26.05.2026, 23:14 ✶
Piękna pani, ale to lobby już przypominało szpital, pomyślał Zenek. Co prawda w szpitalu atakował bardziej zaduch i fetor chorych ciał, ale nawet z lepszą wentylacją dostrzegał podobieństwa. Chociażby takie, że wszyscy tutaj się przebierali na jedną nutę.
Spojrzał raz jeszcze na ranę. Wcale nie była taka duża, jak to przy zacięciu, chociaż co pokrwawiła, to już się nie odstanie. Przy ruchu mokrej dłoni rana go zapiekła i Zenek momentalnie syknął. Alkohol.
— Dobrze, będę uważał — powiedział słabo w górę, ale dobra wróżka zniknęła mu już z oczu. Nie w takim sensie, jej ciało nadal miał przy sobie. Po prostu nadawał sygnały i w tamtym momencie nikt ich nie odbierał. Zza pleców wyłaniali się kolejni kelnerzy. Sprzątali to, co upadło, a Zenek rozglądał się już trochę śmielej. Guz na głowie przestawał mu już tak pulsować, więc zauważał, że biegają jak mróweczki. Ci kelnerzy. A ona na nich tylko kiwnęła.
Halo, halo, tu kapitan. Rejestrujemy wylot statku kosmicznego z orbity. Podążać za białymi iskierkami. Niebawem trampki Zenka stąpały już po drewnie w pomieszczeniu przytulnie ciasnym. Ściany jakby się zwężyły. Wciągnął atmosferę nosem i mało się nie zapowietrzył, nieprzyzwyczajony do ostrego zapachu farby. Czy też środków konserwujących, Zenek naprawdę nie wiedział. I tu niby miało nie być jak w szpitalu?! Podstawił sobie palec pod nos. Przewodniczka w białej sukni otworzyła jedną z szaf. Zenek potuptał po drewnie i zerknął zza jej ramienia, a bardziej precyzyjnie: sponad jej czubka. Skupił wzrok na ciemnych konturach. Na zapleczu były… szaty. Czyli zgodnie z reklamą. Zenek nie mógł być rozczarowany.
Panna wróżka okręciła się do niego znowu. Gdy nachylił się ku jej twarzy, by widzieć coś więcej niż czubek, stwierdził, że musiała być bardzo młoda. Co najmniej jak on, no a Zenek we własnej głowie także był młody. Nigdy jednak nie opanował przechodzenia z “pan/pani” na koleżeńskie “ej, ty”. To mu się po prostu przytrafiało. A jak sobie myślał, jak ci kelnerzy się ze sprzątaniem uwijali… No, żwawo. Zenka aż strach obleciał. Bo może to była jakaś tysiącletnia wampirzyca zachowana w miodzie. Człowiek nigdy nie miał pewności.
Mina mu zrzedła. Cofnął stopę na deskach i następną, i znowu, aż popełnił trzy kroki w tył od wróżki. Wtedy zdał sobie sprawę, że nadal trzymał palec pod nosem niczym improwizowane wąsy. Matko, jak bardzo on chciał, żeby deski teraz zapiszczały. Żeby tylko nie stać w takiej ciszy.
Wyciągnęła mu szatę. A może tylko pokazała, ale Zenek chwycił ją niemal zamaszyście. Przyciągnął całun do siebie. Nie, tylko nie całun. Spojrzał na szatę, którą miał w dłoniach. Trzymało się ją dobrze. Niemalże gładko pod palcami.
Wtedy otworzyły się drzwi i przeszła przez nie kolejna usługiwaczka. Zenek niczego nie kontrolował, więc po prostu wyciągnął rękę. Zapiekło go raz jeszcze i zaklęcie zaczęło działać. Dla Zenka: parę sekund.
Drzwi za kobietą zatrzasnęły się. Spojrzał w dół. Na dłoni została jedynie zaschnięta krew. Spojrzał w górę. Istota nadal spoglądała na niego z tym samym wyrazem twarzy, z jakim pokazywała mu szatę, prowadziła go na zaplecze i złapała go w katastrofie. Bez fałszu.
— Mhm. — przyciągnął do siebie szatę, jedyną rzecz odgradzającą go od istoty. Srebrne niteczki na sukni naprzeciwko zamigotały w świetle. Przełknął ślinę.
— To ja pójdę. — się przebrać, miał na myśli Zenek, ale końcówka nie przeszła mu przez gardło. Rzucił wzrokiem na pomieszczenie. Widział tylko jedne drzwi. Te, którymi przyszedł. Kufry i obrazy milczały jakby w zmowie. Tylko szafy stały statecznie, z godnością, patrząc na jej czubek z tej samej perspektywy, co on.
Obrócił się na pięcie i z szatą pod pachą zaszedł za szafę. Tę najbardziej z tyłu, za którą mógł się schować. Dla prywatności, ma się rozumieć.
Już stojąc za szafą, coś mu się przypomniało.
