25.05.2026, 17:02 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.05.2026, 17:32 przez Aaron Andrew Moody.)
Oplotła się wokół niego jak jaśmin, którego wiotkie pędy wiły się wdzięcznie, pnąc po barierkach balkonu. Jaśmin… Aaronowi kręciło się w głowie od zapachu jaśminu. Zwodniczy był to krzew. Jego kwiaty były niepozornymi, ale przytłaczały zapachem, słodkim, odurzającym wręcz. Nie powinna pachnieć jaśminem. W przeciwieństwie do niej wydawał się tak stonowanym, skromnym wręcz w swoim pełnym prostoty pięknie, a w tej kobiecie nie było nic skromnego. Zbliżyła się do niego budząc do życia świecidełka, którymi była obwieszona. Patrzył na biżuterię, podzwaniającą delikatnie przy gwałtowniejszych ruchach, na odblask złotego naszyjnika na piersi, wznoszącej się i opadającej w rytm jej oddechów. Na kolczyki, które zakołysały się, gdy nieoczekiwanie wsparła się na rękach. Gdy przechyliła głowę w znajomej mu, ptasiej manierze.
Wyciągnął niemal odruchowo ramię, aby podtrzymać Lorien, łagodnie asekurując ją, gdy zmieniała pozycję. Zignorował łaskoczące iskierki magii, przeskakujące między ich ciałami. Wszystko elektryzowało się przez kocią sierść. Zwłaszcza, że ręka Aarona nie oparła się o kibić Lorien tak od razu, lecz trwała w niecierpliwym oczekiwaniu na to, jak blisko zdecyduje się podsunąć. Nie zagarnął jej od razu, nie narzucił bliskości. Nie chciał się spieszyć. Nie lubił się spieszyć. Usiadł w rozkroku, przesuwając nogi tak, aby mogła usiąść pomiędzy nimi. Odstawił butelkę po piwie na ławę, tuż obok tacy z herbatą, nie spuszczając przy tym wzroku z twarzy Lorien. Palce prześlizgnęły się po materiale podwijającej się na udach sukienki, gdy nachyliła się nad Aaronem, łaskocząc go włosami w policzek. Kilka kosmyków wysunęło się z misternego koku spiętego grzebieniem w kształcie złotego znicza. Oto było trofeum, o które kilka godzin temu szukający zabijali się na boisku. Palce aż świerzbiły Aarona, żeby wyciągnąć go z gęstwiny ciemnobrązowych loków. Znicz, mały, trudny do schwytania, a jednak prowokujący do tego swym złotym blaskiem. Schwytać go, oznaczało uwolnić włosy z misternego uczesania. Pozwolić, aby opadły na ramiona, rozpleniły się wokół jak pędy jaśminu… Schwytać go, oznaczało wygrać.
Ale dla Moody'ego to nigdy nie była gra.
"A teraz jeszcze raz", powiedziała cicho Lorien. "Jeszcze raz."
– Przy tak pięknej… – Głos Aarona zadrżał, tak bliski załamania pod ciężarem uczuć, które próbował stłumić. – Przy tobie byłoby to łatwym. – Ulec. Uklęknąć. Powtórzyć słowa, które ktoś inny włożył mu w usta, dlatego tylko, że o to prosiła. Nie, Lorien nie prosiła, zdał sobie sprawę. Lorien rozkazywała.
Sam nie wiedział, kiedy uniósł dłoń. Kiedy ujął jej podbródek, przechyliwszy go swoją stronę, jak do pocałunku. Pozwolił, aby ich nosy delikatnie zetknęły się ze sobą, aby to samo powietrze owionęło lekko rozchylone wargi. Przesunął po nich spojrzeniem. Przesunął po nich kciukiem, tak lekko, jak gdyby dotykał płatków dopiero co rozkwitłego kwiatu. A więc miała w sobie coś z jaśminu, pomyślał. Kruchość podobną jego kwiatom, których płatki pod naporem palców ustępowały miękko, łamliwie.
