26.05.2026, 18:16 ✶
— Oczywiście, że zamierzałaś. Oczywiście. — Po ustach czarownicy przemknął zagadkowy uśmiech, którego intencję znała tylko ona sama. — Nic, co w Kniei, nie dzieje się bez mojej wiedzy.
Być może kiedyś była to prawda, lecz bynajmniej nie dlatego, żeby Helloise miała oczy dookoła głowy. Drzewa opowiadały jej historie tych, którzy zapuszczali się w gęstwiny. Przychodziła czasem słuchać, jak las powtarza słowa spacerowiczów zaplątane w gałęzie dębów; innym zaś razem las szeptał jej na ucho stare legendy lub dawno zgubione w nim sekrety. Tak było, dopóki nie zawładnęły Knieją widma, które odebrały bezpieczny dostęp do tutejszych ścieżek. Snuta latami opowieść urwała się, zostawiając czarownicę z dniami dudniącymi głuchą pustką.
— Dobrze, że nie przejmujesz się Ministerstwem — ciągnęła Helloise, otulając Ceolsige leniwym, na pozór sennym spojrzeniem, w którego głębi czaiło się czujne zwierzę. — Dziś nie szuka się już powodu do pójścia w las, a sposobności… w tych okolicznościach każda szansa na zbliżenie się do drzew jest świętością… którą uzurpuje sobie Ministerstwo.
Nie musiała usłyszeć wprost tego, że Burke zwykła działać ukradkiem. Potrafiła tyle wywnioskować z ich dotychczasowej współpracy. Nie był to nigdy problem, Helloise nie zadawała bowiem zwykle zbyt wielu pytań o to, do czego potrzebne są przedmioty, o które Ceolsige ją prosi. Rzeczy Kniei interesowały ją z kolei wielce; nie mogłaby odpuścić tej sposobności.
— Schlebiasz mi — westchnęła, wypuszczając nosem urywany oddech, który brzmiał nieco jak stłumiony chichot — lecz sądzę, że ten spokój to nie moja zasługa.
Kobieta zagłębiła się śmiało między drzewa, aby przyjrzeć się tajemniczym symbolom wyrytym w korze. Choć przybrała pozę nonszalancji, to serce biło jej w piersiach szybciej z każdym krokiem. Jednocześnie szumiała w głowie czarownicy ekscytacja i kiełkował drobny lęk — że wszystko okaże się złudzeniem, że niepotrzebnie robi sobie nadzieje.
Tyleż razy mijała w ostatnich miesiącach to miejsce, lecz nigdy nie zwróciła uwagi. Być może za daleko od krawędzi lasu się trzymała, nie podeszła wystarczająco blisko… lecz jakże ciężko było zbliżyć się, gdy pamiętała strach, jakim człowieka przeszywały widma.
Stojąc teraz w oniemiałym zachwycie pod jednym z drzew, badała pod palcami wgłębienia znaków, które roztaczały wokół tę aurę bezpieczeństwa. Nie rozpoznawała w tym symbolu niestety niczego znajomego. Chwilę później odwróciła się do Ceolsige niczym zaskoczona gospodyni, która nie spodziewała się, że będzie tego wieczora przyjmować gości, a jednak ci wpadli z wizytą niezapowiedzianą, nie mniej jej przez to miłą.
— Chodź, wygląda na to, że jest bezpiecznie. — Skinęła na czarownicę zapraszająco dłonią, nie kryjąc odrobiny zdumienia tym, że rzeczywiście przejdą dziś przez Knieję. — Opowiesz mi, jak znalazłaś to miejsce.
Płaszcz i kozaki Helloise miały odcienie rdzy ginące między usychającymi liśćmi, skryta częściowo pod płaszczem szata z długą spódnicą wpadała w brudną ochrę — wiedźma pasowała do jesiennego lasu. Nie była w Kniei obcym elementem, turystą ani spacerowiczem, a panią powracającą do domu po długiej nieobecności. Głusza znała jej kroki, każdy z nich zdawał się przywracać zagubioną łączność.
