19.05.2026, 21:58 ✶
- Hej… Przepraszam… - Usłyszałem obok siebie cichy, nieśmiały głos, który zadziwiająco brutalnie wyrwał mnie z wizji seryjnego masakrowania Ślizgonów na nowej miotle. Machinalnie obróciwszy głowę, oderwałem wzrok od lśniącego aerodynamicznego ogona miotły i leniwie przeniosłem go na intruza, nadal nie przestając żuć gumy - obok mnie stała jakaś dziewczyna, na oko rok, może dwa lata młodsza i dużo niższa ode mnie, chociaż nie było to akurat żadnym osiągnięciem, ubrana w szatę, która pamiętała chyba jeszcze czasy Merlina, w dłoniach miętosiła skórzany mieszek, patrząc na mnie wielkimi, przejętymi oczami łani. - Mogłbyś... To znaczy, czy orientujesz się może w przeliczniku? - Wykrztusiła, czerwieniąc się po aż po same końcówki uszu wystających spod gęstej burzy rozwianych loków. - Muszę to pilnie wymienić na mugolskie funty, bo… Nieważne, długa historia. Po prostu powiedz mi, czy to wystarczy na jakieś dwadzieścia ichnich funtów? - Chociaż wcale nie potrzebowała się spieszyć, bo przecież jej od siebie nie odgoniłem, kompletnie plątał jej się język. Wyglądała, jakby zaraz miała się poryczeć, co prawdopodobnie powinno było wzbudzić we mnie ukryte pokłady czegoś takiego jak troskliwość, lecz tylko sprawiło, iż jeszcze wyżej uniosłem brwi.
Miałem już nawet rzucić jakimś chamskim tekstem o tym, że nie jestem terenowym punktem informacyjnym, nie dorabiam charytatywnie jako księgowy, nawet przy zamkniętych oczach nie wyglądam na urzędnika, a poza tym kalkulator to taki nowoczesny wynalazek, na który na ogół powinno być stać nawet - a może szczególnie - ludzi ubogich, ale wtedy coś przykuło moją uwagę. Monety, które bez słowa wysypała na swoją rękę, nie wyglądały właściwie, już na pierwszy rzut oka coś mi tu cholernie nie pasowało, bo zamiast gładkiego, ciężkiego złotego wykończenia o charakterystycznym połysku, miały dziwny, matowy odcień, a ich krawędzie były podejrzanie ostre. Wyciągnąłem trzy palce i bez pytania wyłuskałem dwa galeony z dłoni natrętnej pannicy - były lekkie jak piórko, nie tak chłodne jak powinny, w dodatku bardziej żółte niż zazwyczaj - przejechałem kciukiem po tłoczeniu, mrużąc oczy na jego widok. Było koślawe, krzywe i toporne, sprawiało wrażenie wyrytego scyzorykiem przez pijanego trolla, nie pochodzącego z normalnego źródła, od rzemieślnika odpowiadającego za wybijanie legalnej waluty.
- Słuchaj, laska. - Parsknąłem, rzucając jej jedną monetę z powrotem, drugą chwilowo zostawiając sobie w ramach zajęcia dla palców. - Nie wiem, skąd to masz, ale tym to możesz zapłacić co najwyżej w cyrku. To ordynarne podróbki. Zwykły, pozłacany szajs. - Podrzuciłem gówno warty „drobniak” w górę, nie dostrzegając nawet cienia błysku w słońcu, co jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, którym ją uraczyłem.
Dziewczyna momentalnie pobladła, a jej oczy zrobiły się wielkie jak galeony, z tym, że te prawdziwe…
- Co?! Niemożliwe! Jak to?! - Fuknęła, zaczynając obracać moniaki w swojej dłoni - zupełnie tak, jakby potrząsanie nimi miało nagle nadać im jakąkolwiek wartość…
- Normalnie. Kanty są za ostre, a ten typ - musnąłem czarodzieja z monety po kapeluszu, który był aż zbyt komicznie spiczasty - wygląda, jakby miał udar. Zezowaty charłak skapnąłby się, że to fałszywka. - Nie dodawałem już tego, iż te drogocenne krążki były stanowczo za lekkie, by być cokolwiek warte, nawet na złomie, nie dlatego, że nie chciałem jej dobijać - poniekąd już to przecież zrobiłem - po prostu dostrzegłem, że coś w jej głowie kliknęło na właściwe miejsce.
- To ten mały, parszywy oszust! O tam! Widzisz go?! - Bez wahania złapawszy mnie za ramię, pociągnęła materiał mojej koszuli, by następnie oskarżycielsko wskazać pomiędzy grupę czarodziejów na granicy kilku straganów. Spojrzałem w tamtym kierunku, mrużąc oczy przed ostrym słońcem - w cieniu podniszczonej markizy, niemal całkowicie zlewając się z półmrokiem zaułka, rzeczywiście majaczyła niska, przygarbiona sylwetka - gdyby nie spiczasty palec dziewczyny wycelowany oskarżycielsko w goblina, w życiu bym go nie zauważył. Istota poruszyła się nerwowo, chowając coś do kieszeni i ruszając gdzieś dalej, najpewniej po to, aby zniknąć z widoku, zanim ograbiona naiwniaczka zorientuje się, że padła ofiarą przekrętu. Sytuacja zrobiła się nagle cholernie ciekawa. Może i byłem kimś, kto na ogół nie bawił się w altruizm ani tym bardziej w bohaterskie ratowanie godności obcych ludzi, ale perspektywa zrobienia dymu goblinowi na środku Pokątnej brzmiała o niebo lepiej niż powrót do nudnych zakupów z matką. Spojrzałem na rówieśniczkę, potem na znikającego w tłumie kurdupla, a na moich ustach wykwitł ten specyficzny, bezczelny uśmiech, przez który rodzicielka regularnie dostawała szału - zapowiadało się popołudnie o wiele lepsze niż to spędzone na gapieniu się na wystawę albo przymierzaniu szat. Los naprawdę lubił urozmaicać mi codzienność, więc nie zamierzałem go zawieść.
