18.05.2026, 20:16 ✶
Palce przemknęły mu po twarzy w szybkim, niemal gorączkowym geście - sprawdzał, czy nos nadal był prosty i co najważniejsze, czy zęby nie postanowiły nagle rozpocząć samodzielnego życia gdzieś między brukiem a rynsztokiem. Dopiero po tej pobieżnej inwentaryzacji odetchnął głęboko, z ulgą tak szczerą, że aż rozbrajającą. Adrenalina była dla Lukasa tym, czym tlen dla rozsądnych ludzi. Krążyła mu we krwi zbyt ochoczo, pchała go do rzeczy głupich, widowiskowych i absolutnie niepotrzebnych, a każda nowa granica, którą można było przekroczyć na miotle, działała na niego jak osobiste zaproszenie od samospełnienia. Dlatego słowa Brenny przyjął wyłącznie szerokim, bezczelnym uśmiechem.
— Głowa cała — wydusił w końcu, lekko zachrypniętym głosem. Potarł szczękę i skrzywił się teatralnie. — Reszta zagoi się do wesela.
Spojrzał na Kitty i wypuścił powietrze nosem w czymś pomiędzy śmiechem a westchnieniem.
— A ty, następnym razem, jeśli najdzie cię ochota na romantyczną przejażdżkę… wybierz powóz. Niedaleko rynku mają konie. Znacznie mniej efektowne, owszem, ale przynajmniej rzadziej próbują zamordować pasażerów.
Dopiero wtedy odwrócił głowę, poszukując kolegi z zespołu. Widok Wilhelma był tak groteskowo doskonały, że przez krótką chwilę ból zszedł na dalszy plan. Jeszcze chwilę temu niemiecki pałkarz był ucieleśnieniem hałaśliwego triumfu, zdobywca kufli, pogromca tłuczków i prawdopodobnie utrapienie każdej karczmarki w promieniu pięciu ulic. Teraz klęczał przy własnej miotle z miną człowieka, który właśnie został brutalnie poinformowany, że wszechświat nie uważa go za głównego bohatera. Poduszka pod nim oklapła żałośnie, jak stary pies kończący służbę. Wilhelm spojrzał najpierw na ścianę. Potem na miotłę. Potem na własne ręce. W końcu podniósł się, chwiejnie i z wyraźnym protestem wszystkich kończyn, po czym ruszył w ich stronę lekkim kuśtykiem człowieka, który jeszcze nie wie, co dokładnie go boli, ale intuicyjnie czuje, że wszystko.
— Wer… wer hat mich gerettet? — zapytał chrapliwie, rozglądając się między nimi z miną religijnego nawróconego. — Wer war das?
Lukas, nadal siedzący na bruku, uniósł brew.
— Ona — powiedział z powagą godną wyroku, wskazując Brennę ruchem brody.
To wystarczyło. Wilhelm obrócił się tak gwałtownie, jakby ktoś rzucił na niego zaklęcie. Na jego twarzy najpierw pojawiła się ulga. Potem zachwyt. A zaraz po nim ten szczególny, niebezpieczny rodzaj pijackiej wdzięczności, który nie uznaje ani dystansu osobistego, ani zdrowego rozsądku.
— Du! — zawołał z przejęciem, robiąc krok w stronę Brenny. — Du hast mich gerettet! Mein Engel! Mein wunderschöner, englischer Engel!
Lukas parsknął śmiechem. Wilhelm już szedł. Nie, on nacierał. Z rozłożonymi ramionami, z miną człowieka gotowego objąć kobietę. Dotarł do Brenny i zaczął wyrzucać z siebie potok niemieckich słów z prędkością człowieka, któremu emocje właśnie wyprzedziły zdolność oddychania. Chwycił jej dłonie. A potem najwyraźniej uznał, że samo dziękuję nie oddaje głębi jego duszy, bo pochylił się z zamiarem ich ucałowania.
— Brenna — Nott rzucił, walcząc z rozbawieniem — obawiam się, że właśnie awansowałaś z ochrony do świętej patronki pijanych pałkarzy.
Uniósł spojrzenie na Wilhelma, który właśnie próbował chyba uklęknąć bardziej dramatycznie, niż pozwalała anatomia.
— Trudno powiedzieć, czy to zaszczyt, czy bardzo osobliwa klątwa.
— Głowa cała — wydusił w końcu, lekko zachrypniętym głosem. Potarł szczękę i skrzywił się teatralnie. — Reszta zagoi się do wesela.
Spojrzał na Kitty i wypuścił powietrze nosem w czymś pomiędzy śmiechem a westchnieniem.
— A ty, następnym razem, jeśli najdzie cię ochota na romantyczną przejażdżkę… wybierz powóz. Niedaleko rynku mają konie. Znacznie mniej efektowne, owszem, ale przynajmniej rzadziej próbują zamordować pasażerów.
Dopiero wtedy odwrócił głowę, poszukując kolegi z zespołu. Widok Wilhelma był tak groteskowo doskonały, że przez krótką chwilę ból zszedł na dalszy plan. Jeszcze chwilę temu niemiecki pałkarz był ucieleśnieniem hałaśliwego triumfu, zdobywca kufli, pogromca tłuczków i prawdopodobnie utrapienie każdej karczmarki w promieniu pięciu ulic. Teraz klęczał przy własnej miotle z miną człowieka, który właśnie został brutalnie poinformowany, że wszechświat nie uważa go za głównego bohatera. Poduszka pod nim oklapła żałośnie, jak stary pies kończący służbę. Wilhelm spojrzał najpierw na ścianę. Potem na miotłę. Potem na własne ręce. W końcu podniósł się, chwiejnie i z wyraźnym protestem wszystkich kończyn, po czym ruszył w ich stronę lekkim kuśtykiem człowieka, który jeszcze nie wie, co dokładnie go boli, ale intuicyjnie czuje, że wszystko.
— Wer… wer hat mich gerettet? — zapytał chrapliwie, rozglądając się między nimi z miną religijnego nawróconego. — Wer war das?
Lukas, nadal siedzący na bruku, uniósł brew.
— Ona — powiedział z powagą godną wyroku, wskazując Brennę ruchem brody.
To wystarczyło. Wilhelm obrócił się tak gwałtownie, jakby ktoś rzucił na niego zaklęcie. Na jego twarzy najpierw pojawiła się ulga. Potem zachwyt. A zaraz po nim ten szczególny, niebezpieczny rodzaj pijackiej wdzięczności, który nie uznaje ani dystansu osobistego, ani zdrowego rozsądku.
— Du! — zawołał z przejęciem, robiąc krok w stronę Brenny. — Du hast mich gerettet! Mein Engel! Mein wunderschöner, englischer Engel!
Lukas parsknął śmiechem. Wilhelm już szedł. Nie, on nacierał. Z rozłożonymi ramionami, z miną człowieka gotowego objąć kobietę. Dotarł do Brenny i zaczął wyrzucać z siebie potok niemieckich słów z prędkością człowieka, któremu emocje właśnie wyprzedziły zdolność oddychania. Chwycił jej dłonie. A potem najwyraźniej uznał, że samo dziękuję nie oddaje głębi jego duszy, bo pochylił się z zamiarem ich ucałowania.
— Brenna — Nott rzucił, walcząc z rozbawieniem — obawiam się, że właśnie awansowałaś z ochrony do świętej patronki pijanych pałkarzy.
Uniósł spojrzenie na Wilhelma, który właśnie próbował chyba uklęknąć bardziej dramatycznie, niż pozwalała anatomia.
— Trudno powiedzieć, czy to zaszczyt, czy bardzo osobliwa klątwa.