Nie pocałował jej.
Gdy znowu się odezwał, jego głos był niewiele głośniejszym od szeptu, nie słychać było w nim jednak wcześniejszego drżenia. Była w nim ta sama pewność, z jaką zawsze patrzył jej w oczy.
– A jednak nie byłoby cię tutaj, gdybyś chciała mężczyzny, który łatwo klęka.
Posłuszeństwo nie mogło być jej językiem miłości. Być może była to myśl narodzona w przystępie szaleństwa, choć umysł Aarona wydawał się tak samo jasnym, jak jasne były kwiaty jaśminu. Spojrzenie miał klarowne, a w jego głosie wybrzmiewała pewność. Nie powodowała nim arogancja. Nie, nie było w nim choćby krzty arogancji, gdy wygłosił przed nią swoją deklarację. Była tylko intensywność. Skupienie. Koncentracja. Tak mówił człowiek, który poświęcił życie zgłębianiu motywacji czarnoksiężników. Wnikaniu w umysły spaczone, zanim jeszcze czarna magia odcisnęła na nich swe piętno. Musiał być do nich na swój sposób podobnym, skoro był w stanie myśleć jak oni. A podobnym był do nich w swojej obsesyjności. Czy to właśnie widziała na dnie jego oczu? Wyglądał tak czasem, gdy podchwycił trop, gdy wiedział, że ma sprawę niemal w garści, jeszcze nie w pełni pod kontrolą, choć kontrola była na wyciągnięcie ręki. Nie o kontrolę tu chodziło. Na kontrolę było miejsce w strukturach Wizengamotu. Tam wznosiły się posady świątyni prawa magicznego. Jego przykazania wpisane były w porządek obrad, w architektoniczną symetrię sądowych sal. To, co Lorien mogła zobaczyć w Aaronie, nie należało do gmachu Ministerstwa, chociaż tylko tam był w stanie to ostatnimi czasy poczuć. Ten szczególny stan ducha, gdy świat zdawał się wręcz wirować od możliwości.
Nawet jeżeli ten świat ograniczał się w tej chwili do wytartej kanapy w jego mieszkaniu.
Mogli więc zasłaniać się kodeksami, obowiązkiem, mienić strażnikami porządku, którego świat tak desperacko potrzebował, ale uległość zawsze była czymś, co wymuszali na innych. Coś, do czego dążyli siłą swych charakterów, nie naturalną inklinacją. Posłuszeństwo nie było ich językiem natywnym. Było tak samo wyuczonym, jak posługiwanie się literą prawa. Oboje doskonale znali różnicę między uznaniem przewagi autorytetu a bezwolnym podporządkowaniem. Lorien, jako sędzia, wydawała wyroki, więc jej język musiał brzmieć autorytarnie. Nie powodowana była w tym wyłącznie kaprysem charakteru, lecz przekonaniem, że jej słowo ma moc ostateczną. Aaron, jak na aurora przystało, z jednej strony wykonywał polecenia wyższej instancji, z drugiej, wymuszał posłuch na innych. Oboje byli ludźmi władzy. Ona przez interpretację prawa, on przez jego egzekucję. Ona przez wyrok, on przez interwencję. Ona przez słowo, on przez czyn.
Oboje odnajdywali się w tej hierarchii. Żyli nią. Potrzebowali jej, bo tylko dzięki temu ich świat nie pogrążył się jeszcze w chaosie. Wielką moc miała ta struktura, a jednak niewystarczającą. To, co Aaron widział w Lorien, nie mieściło się w gmachu Ministerstwa. Nie mieściło się nawet w jej własnym ciele, pokrytym bliznami po piórach, jak gdyby coś próbowało wyżreć ją od środka.
Tak jak w głosie Lorien dało się usłyszeć pogłos pustych sal Wizengamotu, tak w głosie Aarona gościło wspomnienie opustoszałej sali przesłuchań.
W obu tych miejscach należało mówić wyłącznie prawdę, i tylko prawdę.
