21.05.2026, 21:51 ✶
Niczym niepohamowane parsknięcie, które wyrwało się z moich ust, było chyba najbardziej szczerym wyrazem solidarności, na jaki mogłem się zdobyć w tych realiach. Prychnąłem cicho, a na moje usta wypłynął ten sam, niezmiennie krzywy i nieco cyniczny uśmiech, kiedy Gerda z tak rozbrajającą trafnością podsumowała charakterologiczny profil medyków. Miała cholerną rację - ci ludzie potrafili być gorsi niż cała chmara rozwścieczonych widłowęży, zwłaszcza gdy w grę wchodziło puszczanie mimo uszu ich zaleceń lekarskich - posiadanie uzdrowiciela w domu, zwłaszcza takiego z osobistym i całkowicie uzasadnionym prawem do wypytywania człowieka o każdą nową bliznę, drastycznie zmieniało komfort chorowania.
- Szebyś wiedziała. - Palnąłem od razu, chociaż - bynajmniej - przecież doskonale zdawała sobie sprawę z tego, z czym to się jadło. - Ani sekundy spokoju. Człowiek chciałby po plostu wstaś, otszepaś się s… Kulwa… Klwi i iść dalej lobiś swoje, a zdesza się ze ścianą i wykładem o pelfolasji nasządów. - Żenada… Potrząsnąłem głową już na samo wspomnienie leżenia w łóżku przez tyle długich, długaśnych dni i jeszcze gorszych nocy. - Splóbuj się zbuntowaś, to nie tylko dostaniesz szlaban na opuszczanie łószka, a i taki zestaw eliksilów, po któlym pszes tydzień będziesz widzieś testlale na lószowo. Ale… - Zawiesiłem na chwilę głos, moje spojrzenie złagodniało w sposób, jaki dawny Benjy Fenwick prawdopodobnie uznałby za słabość. - Ma to tesz swoje doble stlony. - Wzruszyłem lekko ramionami, gdyż wizja tego, że ten stan rzeczy będzie wracał niczym bumerang przy każdej kolejnej akcji, była równie pewna co podatki czy to, że w ministerstwie pracowali prawie sami idioci, taki lajf, oboje wiedzieliśmy, na co się pisaliśmy, i raczej żadne z nas nie zamierzało nagle przerzucić się na hodowlę bydła i bezpieczne zbieranie ziółek na prowincji, nawet jeśli Geraldine twierdziła, że wiejska sielanka zaskakująco dobrze jej służyła.
Kiedy odpowiedziała mi na pytanie dotyczące swojej aklimatyzacji na wsi, mówiąc o tym, że ku własnemu zaskoczeniu odnalazła tam spokój, zmierzyłem ją uważnym wzrokiem. Trudno mi było wyobrazić ją sobie karmiącą kury czy sadzącą rzepę, ale rozumiałem ten mechanizm - sam po powrocie z Rumunii szukałem stałego gruntu pod nogami, odnajdując go w najmniej oczekiwany sposób. Byliśmy pod tym kątem do siebie podobni, może nawet bardziej niż chciałbym przyznać, byle tylko limit szczęścia nie wyczerpał się nam obojgu w tym samym momencie.
- Cieszy mnie to. Naplawdę. - Powiedziałem całkiem szczerze, rezygnując na moment z ironicznego tonu. Odnotowałem to machnięcie ręką, ten subtelny gest rezygnacji z miejskiego blichtru - to miało sens, na dłuższą metę, gdyż ludzie tacy jak my potrzebowali przestrzeni, żeby nie zwariować, nawet jeśli geny Yaxleyów czy specyfika obranej przez nas ścieżki życiowej pchały nas czasem w najbardziej obskurne zaułki Londynu. Mało kto z naszych kręgów potrafił w porę zwolnić i docenić, że ma dokąd wracać, dobrze, że Gerda i Roise potrafili stworzyć dla siebie takie miejsce.
- Jasne. Skolo staly Yaxley plosi, to się nie odmawia. - Skomentowałem krótko jej wzmiankę o przesyłce. Sam aż nazbyt dobrze rozumiałem, co to znaczy mieć zobowiązania, z których nie można było się ot tak wypisać. Szacunek do ludzi godnych szacunku i nawiązywanych z nimi układów miałem we krwi, więc jej lojalność wobec ojca była dla mnie czymś absolutnie naturalnym. Szanowałem to, szczególnie odkąd zauważyłem, iż dla Yaxleyów krew zawsze była gęstsza od wody.
Prawdziwe zainteresowanie wzbudziła we mnie jednak dopiero zapowiedź nowego zlecenia - na dźwięk słów „Zakazany Las” i „Hogwart” drgnęła mi brew, a w oczach błysnęło czyste zaintrygowanie.
