24.05.2026, 18:02 ✶
Chłodny powiew wiatru, niosący ze sobą zapach wilgoci i stęchlizny, tak typowej dla tego miejsca, zmierzwił mi włosy. Cicho parsknąłem nosem, poprawiając kołnierz płaszcza, gdyż chłód Nokturnu zaczął powoli wdzierać się pod gruby materiał. Moje usta nieznacznie wykrzywiły się w typowym dla mnie, denerwującym, acz tym razem odrobinę bezsilnym uśmiechu na samo wspomnienie tamtych specyfików, którymi po ataku wilkołaka faszerowano mnie przy lada okazji. Człowiek myśli, że ma własne zdanie, a potem budzi się rano, grzecznie przełyka to świństwo i jeszcze dziękuje, że nie dostał gorszego…
Słowa o kimś, kto czeka w domu, uderzyły w nieco inną, gęstszą strunę naszej rozmowy. Przestałem obracać rzemyk wokół nadgarstka ukrytego wraz z ręką w głębokiej kieszeni i spojrzałem na nią uważniej.
- To akulat plawda, choś bszmi to… - Nie dokończyłem, nawet nie próbowałem, wystarczyło, że krótko pokręciwszy głową, prychnąłem, przenosząc wzrok na kołyszący się nad naszymi głowami, zardzewiały szyld sklepu. Człowiek staje się strasznie ostrożny, kiedy uświadomi sobie, że jego nagła śmierć mogłaby komuś popsuć doskonale zaplanowany wieczór albo, co gorsza, całe życie - to uwiązanie bywało ciężkie, niosło wiele trudnych myśli i decyzji, które nie mogły już opierać się wyłącznie na niezależności i chęci przygody, ale na swój sposób trzymało w pionie, gdy wszystko dokoła zaczynało się sypać, zdążyłem się już o tym przekonać. Nie wątpiłem, że Geraldine również.
- Masz lasję, zalas oboje zaczniemy lysześ jak pensjonalki ze szkoły dla panien s doblych domów. - Rzuciłem z rozbawieniem, szturchając ją lekko ramieniem - Niedoczekanie, nie. - Mruknąłem pod nosem, wciąż z lekkim, kpiącym uśmieszkiem, chętnie podchwytując jej nagłą chęć ucieczki od tej sentymentalnej pułapki, w którą niechcący wpadliśmy. Rozumiałem jej potrzebę ucięcia tematu, bo Nokturn z całą swoją zapyziałą, niebezpieczną otoczką nie był miejscem na rozczulanie się nad rodzinnym szczęściem, a poza tym oboje mieliśmy zbyt wiele dumy, by pozwolić sobie na publiczne okazywanie miękkości. Cieszyłem się jednak jej szczęściem, autentycznie i bez cienia tej toksycznej zawiści, którą tak często widywało się wśród rodów czystej krwi, w których każdy sukces kuzyna był traktowany jak osobista potwarz i powód do knucia intryg. U nas było inaczej, może dlatego, że oboje przeszliśmy zbyt wiele, by marnować energię na tak przyziemne i podłe emocje.
Kwestia jej ojca i rodziny zawsze była dla mnie skomplikowana, ale szanowałem jej lojalność, nawet jeśli na ogół sam miałem zupełnie inne podejście do autorytetów, tym bardziej już do rodzicielskich nakazów. W moim własnym rodzie byłem tym, który latami szukał bocznych drzwi i uciekł przez okno, gdy dom zaczął płonąć, mimo to, w głębi duszy rozumiałem ten ciężar, presję krwi, czasami nieznośną a czasami - jak w przypadku Greengrass-Yaxley - będącą powodem do noszenia się z dumą. Presję, warto dodać, która wiązała nas mocniej niż jakiekolwiek zaklęcia więżące, nawet jeśli los bywał tak cholernie przewrotny, prowadząc nas na różne nieprzewidziane ścieżki.
Kto by na przykład pomyślał, iż po latach staniemy się do siebie całkiem… Podobni w naszej inności…
Jednak kiedy wspomniała o swoim zamiłowaniu do transmutacji, mój żołądek zwinął się w dobrze znany supeł niechęci, przypomniały mi się te wszystkie zmarnowane godziny i surowy wzrok McGonagall, kiedy zamiast idealnego kielicha z myszy wychodziło mi coś, co przypominało owłosiony nocnik. Moje szkolne lata z tym przedmiotem to była jedna wielka katastrofa, pasmo szlabanów i wiecznych awantur o to, że zamiast skupić się na teorii, wolałem sprawdzać, jak spektakularnie można coś wysadzić w powietrze. Zawsze uważałem, że zmienianie jednych rzeczy w drugie to oszukiwanie natury i strata czasu, zresztą z moją cierpliwością i tak zaraz wszystko stawało w płomieniach. Wolałem eliksiry albo obronę, przynajmniej można było coś wysadzić legalnie.
