20.05.2026, 11:32 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.05.2026, 11:44 przez Lukas Nott.)
Lukas podniósł się powoli z bruku i otrzepał dolną część garderoby. Zerknął na Brennę, po czym nie zdołał powstrzymać rozbawionego uśmiechu.
— Danke wystarczy. Chociaż ostrzegam, że przy takim stanie emocjonalnym może uznać to za początek wielkiej przyjaźni albo zaręczyn.
Wilhelm w tym czasie znów coś wykrzyknął, tym razem jeszcze bardziej podniośle. Próbował najwyraźniej przyklęknąć na jedno kolano, ale jego własna równowaga i obolałe ciało miały wobec tego planu poważne zastrzeżenia. Lukas już otwierał usta, żeby dodać coś o tym, że niemieccy pałkarze powinni mieć zakaz romantycznych gestów po alkoholu, kiedy z tyłu dobiegł ich inny krzyk.
— Dieb!
Lukas zastygł, bardzo powoli odwracając głowę.
W ich stronę biegł niski mężczyzna, czerwony na twarzy. Jedną ręką przytrzymywał kapelusz, drugą wskazywał prosto na miotłę leżącą nieopodal Lukasa. Tę samą, którą jeszcze chwilę temu Nott wyrwał z rzędu zaparkowanych sprzętów przy wejściu.
— Mein Besen! — wrzasnął mężczyzna. — Er hat meinen Besen gestohlen!
Lukas spojrzał na miotłę. Potem na mężczyznę. Potem na Brennę.
— Technicznie rzecz biorąc... — zaczął powoli — to był stan wyższej konieczności nie?
Właściciel miotły najwyraźniej nie wyglądał na człowieka, którego zadowalały technikalia. Zza jego pleców wyłoniło się kilku kolejnych gapiów, a hałas przyciągał coraz więcej osób. Nagle cała scena zaczęła wyglądać mniej jak heroiczny finał akcji ratunkowej, a bardziej jak bardzo niekorzystnie opisany raport policyjnego. Lukas westchnął ciężko. Przesunął dłonią po twarzy, po czym cofnął się o krok, wyciągając różdżkę. Teleportacja po upadku była fatalnym pomysłem. Teleportacja po alkoholu jeszcze gorszym. Ale zostanie tutaj i tłumaczenie podchmielonemu, obcemu Niemcowi, dlaczego jego miotła została „pożyczona” do akcji ratunkowej, wydawało się pomysłem absolutnie najgorszym. Spojrzał na nadciągającego właściciela miotły, potem na różdżkę w swojej dłoni i skupił się na barze.
// Translokacja w stronę baru
Różdżka drgnęła w jego palcach, a powietrze wokół na moment zgęstniało, jakby teleportacja miała właśnie wyrwać go z tej kompromitującej sceny i przenieść prosto w bezpieczny, cudowny środek baru. Przez ułamek sekundy Lukas prawie poczuł znajome szarpnięcie pod żebrami. Prawie. Zamiast tego nic się nie stało. Stał dokładnie tam, gdzie stał wcześniej, z różdżką w dłoni, obolałym tyłkiem, pożyczoną miotłą u stóp i coraz bardziej wściekłym Niemcem biegnącym prosto na niego.
— Ich war das nicht! — krzyknął nagle, cofając się o kolejny krok. — Ich kenne diese Leute nicht!
Brzmiało to absolutnie niewiarygodnie, zwłaszcza że stał tuż obok miotły, którą przed chwilą spektakularnie przywołał, dosiadł i rozbił niemal na oczach połowy ulicy. Nie miało to jednak znaczenia. W tej konkretnej chwili prawda była dużo mniej użyteczna niż szybkie nogi. Odwrócił się gwałtownie i ruszył biegiem wzdłuż ulicy. Za plecami słyszał krzyki właściciela miotły, oburzone głosy gapiów i prawdopodobnie Wilhelma, który wciąż próbował dziękować Brennie. Lukas parsknął nerwowym śmiechem, przyspieszając. To był Berlin. Po wygranym meczu. Po pijanym locie, wilku na ulicy, kraksie w magiczną poduszkę i nieudanej teleportacji. Oczywiście, że musiało skończyć się ucieczką przed rozwścieczonym właścicielem miotły.