A prawdą było, że Aaron tak długo nie miał kobiety w ramionach, że było to tak, jak gdyby odkrywał coś po raz pierwszy. Nie był niedoświadczonym młokosem, ale samotność uczyniła go na swój sposób kalekim. Nie umiał wypoziomować wagi żadnego doznania. Dotyk był intymniejszym, bliskość znaczyła więcej, instynkty, których nie używał od lat, budziły się do życia na nowo. Wszystko wydawało się tak obce, a zarazem tak znajome.
Gdy przemówił, był o krok od zrozumienia czegoś, czego nie potrafił dotychczas zrozumieć. O krok od nazwania tego. Słowa wyszły spomiędzy jego warg w pełni uformowane, ale brakowało im puenty, na którą czekał. Może gdyby ją pocałował, może wtedy zbliżyłby się do poznania. Na razie wiedział tylko, że nie chciał sprowadzić do zwykłego pożądania tego, że jej pożądał.
Choć mógłby upić się nią, i zrzucić to wszystko na jaśmin.
W końcu bowiem zapach wyleje się z kwietnych kielichów, tych, których Aaron nie zdoła wychylić samemu. Jaśmin przekwitnie. Pozostanie po nim tylko wspomnienie upojnej nocy, zakorkowane na dnie pustej butelki. Mógłby upić się samym tylko wspomnieniem, chociaż to nie byłoby to samo. Nie z Lorien. Z Lorien chciałby więcej. Wciąż więcej. Nawet gdyby on przestał być pijanym, ona nie przestałaby przecież być piękną. Nie pragnął jedynie przemijającego posmaku kobiety na podniebieniu. Gdyby ulegał takim pragnieniom, może szukałby ukojenia w miejscu innym niż dno butelki. Nie chciał tego zepsuć, pomyślał Aaron, odsuwając na bok gazetę, którą niechcący przygniótł, przesuwając się po kanapie. Bogowie, tak bardzo nie chciał tego zepsuć.
Odetchnął.
– Przepraszam – wyszeptał. – Przy tobie zapominam, że język miłości jest mi językiem obcym. – A jednak nie cofnął dłoni, swobodnie zaplecionej na jej talii. Wciąż próbował tym językiem mówić, tak samo, jak próbował mówić po włosku, nawet jeżeli robił to nieporadnie, z błędami. Tam gdzie zawodził język, zostawały bowiem gesty. Był delikatnym, gdy odsunął z twarzy Lorien ten jeden kosmyk, który wpadał jej w oczy, nawet jeżeli jego dłoń była szorstką.
Wyciągnął niemal odruchowo ramię, aby podtrzymać Lorien, łagodnie asekurując ją, gdy zmieniała pozycję. Zignorował łaskoczące iskierki magii, przeskakujące między ich ciałami. Wszystko elektryzowało się przez kocią sierść. Zwłaszcza, że ręka Aarona nie oparła się o kibić Lorien tak od razu, lecz trwała w niecierpliwym oczekiwaniu na to, jak blisko zdecyduje się podsunąć. Nie zagarnął jej od razu, nie narzucił bliskości. Nie chciał się spieszyć. Nie lubił się spieszyć. Usiadł w rozkroku, przesuwając nogi tak, aby mogła usiąść pomiędzy nimi. Odstawił butelkę po piwie na ławę, tuż obok tacy z herbatą, nie spuszczając przy tym wzroku z twarzy Lorien. Palce prześlizgnęły się po materiale podwijającej się na udach sukienki, gdy nachyliła się nad Aaronem, łaskocząc go włosami w policzek. Kilka kosmyków wysunęło się z misternego koku spiętego grzebieniem w kształcie złotego znicza. Oto było trofeum, o które kilka godzin temu szukający zabijali się na boisku. Palce aż świerzbiły Aarona, żeby wyciągnąć go z gęstwiny ciemnobrązowych loków. Znicz, mały, trudny do schwytania, a jednak prowokujący do tego swym złotym blaskiem. Schwytać go, oznaczało uwolnić włosy z misternego uczesania. Pozwolić, aby opadły na ramiona, rozpleniły się wokół jak pędy jaśminu… Schwytać go, oznaczało wygrać.