- Jasne. Mów sobie. - Skrzywiłem się lekko, gdy przypomniałem sobie sam zamek i te wieczne ograniczenia, które na nas nakładano, zawsze szukałem drogi ujścia dla swojej energii poza murami, co rusz lądując w samym środku kłopotów. Oparłem się plecami o chłodny kamień, krzyżując ręce na piersi i wodząc wzrokiem po ciemnych zakamarkach ulicy. Wspomnienia z Hogwartu zawsze wywoływały we mnie mieszane uczucia - z jednej strony kumple i mecze Quidditcha, z drugiej wieczna chęć rozniesienia tego miejsca od środka.
Jeśli chodziło o flaki, cóż, w miejscach takich jak Zakazany Las czy właśnie Nokturn, anatomiczne prawdy potrafiły być rzeczą niezwykle płynną.
- Obyś miała lasję, bo szkoda by było znowu psuś tak dobsze sklojony płaszcz. Ledwo go wywabiłem. - Skwitowałem krótko, nie rozwijając tematu, bo naszą uwagę przykuło coś znacznie bardziej niepokojącego. Ulica, zazwyczaj będąca schronieniem dla ludzkich mętów, czarnoksiężników i handlarzy nielegalnymi artefaktami, teraz zaroiła się od stworzeń, których widoku szczerze i z całego serca nienawidziłem. Zmrużyłem oczy, obserwując nietypową mieszankę czarodziejów i goblinów wykrzykujących coś o buncie, niesprawiedliwości i kontroli nad Gringottem.
Gobliny… Nie znosiłem ich - nie znosiłem ich rzekomej wyższości, wiecznego focha na cały czarodziejski świat, chciwości ukrytej pod płaszczykiem bankierskiej rzetelności i tej parszywej, zakłamanej dumy, która co kilka dekad pchała ich do wywoływania krwawych, bezsensownych buntów. Hałaśliwa grupa, która wyrosła nagle z cienia, zepsuła resztki spokojnej atmosfery - Nokturn nigdy nie był bezpiecznym miejscem, ale to, co działo się teraz, przekraczało granice zwykłej, codziennej anarchii panującej w tej dzielnicy. Już myślałem, że skoro wyglądaliśmy jak wyglądaliśmy, dyskutanci chociaż postanowią minąć nas bokiem… I wtedy jeden z nich, zdecydowanie najbardziej wyszczekany z goblinów, z gębą pełną ostrych jak szpilki zębów, zwrócił się bezpośrednio do mnie, szeroko otwierając niewyparzoną paszczę - jego oddech cuchnął tanim alkoholem i surowym mięsem, czułem to, nawet jeśli koleś ział mi prosto w okolicę pępka. Powoli, z najwyższą, ostentacyjną wręcz pogardą, zlustrowałem niską sylwetkę rozmówcy, zatrzymując wzrok na brudnych pazurach, po czym przeniosłem go z powrotem na te małe, chciwe ślepia. Oczekiwał aprobaty. Mojej aprobaty. Nie cierpiałem, gdy ktoś naruszał moją przestrzeń, a już na pewno nie tolerowałem, gdy robił to bezczelny stwór, który najwyraźniej szukał taniego poklasku u swoich kumpli.
- Wydaje mi się, kolego - zacząłem, cedząc każde słowo z nietypowym dla siebie spokojem, choć w moim głosie kryła się groźba, której nie sposób było przegapić - sze pomyliłeś adlesy. Pilnuj swojego nosa i swoich splaw, a biznesy zostaw tym, któszy faktycznie mają na nie wpływ. - Skwitowałem bez wahania, po czym odepchnąłem się powoli od ściany, prostując sylwetkę, by moja przewaga wzrostu była aż nadto widoczna, nie zamierzałem dać się podejść na własnym terenie. Spojrzałem na niego z góry, z chłodnym, absolutnie obojętnym wyrazem twarzy, tłumiąc w sobie ochotę, by po prostu odepchnąć go różdżką. - Czalodzieje i ich intelesy to jedyna szesz, któla tszyma ten wasz mały, podziemny światek w jakiejkolwiek kupie, więc na twoim miejscu zamknąłbym pysk i wlacał do liczenia cudzych monet, zanim pszypomnisz sobie, dlaczego popszednie bunty zawsze kończyły się dla was tak samo. - Nie byłem krasomówcą, nie zamierzałem wdawać się w polityczne dysputy na środku ulicy z kimś, kto sięgał mi ledwo do pasa, ale zuchwałość tego stworzenia przekraczała wszelkie granice, a ulica bywała śliska, zwłaszcza dla kogoś z tak krótkimi nogami.
