27.05.2026, 14:20 ✶
- Nigdy się porządnie nie zagoją pod tym plecakiem - burknął, odsuwając bagaż Jessiego spoza jego zasięgu i patrząc znacząco w kierunku jego pleców.
Nie to, żeby mieli teraz jakąś lepszą opcję, jak na przykład wrzucenie plecaków do bagażnika. - A żebra coraz lepiej - to prawie nie było kłamstwo - Potrzebują tylko trochę czasu. Szkiele-Wzro lepiej zostawić na czarną godzinę.
Podczas swojej niedawnej ucieczki potykali się wystarczająco wiele razy, by Hannibal zaczął się obawiać, że któryś z nich prędzej czy później złamie nogę.
Kiedy wnętrze budynku osłoniło ich przed ewentualnym wzrokiem kogoś z zewnątrz, złożył plecaki w jednym miejscu i sięgnął po różdżkę. Po chwili niewielkie, magiczne światełko wydobyło z mroku nagie, betonowe ściany, materace i coś, co wyglądało, jak pozostałości ogniska. Hannibal podszedł do Jessiego, bezceremonialnym gestem odchylił kołnierzyk jego kurtki i koszulki i zajrzał. W jednym miejscu na bandażach pojawiła się ciemna plama. Tylko jedna, ale zmieniali je nie dalej jak godzinę temu… Starał się nie myśleć o bliznach. Starał się nie myśleć o tym, jak plecy Jessiego spływały krwią, a jego własne dłonie pozostawały czyste, bo przecież używał magii, jak przystało na czystokrwistego czarodzieja.
To słowo smakowało obelgą.
Zamrugał, odganiając sprzed oczu wizje zakrwawionej skóry. Jessie był ubrany, opatrzony i żywy, a własne ręce Selwyna, drwiąco i niewłaściwie w tej chwili czyste, plamiły się jego krwią tylko podczas zmiany bandaży. Tylko, by pomagać.
- Znów przeciekasz - ton Hannibala wyrażał tyleż irytacji, co troski, ale nim puścił materiał koszulki, przesunął palcami - niepotrzebnie, pieszczotliwie - po skórze przyjaciela, tuż pod linią włosów.
- Mam szczerą nadzieję, że jesteśmy tu sami - westchnął. Nikomu nie można było obecnie ufać. Wojna zmieniała ludzi w zwierzęta, zarówno oprawców, jak i ofiary. Jedni zabiliby dla wykręconej, chorej idei albo samej radości zabijania, drudzy - dla kromki chleba albo buteleczki eliksiru. Z sapnięciem zsunął dwa materace, wzbijając obłok kurzu, który przegonił machnięciem różdżki. Posłanie, prowizoryczne i zapewne skrywające w półmroku sekrety, których żaden z nich wolałby nie znać, było jednak wystarczająco szerokie dla nich obu. Tak było cieplej i wygodniej, kiedy któregoś z nich męczyły złe sny, co właściwie zdarzało się niemal każdej nocy. Zmieniały się tylko role - kto budził się z krzykiem albo miotał się zlany potem, kto przyciskał go do siebie i szeptał puste zapewnienia o bezpieczeństwie.
- Przynajmniej pierdolone śmierciuchy dały się najeść - rzucił Selwyn, wyrównując stopą materac i rozglądając się po pomieszczeniu - Ogień?