- Zakazany Las? Hogwalt? - Powtórzyłem, lekko przekrzywiwszy głowę. - Jeśli pytasz, czy tęsknię za wlószbialstwem i tlansmutacją, to niezbyt. Był moment, kiedy najchętniej spaliłbym tę budę lasem s dylem i jego świętoszkowatą kadlą - przyznałem bez ogródek - ale telen… Jak mam byś szczely, to całkiem niezły plac zabaw. - Stare śmieci bywały całkiem dochodowe, a tamtejsza puszcza kryła rzeczy, za które tutejsi kupcy daliby sobie uciąć rękę. Albo komuś innemu… To drugie jeszcze bardziej. - Byle tylko tym lasem obyło się bez… No, wiesz, flaków na wieszchu. - Nagle urwałem, moja uwaga, dotychczas skupiona wyłącznie na Geraldine, błyskawicznie przeniosła się w inne miejsce… Zanim zdążyłem zapytać o naturę tego zlecenia, chłodne powietrze rozdarł nietypowy, głośny gwar. Moje mięśnie drgnęły, a uwaga natychmiast przeniosła się na koniec alejki, skąd dobiegł hałas - przerwałem wpół słowa, spojrzeniem natychmiast powędrowawszy w stronę winkla pobliskiego, mocno nadszarpniętego zębem czasu budynku, skąd - zaledwie kilkanaście jardów od nas - wyłoniła się dziwna procesja. Ludzie i nieludzie. Razem. Na Nokturnie. Cała grupa w warunkach tego miejsca wyglądała wręcz groteskowo. Czarodzieje ramię w ramię z goblinami? I to nie w Gringottcie, nie przy podpisywaniu oficjalnych glejtów, ale tutaj, w tym syfie, prowadząc głośną, jawną dyskusję? To nie pasowało do tutejszego krajobrazu, na Nokturnie interesy załatwiało się szeptem, pod osłoną półmroku, z ręką na rękojeści różdżki, a nie robiąc wokół siebie raban na pół ulicy. Moje oczy momentalnie się zwęziły, odruchowo cofnąłem się o pół kroku, wtapiając się głębiej w cień rzucany przez odrapany balkon nad parapetem, przy którym stała Gerda. Moja dłoń, ukryta w kieszeni płaszcza, bezwiednie zacisnęła się na chłodnym drewnie różdżki. Zgiełk zbliżał się zaskakująco szybko, chociaż podmuchy targały połami ich ubrań i rozpraszały dźwięki, nietypowa grupa była zbyt podniecona, by dbać o dyskrecję. Było ich pięciu - trzech czarodziejów w ciemnych, podróżnych szatach, podszytych grubym materiałem oraz dwa gobliny, z których jeden wymachiwał chudymi łapskami z taką pasją, jakby zaraz miał komuś wydłubać oko długim, zakrzywionym pazurem. Atmosfera między nimi była gęsta i aż nadto wyczuwalna. Nadstawiłem uszu, próbując wyłowić z szumu lodowatego wiatru i pokrzykiwań pojedyncze słowa, zanim tamci zrównają się z naszą miejscówką.
- Szebyś wiedziała. - Palnąłem od razu, chociaż - bynajmniej - przecież doskonale zdawała sobie sprawę z tego, z czym to się jadło. - Ani sekundy spokoju. Człowiek chciałby po plostu wstaś, otszepaś się s… Kulwa… Klwi i iść dalej lobiś swoje, a zdesza się ze ścianą i wykładem o pelfolasji nasządów. - Żenada… Potrząsnąłem głową już na samo wspomnienie leżenia w łóżku przez tyle długich, długaśnych dni i jeszcze gorszych nocy. - Splóbuj się zbuntowaś, to nie tylko dostaniesz szlaban na opuszczanie łószka, a i taki zestaw eliksilów, po któlym pszes tydzień będziesz widzieś testlale na lószowo. Ale… - Zawiesiłem na chwilę głos, moje spojrzenie złagodniało w sposób, jaki dawny Benjy Fenwick prawdopodobnie uznałby za słabość. - Ma to tesz swoje doble stlony. - Wzruszyłem lekko ramionami, gdyż wizja tego, że ten stan rzeczy będzie wracał niczym bumerang przy każdej kolejnej akcji, była równie pewna co podatki czy to, że w ministerstwie pracowali prawie sami idioci, taki lajf, oboje wiedzieliśmy, na co się pisaliśmy, i raczej żadne z nas nie zamierzało nagle przerzucić się na hodowlę bydła i bezpieczne zbieranie ziółek na prowincji, nawet jeśli Geraldine twierdziła, że wiejska sielanka zaskakująco dobrze jej służyła.
Kiedy odpowiedziała mi na pytanie dotyczące swojej aklimatyzacji na wsi, mówiąc o tym, że ku własnemu zaskoczeniu odnalazła tam spokój, zmierzyłem ją uważnym wzrokiem. Trudno mi było wyobrazić ją sobie karmiącą kury czy sadzącą rzepę, ale rozumiałem ten mechanizm - sam po powrocie z Rumunii szukałem stałego gruntu pod nogami, odnajdując go w najmniej oczekiwany sposób. Byliśmy pod tym kątem do siebie podobni, może nawet bardziej niż chciałbym przyznać, byle tylko limit szczęścia nie wyczerpał się nam obojgu w tym samym momencie.