Miałem już nawet rzucić jakimś chamskim tekstem o tym, że nie jestem terenowym punktem informacyjnym, nie dorabiam charytatywnie jako księgowy, nawet przy zamkniętych oczach nie wyglądam na urzędnika, a poza tym kalkulator to taki nowoczesny wynalazek, na który na ogół powinno być stać nawet - a może szczególnie - ludzi ubogich, ale wtedy coś przykuło moją uwagę. Monety, które bez słowa wysypała na swoją rękę, nie wyglądały właściwie, już na pierwszy rzut oka coś mi tu cholernie nie pasowało, bo zamiast gładkiego, ciężkiego złotego wykończenia o charakterystycznym połysku, miały dziwny, matowy odcień, a ich krawędzie były podejrzanie ostre. Wyciągnąłem trzy palce i bez pytania wyłuskałem dwa galeony z dłoni natrętnej pannicy - były lekkie jak piórko, nie tak chłodne jak powinny, w dodatku bardziej żółte niż zazwyczaj - przejechałem kciukiem po tłoczeniu, mrużąc oczy na jego widok. Było koślawe, krzywe i toporne, sprawiało wrażenie wyrytego scyzorykiem przez pijanego trolla, nie pochodzącego z normalnego źródła, od rzemieślnika odpowiadającego za wybijanie legalnej waluty.
- Słuchaj, laska. - Parsknąłem, rzucając jej jedną monetę z powrotem, drugą chwilowo zostawiając sobie w ramach zajęcia dla palców. - Nie wiem, skąd to masz, ale tym to możesz zapłacić co najwyżej w cyrku. To ordynarne podróbki. Zwykły, pozłacany szajs. - Podrzuciłem gówno warty „drobniak” w górę, nie dostrzegając nawet cienia błysku w słońcu, co jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, którym ją uraczyłem.
Dziewczyna momentalnie pobladła, a jej oczy zrobiły się wielkie jak galeony, z tym, że te prawdziwe…
- Co?! Niemożliwe! Jak to?! - Fuknęła, zaczynając obracać moniaki w swojej dłoni - zupełnie tak, jakby potrząsanie nimi miało nagle nadać im jakąkolwiek wartość…
- Normalnie. Kanty są za ostre, a ten typ - musnąłem czarodzieja z monety po kapeluszu, który był aż zbyt komicznie spiczasty - wygląda, jakby miał udar. Zezowaty charłak skapnąłby się, że to fałszywka. - Nie dodawałem już tego, iż te drogocenne krążki były stanowczo za lekkie, by być cokolwiek warte, nawet na złomie, nie dlatego, że nie chciałem jej dobijać - poniekąd już to przecież zrobiłem - po prostu dostrzegłem, że coś w jej głowie kliknęło na właściwe miejsce.
- To ten mały, parszywy oszust! O tam! Widzisz go?! - Bez wahania złapawszy mnie za ramię, pociągnęła materiał mojej koszuli, by następnie oskarżycielsko wskazać pomiędzy grupę czarodziejów na granicy kilku straganów. Spojrzałem w tamtym kierunku, mrużąc oczy przed ostrym słońcem - w cieniu podniszczonej markizy, niemal całkowicie zlewając się z półmrokiem zaułka, rzeczywiście majaczyła niska, przygarbiona sylwetka - gdyby nie spiczasty palec dziewczyny wycelowany oskarżycielsko w goblina, w życiu bym go nie zauważył. Istota poruszyła się nerwowo, chowając coś do kieszeni i ruszając gdzieś dalej, najpewniej po to, aby zniknąć z widoku, zanim ograbiona naiwniaczka zorientuje się, że padła ofiarą przekrętu. Sytuacja zrobiła się nagle cholernie ciekawa. Może i byłem kimś, kto na ogół nie bawił się w altruizm ani tym bardziej w bohaterskie ratowanie godności obcych ludzi, ale perspektywa zrobienia dymu goblinowi na środku Pokątnej brzmiała o niebo lepiej niż powrót do nudnych zakupów z matką. Spojrzałem na rówieśniczkę, potem na znikającego w tłumie kurdupla, a na moich ustach wykwitł ten specyficzny, bezczelny uśmiech, przez który rodzicielka regularnie dostawała szału - zapowiadało się popołudnie o wiele lepsze niż to spędzone na gapieniu się na wystawę albo przymierzaniu szat. Los naprawdę lubił urozmaicać mi codzienność, więc nie zamierzałem go zawieść.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)