24.05.2026, 11:47 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.05.2026, 11:48 przez Benjy Fenwick.)
Nocne powietrze nad pogrążonym w ciemnościach miastem pachniało deszczem, rzeką i tą specyficzną dymną nutą, która wisiała nad stolicą od pamiętnej nocy pożarów - nie był to wyłącznie zapach palonego drewna kominkowego, tylko coś głębszego, bardziej wżartego w mury, nawet jeśli z zewnątrz wszystko wydawało się być czyste, odświeżone, odbudowane i naprawione. Marzyłem tylko o suchym ubraniu i szklance czegoś ciepłego, mając za sobą dosyć długi dzień pracy w dokach, pogrążony w mroku Londyn rzadko jednak szafował spokojem, więc zamiast tego dostałem to… Znowu…
Gdy tylko skręciłem w słabo oświetloną uliczkę, moje mięśnie momentalnie stężały, samoistnie się napinając, jeszcze zanim oczy wskazały mi źródło niepokoju - światło latarni wyłowiło z mroku sylwetki, których widok natychmiast postawił mnie na nogi. W blasku lampy, zaledwie kilkanaście kroków przede mną, rozgrywała się scena jak z najbardziej schematycznego, gotyckiego przedstawienia w the Globe. Krew na kobiecej szyi błyszczała szkarłatnie w chorobliwym, żółtawym blasku, nad nią natomiast pochylał się wampir - klasyka londyńskiego folkloru wypełzającego na światło księżyca w najmniej odpowiednim momencie… Tym razem nie był to jednak byle jaki egzemplarz krwiopijcy - kojarzyłem tego typa, wystarczyło mi jedno spojrzenie na jego wysoką, komicznie ostrą sylwetkę - napatoczyłem się na niego parę tygodni temu na Nokturnie, gdzie w niemal identyczny sposób, odstawiając dokładnie ten sam teatr, bez cienia wstydu, urządzał sobie darmowy bufet.
No nie wierzę, stwierdziłem wewnętrznie, chociaż na usta cisnęło mi się o wiele gorsze słowo, gdyż wystarczyło kolejne spojrzenie, abym zorientował się, iż w jednej z pozostałych ról głównych w dramacie noir obsadzono osobę, której wolałbym tam nie zobaczyć. Merlinie, daj mi siłę, pomyślałem zrezygnowany, natychmiast przyspieszając kroku i wsuwając dłoń do kieszeni płaszcza, gdzie spoczywała moja różdżka, czując, jak adrenalina uderza mi do głowy. Mimo odległości, jaka nas dzieliła, byłem gotowy rzucić zaklęcie tarczy, zanim ten potwór chociażby drgnął w jej stronę. Jako klątwołamacz widziałem w życiu różne rodzaje ryzyka, ale pakowanie się między spragnionego krwiopijcę a jego obiad - nawet jeśli obiad wyglądał na dziwnie zadowolony z obrotu spraw - było na szczycie listy rzeczy skrajnie nie do robienia, gdy nie miało się z krwiopijcą praktycznie żadnych, logicznie podyktowanych szans. Klasyczna Nora Figg - zbyt dobra, by odwrócić wzrok, i zbyt odważna na własne nieszczęście - dziewczyna miała wielkie serce, ale zero instynktu samozachowawczego.
Wampir tymczasem uniósł głowę, oblizał zakrwawione wargi i zmierzył ją obojętnym, niemal znudzonym spojrzeniem.
- Nie ma tu czego szukać. - Fuknął lodowatym głosem, odciągając dziewczynę lekko za siebie, jakby chciał zasłonić swój prywatny zapas żywności. - Wszystko dzieje się za obopólną zgodą. Ona tego chciała. - Spojrzał na nią z wyższością, zupełnie niezmieszany, ewidentnie mając głęboko gdzieś to, iż Kodeks Tajności zabraniał mu afiszować się dietą na środku ulicy.
Gdy tylko skręciłem w słabo oświetloną uliczkę, moje mięśnie momentalnie stężały, samoistnie się napinając, jeszcze zanim oczy wskazały mi źródło niepokoju - światło latarni wyłowiło z mroku sylwetki, których widok natychmiast postawił mnie na nogi. W blasku lampy, zaledwie kilkanaście kroków przede mną, rozgrywała się scena jak z najbardziej schematycznego, gotyckiego przedstawienia w the Globe. Krew na kobiecej szyi błyszczała szkarłatnie w chorobliwym, żółtawym blasku, nad nią natomiast pochylał się wampir - klasyka londyńskiego folkloru wypełzającego na światło księżyca w najmniej odpowiednim momencie… Tym razem nie był to jednak byle jaki egzemplarz krwiopijcy - kojarzyłem tego typa, wystarczyło mi jedno spojrzenie na jego wysoką, komicznie ostrą sylwetkę - napatoczyłem się na niego parę tygodni temu na Nokturnie, gdzie w niemal identyczny sposób, odstawiając dokładnie ten sam teatr, bez cienia wstydu, urządzał sobie darmowy bufet.
No nie wierzę, stwierdziłem wewnętrznie, chociaż na usta cisnęło mi się o wiele gorsze słowo, gdyż wystarczyło kolejne spojrzenie, abym zorientował się, iż w jednej z pozostałych ról głównych w dramacie noir obsadzono osobę, której wolałbym tam nie zobaczyć. Merlinie, daj mi siłę, pomyślałem zrezygnowany, natychmiast przyspieszając kroku i wsuwając dłoń do kieszeni płaszcza, gdzie spoczywała moja różdżka, czując, jak adrenalina uderza mi do głowy. Mimo odległości, jaka nas dzieliła, byłem gotowy rzucić zaklęcie tarczy, zanim ten potwór chociażby drgnął w jej stronę. Jako klątwołamacz widziałem w życiu różne rodzaje ryzyka, ale pakowanie się między spragnionego krwiopijcę a jego obiad - nawet jeśli obiad wyglądał na dziwnie zadowolony z obrotu spraw - było na szczycie listy rzeczy skrajnie nie do robienia, gdy nie miało się z krwiopijcą praktycznie żadnych, logicznie podyktowanych szans. Klasyczna Nora Figg - zbyt dobra, by odwrócić wzrok, i zbyt odważna na własne nieszczęście - dziewczyna miała wielkie serce, ale zero instynktu samozachowawczego.
Wampir tymczasem uniósł głowę, oblizał zakrwawione wargi i zmierzył ją obojętnym, niemal znudzonym spojrzeniem.
- Nie ma tu czego szukać. - Fuknął lodowatym głosem, odciągając dziewczynę lekko za siebie, jakby chciał zasłonić swój prywatny zapas żywności. - Wszystko dzieje się za obopólną zgodą. Ona tego chciała. - Spojrzał na nią z wyższością, zupełnie niezmieszany, ewidentnie mając głęboko gdzieś to, iż Kodeks Tajności zabraniał mu afiszować się dietą na środku ulicy.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)