Ale dla Moody'ego to nigdy nie była gra.
"A teraz jeszcze raz", powiedziała cicho Lorien. "Jeszcze raz."
– Przy tak pięknej… – Głos Aarona zadrżał, tak bliski załamania pod ciężarem uczuć, które próbował stłumić. – Przy tobie byłoby to łatwym. – Ulec. Uklęknąć. Powtórzyć słowa, które ktoś inny włożył mu w usta, dlatego tylko, że o to prosiła. Nie, Lorien nie prosiła, zdał sobie sprawę. Lorien rozkazywała.
Sam nie wiedział, kiedy uniósł dłoń. Kiedy ujął jej podbródek, przechyliwszy go swoją stronę, jak do pocałunku. Pozwolił, aby ich nosy delikatnie zetknęły się ze sobą, aby to samo powietrze owionęło lekko rozchylone wargi. Przesunął po nich spojrzeniem. Przesunął po nich kciukiem, tak lekko, jak gdyby dotykał płatków dopiero co rozkwitłego kwiatu. A więc miała w sobie coś z jaśminu, pomyślał. Kruchość podobną jego kwiatom, których płatki pod naporem palców ustępowały miękko, łamliwie.
Nie pocałował jej.
Gdy znowu się odezwał, jego głos był niewiele głośniejszym od szeptu, nie słychać było w nim jednak wcześniejszego drżenia. Była w nim ta sama pewność, z jaką zawsze patrzył jej w oczy.
– A jednak nie byłoby cię tutaj, gdybyś chciała mężczyzny, który łatwo klęka.
Posłuszeństwo nie mogło być jej językiem miłości. Być może była to myśl narodzona w przystępie szaleństwa, choć umysł Aarona wydawał się tak samo jasnym, jak jasne były kwiaty jaśminu. Spojrzenie miał klarowne, a w jego głosie wybrzmiewała pewność. Nie powodowała nim arogancja. Nie, nie było w nim choćby krzty arogancji, gdy wygłosił przed nią swoją deklarację. Była tylko intensywność. Skupienie. Koncentracja. Tak mówił człowiek, który poświęcił życie zgłębianiu motywacji czarnoksiężników. Wnikaniu w umysły spaczone, zanim jeszcze czarna magia odcisnęła na nich swe piętno. Musiał być do nich na swój sposób podobnym, skoro był w stanie myśleć jak oni. A podobnym był do nich w swojej obsesyjności. Czy to właśnie widziała na dnie jego oczu? Wyglądał tak czasem, gdy podchwycił trop, gdy wiedział, że ma sprawę niemal w garści, jeszcze nie w pełni pod kontrolą, choć kontrola była na wyciągnięcie ręki. Nie o kontrolę tu chodziło. Na kontrolę było miejsce w strukturach Wizengamotu. Tam wznosiły się posady świątyni prawa magicznego. Jego przykazania wpisane były w porządek obrad, w architektoniczną symetrię sądowych sal. To, co Lorien mogła zobaczyć w Aaronie, nie należało do gmachu Ministerstwa, chociaż tylko tam był w stanie to ostatnimi czasy poczuć. Ten szczególny stan ducha, gdy świat zdawał się wręcz wirować od możliwości.
Nawet jeżeli ten świat ograniczał się w tej chwili do wytartej kanapy w jego mieszkaniu.