Helloise nie była aż tak dobra w ukrywaniu silnych emocji — gdy kobiety wkroczyły w las, czuć było od czarownicy radość i zachwyt.
Być może kiedyś była to prawda, lecz bynajmniej nie dlatego, żeby Helloise miała oczy dookoła głowy. Drzewa opowiadały jej historie tych, którzy zapuszczali się w gęstwiny. Przychodziła czasem słuchać, jak las powtarza słowa spacerowiczów zaplątane w gałęzie dębów; innym zaś razem las szeptał jej na ucho stare legendy lub dawno zgubione w nim sekrety. Tak było, dopóki nie zawładnęły Knieją widma, które odebrały bezpieczny dostęp do tutejszych ścieżek. Snuta latami opowieść urwała się, zostawiając czarownicę z dniami dudniącymi głuchą pustką.
— Dobrze, że nie przejmujesz się Ministerstwem — ciągnęła Helloise, otulając Ceolsige leniwym, na pozór sennym spojrzeniem, w którego głębi czaiło się czujne zwierzę. — Dziś nie szuka się już powodu do pójścia w las, a sposobności… w tych okolicznościach każda szansa na zbliżenie się do drzew jest świętością… którą uzurpuje sobie Ministerstwo.
Nie musiała usłyszeć wprost tego, że Burke zwykła działać ukradkiem. Potrafiła tyle wywnioskować z ich dotychczasowej współpracy. Nie był to nigdy problem, Helloise nie zadawała bowiem zwykle zbyt wielu pytań o to, do czego potrzebne są przedmioty, o które Ceolsige ją prosi. Rzeczy Kniei interesowały ją z kolei wielce; nie mogłaby odpuścić tej sposobności.
— Schlebiasz mi — westchnęła, wypuszczając nosem urywany oddech, który brzmiał nieco jak stłumiony chichot — lecz sądzę, że ten spokój to nie moja zasługa.
Kobieta zagłębiła się śmiało między drzewa, aby przyjrzeć się tajemniczym symbolom wyrytym w korze. Choć przybrała pozę nonszalancji, to serce biło jej w piersiach szybciej z każdym krokiem. Jednocześnie szumiała w głowie czarownicy ekscytacja i kiełkował drobny lęk — że wszystko okaże się złudzeniem, że niepotrzebnie robi sobie nadzieje.
Tyleż razy mijała w ostatnich miesiącach to miejsce, lecz nigdy nie zwróciła uwagi. Być może za daleko od krawędzi lasu się trzymała, nie podeszła wystarczająco blisko… lecz jakże ciężko było zbliżyć się, gdy pamiętała strach, jakim człowieka przeszywały widma.
Stojąc teraz w oniemiałym zachwycie pod jednym z drzew, badała pod palcami wgłębienia znaków, które roztaczały wokół tę aurę bezpieczeństwa. Nie rozpoznawała w tym symbolu niestety niczego znajomego. Chwilę później odwróciła się do Ceolsige niczym zaskoczona gospodyni, która nie spodziewała się, że będzie tego wieczora przyjmować gości, a jednak ci wpadli z wizytą niezapowiedzianą, nie mniej jej przez to miłą.
— Chodź, wygląda na to, że jest bezpiecznie. — Skinęła na czarownicę zapraszająco dłonią, nie kryjąc odrobiny zdumienia tym, że rzeczywiście przejdą dziś przez Knieję. — Opowiesz mi, jak znalazłaś to miejsce.
Płaszcz i kozaki Helloise miały odcienie rdzy ginące między usychającymi liśćmi, skryta częściowo pod płaszczem szata z długą spódnicą wpadała w brudną ochrę — wiedźma pasowała do jesiennego lasu. Nie była w Kniei obcym elementem, turystą ani spacerowiczem, a panią powracającą do domu po długiej nieobecności. Głusza znała jej kroki, każdy z nich zdawał się przywracać zagubioną łączność.
Helloise nie była aż tak dobra w ukrywaniu silnych emocji — gdy kobiety wkroczyły w las, czuć było od czarownicy radość i zachwyt.
dotknij trawy