— Danke wystarczy. Chociaż ostrzegam, że przy takim stanie emocjonalnym może uznać to za początek wielkiej przyjaźni albo zaręczyn.
Wilhelm w tym czasie znów coś wykrzyknął, tym razem jeszcze bardziej podniośle. Próbował najwyraźniej przyklęknąć na jedno kolano, ale jego własna równowaga i obolałe ciało miały wobec tego planu poważne zastrzeżenia. Lukas już otwierał usta, żeby dodać coś o tym, że niemieccy pałkarze powinni mieć zakaz romantycznych gestów po alkoholu, kiedy z tyłu dobiegł ich inny krzyk.
— Dieb!
Lukas zastygł, bardzo powoli odwracając głowę.
W ich stronę biegł niski mężczyzna, czerwony na twarzy. Jedną ręką przytrzymywał kapelusz, drugą wskazywał prosto na miotłę leżącą nieopodal Lukasa. Tę samą, którą jeszcze chwilę temu Nott wyrwał z rzędu zaparkowanych sprzętów przy wejściu.
— Mein Besen! — wrzasnął mężczyzna. — Er hat meinen Besen gestohlen!
Lukas spojrzał na miotłę. Potem na mężczyznę. Potem na Brennę.
— Technicznie rzecz biorąc... — zaczął powoli — to był stan wyższej konieczności nie?
Właściciel miotły najwyraźniej nie wyglądał na człowieka, którego zadowalały technikalia. Zza jego pleców wyłoniło się kilku kolejnych gapiów, a hałas przyciągał coraz więcej osób. Nagle cała scena zaczęła wyglądać mniej jak heroiczny finał akcji ratunkowej, a bardziej jak bardzo niekorzystnie opisany raport policyjnego. Lukas westchnął ciężko. Przesunął dłonią po twarzy, po czym cofnął się o krok, wyciągając różdżkę. Teleportacja po upadku była fatalnym pomysłem. Teleportacja po alkoholu jeszcze gorszym. Ale zostanie tutaj i tłumaczenie podchmielonemu, obcemu Niemcowi, dlaczego jego miotła została „pożyczona” do akcji ratunkowej, wydawało się pomysłem absolutnie najgorszym. Spojrzał na nadciągającego właściciela miotły, potem na różdżkę w swojej dłoni i skupił się na barze.
// Translokacja w stronę baru
Rzut O 1d100 - 39
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Różdżka drgnęła w jego palcach, a powietrze wokół na moment zgęstniało, jakby teleportacja miała właśnie wyrwać go z tej kompromitującej sceny i przenieść prosto w bezpieczny, cudowny środek baru. Przez ułamek sekundy Lukas prawie poczuł znajome szarpnięcie pod żebrami. Prawie. Zamiast tego nic się nie stało. Stał dokładnie tam, gdzie stał wcześniej, z różdżką w dłoni, obolałym tyłkiem, pożyczoną miotłą u stóp i coraz bardziej wściekłym Niemcem biegnącym prosto na niego.
— Ich war das nicht! — krzyknął nagle, cofając się o kolejny krok. — Ich kenne diese Leute nicht!
Brzmiało to absolutnie niewiarygodnie, zwłaszcza że stał tuż obok miotły, którą przed chwilą spektakularnie przywołał, dosiadł i rozbił niemal na oczach połowy ulicy. Nie miało to jednak znaczenia. W tej konkretnej chwili prawda była dużo mniej użyteczna niż szybkie nogi. Odwrócił się gwałtownie i ruszył biegiem wzdłuż ulicy. Za plecami słyszał krzyki właściciela miotły, oburzone głosy gapiów i prawdopodobnie Wilhelma, który wciąż próbował dziękować Brennie. Lukas parsknął nerwowym śmiechem, przyspieszając. To był Berlin. Po wygranym meczu. Po pijanym locie, wilku na ulicy, kraksie w magiczną poduszkę i nieudanej teleportacji. Oczywiście, że musiało skończyć się ucieczką przed rozwścieczonym właścicielem miotły.
Koniec sesji