20.05.2026, 09:53 ✶
Goblin zamarł na ułamek sekundy, jego wielkie, spiczaste uszy drgnęły gwałtownie niczym u wyjątkowo brzydkiej zwierzyny łownej, po czym szybkim ruchem obrócił tę swoją szkaradną, pomarszczoną gębę w moją stronę, a w czarnych jak węgiel ślepiach błysnęła czysta, jadowita wściekłość przemieszana z desperacką chęcią spierdolenia mi z pola widzenia. Zamiast całkiem się zatrzymać, podnieść ręce do góry i błagać o litość, gdyż w życiu nie był w stanie konkurować ze mną na susy do przodu - bądźmy szczerzy - skurwiel syknął tylko paskudnie, obnażając garnitur ostrych zębów, żółtych niczym sfałszowane przez niego „galeony”, następnie rzuciwszy się do desperackiej ucieczki w głąb ślepego zaułka. Nogi miał krótkie, ale popierdalał nimi jak nakręcony, osiągając całkiem imponujące tempo - wyraźnie nie było to jego pierwsze rodeo, gdyż doskonale wiedział, w jaki sposób i gdzie powinien omijać pojawiające się przed nim przeszkody, praktycznie ani razu o nic się nie potknąwszy.
Rozejrzałem się błyskawicznie, lustrując otoczenie - u wylotu przylegającej uliczki kręciło się całkiem sporo podejrzanych typów spod ciemnej gwiazdy, a z głównego traktu wciąż napływał tłum, sytuacja składała się zatem idealnie - w takim chaosie Ministerstwo mogło sobie tropić sygnatury zaklęć do usranej śmierci. Pieprzyć „Dekret o Uzasadnionych Restrykcjach wobec Niepełnoletnich Czarodziejów”, który zresztą od zawsze uważałem za idiotyczny wymysł dla strachliwych Puchonów. Nikt, absolutnie nikt nie byłby w stanie udowodnić, że to moja sprawka, byłem bezkarny i zamierzałem z tego w pełni skorzystać. Wyciągnąłem różdżkę płynnym, wyćwiczonym ruchem i bez cienia wahania wycelowałem ją w plecy uciekającego knypka, ciskając mu w dupę niewerbalnym „Depulso”.
Niewidzialna fala uderzeniowa rąbnęła delikwenta z siłą rozpędzonego kafla, odrzucając go do tyłu, choć nie do końca w sposób, którego sobie życzyłem - cóż, rzucanie czarów w biegu nie było czymś, co robiłem na co dzień, a i cel, trzeba przyznać, był wyjątkowo mikry, więc trajektoria lotu kurdupla nieco zboczyła z idealnej linii prostej. W pogoni i nagłym przypływie adrenaliny umknął mi ponadto pewien dość istotny szczegół - byłem tak cholernie skupiony na uciekającym celu, że zupełnie nie zauważyłem małej, drobnej dziewczynki, która zatrzymała się w cieniu, dokładnie pod naciągniętym nisko zadaszeniem, w kierunku którego posłałem kluczącego wcześniej goblina…
Karzeł wrzasnął piskliwie, stracił panowanie nad trajektorią ruchu własnego ciała, panicznie machając rękami, po czym z impetem uderzył o markizę, odbił się jak piłeczka, na koniec zarywając nosem w brudną płachtę i przejeżdżając tak po niej dobre dwa metry, zanim materiał pękł pod jego ciężarem. Z karykaturalnie głębokiej kieszeni bordowej kamizelki, z cudownie satysfakcjonującym, głośnym brzękiem, wysypała się przy tym cała masa matowych, najpewniej fałszywych, monet, które wystrzeliły we wszystkie strony, mieszając się z błotem i wypełniając zaułek tandetnym, na wpół metalicznym echem.
Rozejrzałem się błyskawicznie, lustrując otoczenie - u wylotu przylegającej uliczki kręciło się całkiem sporo podejrzanych typów spod ciemnej gwiazdy, a z głównego traktu wciąż napływał tłum, sytuacja składała się zatem idealnie - w takim chaosie Ministerstwo mogło sobie tropić sygnatury zaklęć do usranej śmierci. Pieprzyć „Dekret o Uzasadnionych Restrykcjach wobec Niepełnoletnich Czarodziejów”, który zresztą od zawsze uważałem za idiotyczny wymysł dla strachliwych Puchonów. Nikt, absolutnie nikt nie byłby w stanie udowodnić, że to moja sprawka, byłem bezkarny i zamierzałem z tego w pełni skorzystać. Wyciągnąłem różdżkę płynnym, wyćwiczonym ruchem i bez cienia wahania wycelowałem ją w plecy uciekającego knypka, ciskając mu w dupę niewerbalnym „Depulso”.
Niewidzialna fala uderzeniowa rąbnęła delikwenta z siłą rozpędzonego kafla, odrzucając go do tyłu, choć nie do końca w sposób, którego sobie życzyłem - cóż, rzucanie czarów w biegu nie było czymś, co robiłem na co dzień, a i cel, trzeba przyznać, był wyjątkowo mikry, więc trajektoria lotu kurdupla nieco zboczyła z idealnej linii prostej. W pogoni i nagłym przypływie adrenaliny umknął mi ponadto pewien dość istotny szczegół - byłem tak cholernie skupiony na uciekającym celu, że zupełnie nie zauważyłem małej, drobnej dziewczynki, która zatrzymała się w cieniu, dokładnie pod naciągniętym nisko zadaszeniem, w kierunku którego posłałem kluczącego wcześniej goblina…
Karzeł wrzasnął piskliwie, stracił panowanie nad trajektorią ruchu własnego ciała, panicznie machając rękami, po czym z impetem uderzył o markizę, odbił się jak piłeczka, na koniec zarywając nosem w brudną płachtę i przejeżdżając tak po niej dobre dwa metry, zanim materiał pękł pod jego ciężarem. Z karykaturalnie głębokiej kieszeni bordowej kamizelki, z cudownie satysfakcjonującym, głośnym brzękiem, wysypała się przy tym cała masa matowych, najpewniej fałszywych, monet, które wystrzeliły we wszystkie strony, mieszając się z błotem i wypełniając zaułek tandetnym, na wpół metalicznym echem.
Jak wygląda sytuacja Nory?
1 - nic się nie stało
2 - spadł na nią goblin
3 - spadła na nią płachta markizy
4 - dostała rykoszetem z monety
1 - nic się nie stało
2 - spadł na nią goblin
3 - spadła na nią płachta markizy
4 - dostała rykoszetem z monety
Rzut 1d4 - 1
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)