- Cieszy mnie to. Naplawdę. - Powiedziałem całkiem szczerze, rezygnując na moment z ironicznego tonu. Odnotowałem to machnięcie ręką, ten subtelny gest rezygnacji z miejskiego blichtru - to miało sens, na dłuższą metę, gdyż ludzie tacy jak my potrzebowali przestrzeni, żeby nie zwariować, nawet jeśli geny Yaxleyów czy specyfika obranej przez nas ścieżki życiowej pchały nas czasem w najbardziej obskurne zaułki Londynu. Mało kto z naszych kręgów potrafił w porę zwolnić i docenić, że ma dokąd wracać, dobrze, że Gerda i Roise potrafili stworzyć dla siebie takie miejsce.
- Jasne. Skolo staly Yaxley plosi, to się nie odmawia. - Skomentowałem krótko jej wzmiankę o przesyłce. Sam aż nazbyt dobrze rozumiałem, co to znaczy mieć zobowiązania, z których nie można było się ot tak wypisać. Szacunek do ludzi godnych szacunku i nawiązywanych z nimi układów miałem we krwi, więc jej lojalność wobec ojca była dla mnie czymś absolutnie naturalnym. Szanowałem to, szczególnie odkąd zauważyłem, iż dla Yaxleyów krew zawsze była gęstsza od wody.
Prawdziwe zainteresowanie wzbudziła we mnie jednak dopiero zapowiedź nowego zlecenia - na dźwięk słów „Zakazany Las” i „Hogwart” drgnęła mi brew, a w oczach błysnęło czyste zaintrygowanie.
- Zakazany Las? Hogwalt? - Powtórzyłem, lekko przekrzywiwszy głowę. - Jeśli pytasz, czy tęsknię za wlószbialstwem i tlansmutacją, to niezbyt. Był moment, kiedy najchętniej spaliłbym tę budę lasem s dylem i jego świętoszkowatą kadlą - przyznałem bez ogródek - ale telen… Jak mam byś szczely, to całkiem niezły plac zabaw. - Stare śmieci bywały całkiem dochodowe, a tamtejsza puszcza kryła rzeczy, za które tutejsi kupcy daliby sobie uciąć rękę. Albo komuś innemu… To drugie jeszcze bardziej. - Byle tylko tym lasem obyło się bez… No, wiesz, flaków na wieszchu. - Nagle urwałem, moja uwaga, dotychczas skupiona wyłącznie na Geraldine, błyskawicznie przeniosła się w inne miejsce… Zanim zdążyłem zapytać o naturę tego zlecenia, chłodne powietrze rozdarł nietypowy, głośny gwar. Moje mięśnie drgnęły, a uwaga natychmiast przeniosła się na koniec alejki, skąd dobiegł hałas - przerwałem wpół słowa, spojrzeniem natychmiast powędrowawszy w stronę winkla pobliskiego, mocno nadszarpniętego zębem czasu budynku, skąd - zaledwie kilkanaście jardów od nas - wyłoniła się dziwna procesja. Ludzie i nieludzie. Razem. Na Nokturnie. Cała grupa w warunkach tego miejsca wyglądała wręcz groteskowo. Czarodzieje ramię w ramię z goblinami? I to nie w Gringottcie, nie przy podpisywaniu oficjalnych glejtów, ale tutaj, w tym syfie, prowadząc głośną, jawną dyskusję? To nie pasowało do tutejszego krajobrazu, na Nokturnie interesy załatwiało się szeptem, pod osłoną półmroku, z ręką na rękojeści różdżki, a nie robiąc wokół siebie raban na pół ulicy. Moje oczy momentalnie się zwęziły, odruchowo cofnąłem się o pół kroku, wtapiając się głębiej w cień rzucany przez odrapany balkon nad parapetem, przy którym stała Gerda. Moja dłoń, ukryta w kieszeni płaszcza, bezwiednie zacisnęła się na chłodnym drewnie różdżki. Zgiełk zbliżał się zaskakująco szybko, chociaż podmuchy targały połami ich ubrań i rozpraszały dźwięki, nietypowa grupa była zbyt podniecona, by dbać o dyskrecję. Było ich pięciu - trzech czarodziejów w ciemnych, podróżnych szatach, podszytych grubym materiałem oraz dwa gobliny, z których jeden wymachiwał chudymi łapskami z taką pasją, jakby zaraz miał komuś wydłubać oko długim, zakrzywionym pazurem. Atmosfera między nimi była gęsta i aż nadto wyczuwalna. Nadstawiłem uszu, próbując wyłowić z szumu lodowatego wiatru i pokrzykiwań pojedyncze słowa, zanim tamci zrównają się z naszą miejscówką.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)