27.05.2026, 14:33 ✶
Słuchając wspomnień Basiliusa, Ceolsige przeniosła na niego łagodne, pełne uprzejmej uwagi spojrzenie. Na wzmiankę o Ellie i jej historycznych rekonstrukcjach wewnątrz dziecięcej zabawki, kąciki ust panny Burke uniosły się w delikatnym, niemal ciepłym uśmiechu.
— Moje dziecięce inspiracje wydają sie zbliżone historycznie choć tematyka mogła być odmienna, drogi Basiliusie — odezwała się cichym, melodyjnym głosem, w którym pobrzmiewała nuta nostalgii. — Kształtowały je głównie wieczorne opowieści mojego dziadka… Choć muszę przyznać, że miały w sobie równie silny, jeśli nie znacznie silniejszy ładunek dramatyzmu.
Nie rozwinęła tej myśli, pozostawiając naturę owych „dramatycznych” opowieści nestora rodu Burke wyłącznie dla siebie. Zamiast tego uniosła filiżankę, pozwalając, by purpurowy haft pnączy na jej dopasowanym rękawie napiął się lekko przy zgięciu łokcia nadając im subtelną iluzję życia. Upiła powolny, mały łyk herbaty, starając się zatrzymać jej parujący aromat jak najbliżej zmysłów. Z cichym stuknięciem odłożyła porcelanę na stoliczek. Dłoń oparła na blacie tuż koło podstawki.
Gdy Lazarus podniósł wzrok znad swojego kambodżańskiego naparu i zadał swoje pytanie, Ceolsige uniosła wysoko brwi. Jej twarz momentalnie przybrała wyraz przerysowanej, niemal teatralnej niewinności, a dłoń machinalnie powędrowała pod szyję, gdzie jej palce musnęły gładką powierzchnię ametystu w broszce.
— Podejrzewam, że chciałbyś wiedzieć, Lazarusie… — odparła z lekkim, zaczepnym przeciągnięciem strun głosowych, mrużąc nieznacznie błękitne oczy. Chwilę później cała ta lekkość zniknęła z jej oblicza. Rysy panny Burke spoważniały, a na jej ustach wykwitł ten specyficzny, chłodny i niepokojący uśmiech. Uśmiech pełen sekretów, które kusiły wystarczająco zuchwałych.
— …ale nie powinieneś. — dokończyła szeptem, który idealnie wtopił się w szum deszczu za oknem. Słysznym było podtrzymywac aurę tajemniczości na wypadek, potrzeby prawdziwych tajemnic.
Widząc, że obaj klątwołamacze przechodzą do merytorycznej dyskusji i zaczynają analizować zachowanie przeklętej materii, Ceolsige osunęła się głębiej w miękkie oparcie fotela. Szeroka, ciężka spódnica zaszeleściła cicho, układając się w gęste fałdy wokół jej nóg. Wygodna, a zarazem pełna gracji poza pozwoliła jej na swobodne obserwowanie ich poczynań.
Z głębokiej kieszeni spódnicy wyciągnęła dębową fajkę swojego dziadka oraz skórzany woreczek z tytoniem.
— Moje dziecięce inspiracje wydają sie zbliżone historycznie choć tematyka mogła być odmienna, drogi Basiliusie — odezwała się cichym, melodyjnym głosem, w którym pobrzmiewała nuta nostalgii. — Kształtowały je głównie wieczorne opowieści mojego dziadka… Choć muszę przyznać, że miały w sobie równie silny, jeśli nie znacznie silniejszy ładunek dramatyzmu.
Nie rozwinęła tej myśli, pozostawiając naturę owych „dramatycznych” opowieści nestora rodu Burke wyłącznie dla siebie. Zamiast tego uniosła filiżankę, pozwalając, by purpurowy haft pnączy na jej dopasowanym rękawie napiął się lekko przy zgięciu łokcia nadając im subtelną iluzję życia. Upiła powolny, mały łyk herbaty, starając się zatrzymać jej parujący aromat jak najbliżej zmysłów. Z cichym stuknięciem odłożyła porcelanę na stoliczek. Dłoń oparła na blacie tuż koło podstawki.
Gdy Lazarus podniósł wzrok znad swojego kambodżańskiego naparu i zadał swoje pytanie, Ceolsige uniosła wysoko brwi. Jej twarz momentalnie przybrała wyraz przerysowanej, niemal teatralnej niewinności, a dłoń machinalnie powędrowała pod szyję, gdzie jej palce musnęły gładką powierzchnię ametystu w broszce.
— Podejrzewam, że chciałbyś wiedzieć, Lazarusie… — odparła z lekkim, zaczepnym przeciągnięciem strun głosowych, mrużąc nieznacznie błękitne oczy. Chwilę później cała ta lekkość zniknęła z jej oblicza. Rysy panny Burke spoważniały, a na jej ustach wykwitł ten specyficzny, chłodny i niepokojący uśmiech. Uśmiech pełen sekretów, które kusiły wystarczająco zuchwałych.
— …ale nie powinieneś. — dokończyła szeptem, który idealnie wtopił się w szum deszczu za oknem. Słysznym było podtrzymywac aurę tajemniczości na wypadek, potrzeby prawdziwych tajemnic.
Widząc, że obaj klątwołamacze przechodzą do merytorycznej dyskusji i zaczynają analizować zachowanie przeklętej materii, Ceolsige osunęła się głębiej w miękkie oparcie fotela. Szeroka, ciężka spódnica zaszeleściła cicho, układając się w gęste fałdy wokół jej nóg. Wygodna, a zarazem pełna gracji poza pozwoliła jej na swobodne obserwowanie ich poczynań.
Z głębokiej kieszeni spódnicy wyciągnęła dębową fajkę swojego dziadka oraz skórzany woreczek z tytoniem.