Mogli więc zasłaniać się kodeksami, obowiązkiem, mienić strażnikami porządku, którego świat tak desperacko potrzebował, ale uległość zawsze była czymś, co wymuszali na innych. Coś, do czego dążyli siłą swych charakterów, nie naturalną inklinacją. Posłuszeństwo nie było ich językiem natywnym. Było tak samo wyuczonym, jak posługiwanie się literą prawa. Oboje doskonale znali różnicę między uznaniem przewagi autorytetu a bezwolnym podporządkowaniem. Lorien, jako sędzia, wydawała wyroki, więc jej język musiał brzmieć autorytarnie. Nie powodowana była w tym wyłącznie kaprysem charakteru, lecz przekonaniem, że jej słowo ma moc ostateczną. Aaron, jak na aurora przystało, z jednej strony wykonywał polecenia wyższej instancji, z drugiej, wymuszał posłuch na innych. Oboje byli ludźmi władzy. Ona przez interpretację prawa, on przez jego egzekucję. Ona przez wyrok, on przez interwencję. Ona przez słowo, on przez czyn.
Oboje odnajdywali się w tej hierarchii. Żyli nią. Potrzebowali jej, bo tylko dzięki temu ich świat nie pogrążył się jeszcze w chaosie. Wielką moc miała ta struktura, a jednak niewystarczającą. To, co Aaron widział w Lorien, nie mieściło się w gmachu Ministerstwa. Nie mieściło się nawet w jej własnym ciele, pokrytym bliznami po piórach, jak gdyby coś próbowało wyżreć ją od środka.
Tak jak w głosie Lorien dało się usłyszeć pogłos pustych sal Wizengamotu, tak w głosie Aarona gościło wspomnienie opustoszałej sali przesłuchań.
W obu tych miejscach należało mówić wyłącznie prawdę, i tylko prawdę.
A prawdą było, że Aaron tak długo nie miał kobiety w ramionach, że było to tak, jak gdyby odkrywał coś po raz pierwszy. Nie był niedoświadczonym młokosem, ale samotność uczyniła go na swój sposób kalekim. Nie umiał wypoziomować wagi żadnego doznania. Dotyk był intymniejszym, bliskość znaczyła więcej, instynkty, których nie używał od lat, budziły się do życia na nowo. Wszystko wydawało się tak obce, a zarazem tak znajome.
Gdy przemówił, był o krok od zrozumienia czegoś, czego nie potrafił dotychczas zrozumieć. O krok od nazwania tego. Słowa wyszły spomiędzy jego warg w pełni uformowane, ale brakowało im puenty, na którą czekał. Może gdyby ją pocałował, może wtedy zbliżyłby się do poznania. Na razie wiedział tylko, że nie chciał sprowadzić do zwykłego pożądania tego, że jej pożądał.
Choć mógłby upić się nią, i zrzucić to wszystko na jaśmin.
W końcu bowiem zapach wyleje się z kwietnych kielichów, tych, których Aaron nie zdoła wychylić samemu. Jaśmin przekwitnie. Pozostanie po nim tylko wspomnienie upojnej nocy, zakorkowane na dnie pustej butelki. Mógłby upić się samym tylko wspomnieniem, chociaż to nie byłoby to samo. Nie z Lorien. Z Lorien chciałby więcej. Wciąż więcej. Nawet gdyby on przestał być pijanym, ona nie przestałaby przecież być piękną. Nie pragnął jedynie przemijającego posmaku kobiety na podniebieniu. Gdyby ulegał takim pragnieniom, może szukałby ukojenia w miejscu innym niż dno butelki. Nie chciał tego zepsuć, pomyślał Aaron, odsuwając na bok gazetę, którą niechcący przygniótł, przesuwając się po kanapie. Bogowie, tak bardzo nie chciał tego zepsuć.
Odetchnął.
– Przepraszam – wyszeptał. – Przy tobie zapominam, że język miłości jest mi językiem obcym. – A jednak nie cofnął dłoni, swobodnie zaplecionej na jej talii. Wciąż próbował tym językiem mówić, tak samo, jak próbował mówić po włosku, nawet jeżeli robił to nieporadnie, z błędami. Tam gdzie zawodził język, zostawały bowiem gesty. Był delikatnym, gdy odsunął z twarzy Lorien ten jeden kosmyk, który wpadał jej w oczy, nawet jeżeli jego dłoń była szorstką.
I am the righteous hand of Justice
and I am ready to strike in her name
and I am ready to strike in her name