwiązania zagadki jej obecności. Lecz choć wiedźma była łasa na odpowiedzi od Burke, prędko zwróciła uwagę na co innego: w tym miejscu wszystko wydawało się spokojne. Ilekroć Helloise na przestrzeni ostatnich miesięcy podchodziła pod ścianę drzew, odzywały się w niej podskórne lęki. Las był niespokojny, a ona niepokoiła się wraz z nim. Lecz nie tutaj.
Czarownica badawczo przesunęła wzrok na drzewa i splątane zarośla rozciągające się przed nimi. Szukała znaku, że to wrażenie bezpieczeństwa jest złudzeniem. Las nie mówił jednak o niczym oprócz spokoju.
dotknij trawy