24.05.2026, 20:12 ✶
Oddech Hannibala nie brzmiał ani trochę lepiej - świszczący i urywany, agonia w każdym nieuchronnym, rozpaczliwym wdechu. Selwyn najpierw zgiął się wpół, a potem ciężko usiadł na ziemi obok Jessiego.
- Ja pierdolę - uzupełnił. Rzut oka na skrzywioną twarz chłopaka - odsunął analizę czających się w brązowych oczach emocji na bok, skupiając się tylko na szklącym się w nich fizycznym bólu.
Świadomość jego przyczyny tkwiła między żebrami, jak nóż.
Nie mogłem temu zapobiec.
Wcześniej, kiedy eksplozja wstrząsnęła budynkiem, wystarczyło im jedno porozumiewawcze spojrzenie, by podjąć decyzję o ucieczce. Nie obronie, zwolennicy Voldemorta już dawno wybili im takie pomysły z głowy. Wycięli z nich wolę walki przy samej skórze.
w skórze
Próby oporu zawsze kończyły się w ten sam sposób i Hannibal nie wiedział, czy da radę skrzywdzić jeszcze jedną bliską sobie osobę dla jej własnego dobra. Zadać jeszcze jeden cios łaski. Wybrać jeszcze jedno mniejsze zło.
Mniejsze zło. To właśnie mówiło jego spojrzenie, kiedy patrzył w oczy Jessiego. Tym właśnie były rany na plecach przyjaciela. Tym była ich ucieczka.
Tym być może był dla Kelly'ego on sam.
Nie. Był jedynym, kto mu pozostał, tak samo, jak Jessie był jedynym, kto pozostał Hannibalowi. Poza tym we dwóch łatwiej było przetrwać. Lustrzana samotność. Lustrzana desperacja.
Jessie leżący na ziemi wśród mugolskiego gruzowiska nie przypominał siebie sprzed choćby roku, ale w Hannibalu też niewiele pozostało z barwnego gwiazdora teatru. Byli nawzajem odbiciem własnej ruiny i Selwyn zdawał sobie z tego sprawę.
Nienawidził na to patrzeć.
Nie mógł oderwać oczu.
Jego plecy mrowiły nieprzyjemnie, jakby w sensorycznym powidoku nieswoich ran i to było w jakiś sposób gorsze, niż jego własna, obita podczas starcia kilka dni temu i podrapana podczas jakiegoś upadku twarz i pęknięte, nie do końca wyleczone zbyt małą ilością Szkiele-Wzro żebro.
Lustrzany ból.
Nie mogłem. Temu. Zapobiec.
- Wygląda na to, że dalej będziemy wędrowali na piechotę… - westchnął. Nie mogąc dłużej znieść spoczywającego na nim, ciężkiego wzroku, podniósł się, wziął plecak Kelly'ego w jedną rękę i wyciągnął drugą do leżącego.
- Chodź do środka - poprosił cicho, wskazując głową na ziejący pustymi drzwiami i oknami budynek.
Nie mógł zapomnieć.