Słowa o kimś, kto czeka w domu, uderzyły w nieco inną, gęstszą strunę naszej rozmowy. Przestałem obracać rzemyk wokół nadgarstka ukrytego wraz z ręką w głębokiej kieszeni i spojrzałem na nią uważniej.
- To akulat plawda, choś bszmi to… - Nie dokończyłem, nawet nie próbowałem, wystarczyło, że krótko pokręciwszy głową, prychnąłem, przenosząc wzrok na kołyszący się nad naszymi głowami, zardzewiały szyld sklepu. Człowiek staje się strasznie ostrożny, kiedy uświadomi sobie, że jego nagła śmierć mogłaby komuś popsuć doskonale zaplanowany wieczór albo, co gorsza, całe życie - to uwiązanie bywało ciężkie, niosło wiele trudnych myśli i decyzji, które nie mogły już opierać się wyłącznie na niezależności i chęci przygody, ale na swój sposób trzymało w pionie, gdy wszystko dokoła zaczynało się sypać, zdążyłem się już o tym przekonać. Nie wątpiłem, że Geraldine również.
- Masz lasję, zalas oboje zaczniemy lysześ jak pensjonalki ze szkoły dla panien s doblych domów. - Rzuciłem z rozbawieniem, szturchając ją lekko ramieniem - Niedoczekanie, nie. - Mruknąłem pod nosem, wciąż z lekkim, kpiącym uśmieszkiem, chętnie podchwytując jej nagłą chęć ucieczki od tej sentymentalnej pułapki, w którą niechcący wpadliśmy. Rozumiałem jej potrzebę ucięcia tematu, bo Nokturn z całą swoją zapyziałą, niebezpieczną otoczką nie był miejscem na rozczulanie się nad rodzinnym szczęściem, a poza tym oboje mieliśmy zbyt wiele dumy, by pozwolić sobie na publiczne okazywanie miękkości. Cieszyłem się jednak jej szczęściem, autentycznie i bez cienia tej toksycznej zawiści, którą tak często widywało się wśród rodów czystej krwi, w których każdy sukces kuzyna był traktowany jak osobista potwarz i powód do knucia intryg. U nas było inaczej, może dlatego, że oboje przeszliśmy zbyt wiele, by marnować energię na tak przyziemne i podłe emocje.
Kwestia jej ojca i rodziny zawsze była dla mnie skomplikowana, ale szanowałem jej lojalność, nawet jeśli na ogół sam miałem zupełnie inne podejście do autorytetów, tym bardziej już do rodzicielskich nakazów. W moim własnym rodzie byłem tym, który latami szukał bocznych drzwi i uciekł przez okno, gdy dom zaczął płonąć, mimo to, w głębi duszy rozumiałem ten ciężar, presję krwi, czasami nieznośną a czasami - jak w przypadku Greengrass-Yaxley - będącą powodem do noszenia się z dumą. Presję, warto dodać, która wiązała nas mocniej niż jakiekolwiek zaklęcia więżące, nawet jeśli los bywał tak cholernie przewrotny, prowadząc nas na różne nieprzewidziane ścieżki.
Kto by na przykład pomyślał, iż po latach staniemy się do siebie całkiem… Podobni w naszej inności…
Jednak kiedy wspomniała o swoim zamiłowaniu do transmutacji, mój żołądek zwinął się w dobrze znany supeł niechęci, przypomniały mi się te wszystkie zmarnowane godziny i surowy wzrok McGonagall, kiedy zamiast idealnego kielicha z myszy wychodziło mi coś, co przypominało owłosiony nocnik. Moje szkolne lata z tym przedmiotem to była jedna wielka katastrofa, pasmo szlabanów i wiecznych awantur o to, że zamiast skupić się na teorii, wolałem sprawdzać, jak spektakularnie można coś wysadzić w powietrze. Zawsze uważałem, że zmienianie jednych rzeczy w drugie to oszukiwanie natury i strata czasu, zresztą z moją cierpliwością i tak zaraz wszystko stawało w płomieniach. Wolałem eliksiry albo obronę, przynajmniej można było coś wysadzić legalnie.