— Jestem Zenek, tak w ogóle. — wychrypiał zza szafy. — Zenek Kozioł. Pracuję w Rejwachu.
Spojrzał raz jeszcze na ranę. Wcale nie była taka duża, jak to przy zacięciu, chociaż co pokrwawiła, to już się nie odstanie. Przy ruchu mokrej dłoni rana go zapiekła i Zenek momentalnie syknął. Alkohol.
— Dobrze, będę uważał — powiedział słabo w górę, ale dobra wróżka zniknęła mu już z oczu. Nie w takim sensie, jej ciało nadal miał przy sobie. Po prostu nadawał sygnały i w tamtym momencie nikt ich nie odbierał. Zza pleców wyłaniali się kolejni kelnerzy. Sprzątali to, co upadło, a Zenek rozglądał się już trochę śmielej. Guz na głowie przestawał mu już tak pulsować, więc zauważał, że biegają jak mróweczki. Ci kelnerzy. A ona na nich tylko kiwnęła.
Halo, halo, tu kapitan. Rejestrujemy wylot statku kosmicznego z orbity. Podążać za białymi iskierkami. Niebawem trampki Zenka stąpały już po drewnie w pomieszczeniu przytulnie ciasnym. Ściany jakby się zwężyły. Wciągnął atmosferę nosem i mało się nie zapowietrzył, nieprzyzwyczajony do ostrego zapachu farby. Czy też środków konserwujących, Zenek naprawdę nie wiedział. I tu niby miało nie być jak w szpitalu?! Podstawił sobie palec pod nos. Przewodniczka w białej sukni otworzyła jedną z szaf. Zenek potuptał po drewnie i zerknął zza jej ramienia, a bardziej precyzyjnie: sponad jej czubka. Skupił wzrok na ciemnych konturach. Na zapleczu były… szaty. Czyli zgodnie z reklamą. Zenek nie mógł być rozczarowany.
Panna wróżka okręciła się do niego znowu. Gdy nachylił się ku jej twarzy, by widzieć coś więcej niż czubek, stwierdził, że musiała być bardzo młoda. Co najmniej jak on, no a Zenek we własnej głowie także był młody. Nigdy jednak nie opanował przechodzenia z “pan/pani” na koleżeńskie “ej, ty”. To mu się po prostu przytrafiało. A jak sobie myślał, jak ci kelnerzy się ze sprzątaniem uwijali… No, żwawo. Zenka aż strach obleciał. Bo może to była jakaś tysiącletnia wampirzyca zachowana w miodzie. Człowiek nigdy nie miał pewności.
Mina mu zrzedła. Cofnął stopę na deskach i następną, i znowu, aż popełnił trzy kroki w tył od wróżki. Wtedy zdał sobie sprawę, że nadal trzymał palec pod nosem niczym improwizowane wąsy. Matko, jak bardzo on chciał, żeby deski teraz zapiszczały. Żeby tylko nie stać w takiej ciszy.
Wyciągnęła mu szatę. A może tylko pokazała, ale Zenek chwycił ją niemal zamaszyście. Przyciągnął całun do siebie. Nie, tylko nie całun. Spojrzał na szatę, którą miał w dłoniach. Trzymało się ją dobrze. Niemalże gładko pod palcami.
Wtedy otworzyły się drzwi i przeszła przez nie kolejna usługiwaczka. Zenek niczego nie kontrolował, więc po prostu wyciągnął rękę. Zapiekło go raz jeszcze i zaklęcie zaczęło działać. Dla Zenka: parę sekund.
Drzwi za kobietą zatrzasnęły się. Spojrzał w dół. Na dłoni została jedynie zaschnięta krew. Spojrzał w górę. Istota nadal spoglądała na niego z tym samym wyrazem twarzy, z jakim pokazywała mu szatę, prowadziła go na zaplecze i złapała go w katastrofie. Bez fałszu.
— Mhm. — przyciągnął do siebie szatę, jedyną rzecz odgradzającą go od istoty. Srebrne niteczki na sukni naprzeciwko zamigotały w świetle. Przełknął ślinę.
— To ja pójdę. — się przebrać, miał na myśli Zenek, ale końcówka nie przeszła mu przez gardło. Rzucił wzrokiem na pomieszczenie. Widział tylko jedne drzwi. Te, którymi przyszedł. Kufry i obrazy milczały jakby w zmowie. Tylko szafy stały statecznie, z godnością, patrząc na jej czubek z tej samej perspektywy, co on.
Obrócił się na pięcie i z szatą pod pachą zaszedł za szafę. Tę najbardziej z tyłu, za którą mógł się schować. Dla prywatności, ma się rozumieć.
Już stojąc za szafą, coś mu się przypomniało.
— Jestem Zenek, tak w ogóle. — wychrypiał zza szafy. — Zenek Kozioł. Pracuję w Rejwachu.
Sen jest bratem śmierci.