- Jasne. Mów sobie. - Skrzywiłem się lekko, gdy przypomniałem sobie sam zamek i te wieczne ograniczenia, które na nas nakładano, zawsze szukałem drogi ujścia dla swojej energii poza murami, co rusz lądując w samym środku kłopotów. Oparłem się plecami o chłodny kamień, krzyżując ręce na piersi i wodząc wzrokiem po ciemnych zakamarkach ulicy. Wspomnienia z Hogwartu zawsze wywoływały we mnie mieszane uczucia - z jednej strony kumple i mecze Quidditcha, z drugiej wieczna chęć rozniesienia tego miejsca od środka.
Jeśli chodziło o flaki, cóż, w miejscach takich jak Zakazany Las czy właśnie Nokturn, anatomiczne prawdy potrafiły być rzeczą niezwykle płynną.
- Obyś miała lasję, bo szkoda by było znowu psuś tak dobsze sklojony płaszcz. Ledwo go wywabiłem. - Skwitowałem krótko, nie rozwijając tematu, bo naszą uwagę przykuło coś znacznie bardziej niepokojącego. Ulica, zazwyczaj będąca schronieniem dla ludzkich mętów, czarnoksiężników i handlarzy nielegalnymi artefaktami, teraz zaroiła się od stworzeń, których widoku szczerze i z całego serca nienawidziłem. Zmrużyłem oczy, obserwując nietypową mieszankę czarodziejów i goblinów wykrzykujących coś o buncie, niesprawiedliwości i kontroli nad Gringottem.
Gobliny… Nie znosiłem ich - nie znosiłem ich rzekomej wyższości, wiecznego focha na cały czarodziejski świat, chciwości ukrytej pod płaszczykiem bankierskiej rzetelności i tej parszywej, zakłamanej dumy, która co kilka dekad pchała ich do wywoływania krwawych, bezsensownych buntów. Hałaśliwa grupa, która wyrosła nagle z cienia, zepsuła resztki spokojnej atmosfery - Nokturn nigdy nie był bezpiecznym miejscem, ale to, co działo się teraz, przekraczało granice zwykłej, codziennej anarchii panującej w tej dzielnicy. Już myślałem, że skoro wyglądaliśmy jak wyglądaliśmy, dyskutanci chociaż postanowią minąć nas bokiem… I wtedy jeden z nich, zdecydowanie najbardziej wyszczekany z goblinów, z gębą pełną ostrych jak szpilki zębów, zwrócił się bezpośrednio do mnie, szeroko otwierając niewyparzoną paszczę - jego oddech cuchnął tanim alkoholem i surowym mięsem, czułem to, nawet jeśli koleś ział mi prosto w okolicę pępka. Powoli, z najwyższą, ostentacyjną wręcz pogardą, zlustrowałem niską sylwetkę rozmówcy, zatrzymując wzrok na brudnych pazurach, po czym przeniosłem go z powrotem na te małe, chciwe ślepia. Oczekiwał aprobaty. Mojej aprobaty. Nie cierpiałem, gdy ktoś naruszał moją przestrzeń, a już na pewno nie tolerowałem, gdy robił to bezczelny stwór, który najwyraźniej szukał taniego poklasku u swoich kumpli.
- Wydaje mi się, kolego - zacząłem, cedząc każde słowo z nietypowym dla siebie spokojem, choć w moim głosie kryła się groźba, której nie sposób było przegapić - sze pomyliłeś adlesy. Pilnuj swojego nosa i swoich splaw, a biznesy zostaw tym, któszy faktycznie mają na nie wpływ. - Skwitowałem bez wahania, po czym odepchnąłem się powoli od ściany, prostując sylwetkę, by moja przewaga wzrostu była aż nadto widoczna, nie zamierzałem dać się podejść na własnym terenie. Spojrzałem na niego z góry, z chłodnym, absolutnie obojętnym wyrazem twarzy, tłumiąc w sobie ochotę, by po prostu odepchnąć go różdżką. - Czalodzieje i ich intelesy to jedyna szesz, któla tszyma ten wasz mały, podziemny światek w jakiejkolwiek kupie, więc na twoim miejscu zamknąłbym pysk i wlacał do liczenia cudzych monet, zanim pszypomnisz sobie, dlaczego popszednie bunty zawsze kończyły się dla was tak samo. - Nie byłem krasomówcą, nie zamierzałem wdawać się w polityczne dysputy na środku ulicy z kimś, kto sięgał mi ledwo do pasa, ale zuchwałość tego stworzenia przekraczała wszelkie granice, a ulica bywała śliska, zwłaszcza dla kogoś z tak krótkimi nogami.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)